Leszek Pisz o książce ''Kowala''

Jeden z najlepszych kolegów Wojciecha Kowalczyka, Leszek Pisz, przewijał się przez całą książkę "Kowal - prawdziwa historia". - Wolałbym Wojtka na boisku, a nie jako literata. A to dlatego, że na pewno lepiej bym się z nim dogadywał, bo nie należę do takich, którzy zaczytywaliby się w książkach. W czerwcu w Dębicy jest moje pożegnanie. Załatwiałem też, aby przyjechała cała obecna Legia, bo nie wyobrażałem sobie, by jej mogło zabraknąć. I ma przyjechać. Będzie fajna impreza. Bedę musiał wyjść na boisko, bo jak Kowalowi ja nie dogram, to nikt mu nie dogra - śmieje się Piszczyk.

Cały wywiad:

- Tyle anegdotek z pana udziałem opisał Kowal, że warto kilka z nich wymienić. Jak to było z treningami w górach? Zamiast biegać przesiadywaliście w schronisku?

- Jak trener zażyczył sobie dystans 20 kilometrów, to wiadomo, że się tego na jeden raz nie zrobi. Ja wychodzę z założenia, że trening musi być pewnym odzwierciedleniem meczu. W czasie spotkania cały czas kombinujesz, jak oszukać rywala. Na tym polega ten sport. W czasie treningu twoim rywalem jest trener. Każdy szkoleniowiec przyzna, że nie ma dobrego piłkarza, który by nie oszukiwał. Wykluczone!

- Andrzej Łatka rzeczywiście odniósł kontuzję grając w dziadka boso na brzegu rzeki, w czasie imprezy?

- W tym zespole było tak, że w dziadku nie było fauli. To znaczy były, ale się nie przerywało gry. Dlatego czasami odchodziły sceny bardziej drastyczne niż w normalnym meczu. A czy Łatka odniósł kontuzję trafiając w korzeń, szczerze przyznam, że nie pamiętam. Faktem jest, że nie tylko czasami graliśmy na brzegu, boso, ale czasami... w wodzie! Po prostu taka ekipa, że trener zarządzał zajęcia, a my robiliśmy wieczorem dodatkowe! Nie było nudno.

- Żegnaliście Janusza Wójcika przy butelce whisky?

- Pożegnanie Wójcika, to jedno z najlepszych pożegnań w historii polskiej trenerki. Z żadnym innym tak się nie rozstawaliśmy. Pamiętam nawet, że na lotnisku Kowal przeskoczył wszystkie barierki, minął punkty kontrolne i żegnał Wuja w zasadzie już poza granicami kraju. Oczywiście bez paszportu. Z trenerem Wójcikiem kontakt jeszcze utrzymywaliśmy. Zresztą, ja ze wszystkimi trenerami się lubiłem. No może poza Stachurskim. Ze Stachurskich preferuje głównie zespół Stachursky.

- Kto ogolił Zbigniewa Mandziejewicza?

- Kowal się pomylił. Nie ja, tylko Zbyszek Korolkiewicz. Gdybym ja dorwał się do brzytwy, bym go ogolił na amen, żaden włosek by Mandziejowi na głowie nie został.

- Marek Jóźwiak twierdzi, że wcale nie rzucał w Krzysztofa Ratajczyka telewizorem. Zbigniew Robakiewicz mówi, że Beret rzucał. A więc?

- Rzucał. WIem, bo to było w moim pokoju. Nie przypominam sobie dokładnie, jak się sprawa zakończyła poza tym, że chyba nie zapłaciliśmy, ale coś takiego miało miejsce. Coż, różne numery odchodziły. Skoro Lato z Szarmachem mogli konia do pokoju wprowadzić... A zreszta! Przecież w czerwcu w Dębicy będzie moje pożegnanie. Też coś razem wprowadzimy, może wielbłąda. Na pewno coś zmodzimy.

- Rzeczywiście Paweł Janas przyniósł wam zdjęcia pustych butelek z hotelowego pokoju przed meczem z Hajdukiem?

- Przyniósł, ale to nie on za tym stał, ale Marek Polakow-Stepanow. Mam nadzieję, że owo zdjęcie wisi teraz u niego na ścianie, bo to jest jego fotografia. My w każdym razie, nigdy pod wpływem nie graliśmy. Dopiero po meczu jechaliśmy do Garażu lub innej przyjaznej knajpki analizować błędy. Tak rodził się wielki zespół.

- Kowalczyk twierdzi, że bije pan lepiej rzuty wolne niż Roberto Carlos. Taka prawda?

- To zależy, czy mówimy o strachu, czy o efektach. Jeśli o strachu, to lepszy jest Roberto Carlos. Ja natomiast strzelałem gole, bo nie zawsze siła uderzenia decyduje. W Legii też mieliśmy takiego straszaka z dużym kopytem - Krzyśka Ratajczyka. Wołało się: "Rataj!!! Dawaj!!!". I Rataj biegł siedemdziesiąt metrów przez całe boisko, żeby uderzyć, a gdy już był blisko, to ja strzelałem. Niech się chłopak porusza trochę. Wszystko o tej drużynie można powiedzieć, ale nie to, że wygrywając co się dało, nie bawiliśmy się wspaniale.

- Pańskie rzuty rożne to podobno tekst: - Już ja któregoś z was trafię w ten pusty łeb.

- A co miałem mówić, skoro tam grał Kowal i inni? A Kowal to niby ma pełny łeb? Ja waliłem w te pustaki, a oni strzelali. Mówiło się też "daj wariatowi", ale wtedy nie za bardzo było wiadomo, o kogo chodzi. W składzie wariat za wariatem.

- Podobno niedługo będzie pan celował w pusty łeb Kowala.

- No jasne, jest zaproszony na moje pożegnanie. Załatwiałem też, aby przyjechała cała obecna Legia, bo nie wyobrażałem sobie, by jej mogło zabraknąć. I ma przyjechać. Będzie fajna impreza. Bedę musiał wyjść na boisko, bo jak Kowalowi ja nie dogram, to nikt mu nie dogra.

- A to Wojtek taki słaby?

- Nie, żartowałem. Jeśli pyta się pan o to, jakim piłkarzem był Wojtek, to lepiej skończmy tę rozmowę, bo ani nie mamy tyle miejsca, ani czasu, żeby o nim opowiedzieć. Nie ma piłkarzy kompletnych, ale jemu niewiele brakowało albo brakuje.

- Tak pan mówi, bo Kowal pana bardzo sympatycznie opisał.

- Gdyby opisał źle, to też bym go lubił. Super piłkarz i super facet. Aha, skoro o moim meczu mowa, to muszę poprosić Zbyszka Korolkiewicza, byłego masażystę Legii, żeby rzeczywiście rzucił mi bidon pełny pewnej substancji... Bo akurat w Legii, to nie ja go dostałem, ale inny kolega. Tu się Kowal pomylił. Cóż, przyjedzie, to powspominamy i odświeżymy pamięć.