"Jusko" czyta "Kowala"

 

Świąteczny Kiermasz w centrum Cottbus - Andrzej Juskowiak ma problem z zaparkowaniem Audi A4. - To samochód żony - mówi. W końcu staje niezgodnie z przepisami, kalkulując do kawy mandat. "Jusko" przez ostatnich kilkanaście lat był jednym z najbardziej znaczących polskich piłkarzy. Grał z takimi tuzami, jak Portugalczyk Luis Figo, Bułgar Krassimir Bałakow, czy Niemiec Stefan Effenberg. Partner Juskowiaka z ataku reprezentacji olimpijskiej z Barcelony, Wojciech Kowalczyk właśnie publikuje na naszych łamach swoją autobiografię.

- Jak pan widzi "Kowala" z piórem w dłoni? - zapytaliśmy Juskowiaka.

- Proszę mnie nie prowokować! Jeszcze tego brakuje, abyśmy się z "Kowalem" walili głowami na łamach prasy - odpowiada ze śmiechem Andrzej. - Widzę, że mój kolega chce mieć nowy zawód - zaczął od felietonów, a teraz to już poważna literatura! Siostra mojej żony czyta codziennie i zdaje nam sprawozdanie. Sam chętnie sięgnę po lekturę w okresie świąteczno-noworocznym, gdy będę w Polsce.

- Będzie pan wycinał odcinki?

- Nie chcę niszczyć waszej gazety.

- Jak się panu grało z Kowalczykiem?

- To był jeden z najlepszych partnerów - znakomicie się rozumieliśmy. Potrafiliśmy świetnie wyprowadzić kontrę. "Kowal" zawsze był szybki, a i ja wtedy jeszcze byłem szybki. Wychodziło nam w olimpijskiej, a i później w drużynie narodowej.

- Wie pan, co łączy pana z Kowalczykiem - poza instynktem killera?

- Ha, ha, ha - "Kilera" z tego filmu? Zamieniam się z słuch, co mnie łączy z Wojtkiem?

- 39 A!

- Obaj zagraliśmy po trzydzieści dziewięć meczów w reprezentacji? Że ja zagrałem tyle, to wiem, ale że Wojtek, to nie wiedziałem. I tak już zapewne zostanie, chyba, że Wójcik zostanie selekcjonerem... Jeśli chodzi o pisarską karierę "Kowala", to życzę mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ciekawe, czy sam czyta, to co pisze? Wojtek chyba za szybko chwycił za pióro. Przecież jest młodszy ode mnie! Powinien jeszcze trochę goli strzelić, a wówczas książka byłaby grubsza.

- A może boi się pan niedyskrecji partnera z ataku?

- A skąd! Po pierwsze, to czytelnicy mają prawo do ciekawych historii, a po drugie, to sam jestem ciekaw, czy "Kowal" wszystko pamięta?

- Kowalczyk przestał grać w kadrze za Wójcika, a pan za Engela.

- Ostatnie moje spotkanie to Armenia w czerwcu 2001 roku. Nie byłem wówczas sobą, a i Engel specjalnie nie miał do mnie przekonania. To był dla mnie wyczerpujący sezon, zagrałem mnóstwo meczów, a w dodatku prześladowały mnie różne kontuzje. Zawód napastnik, to nie tylko gole, ale i zderzenia.

- Zderzenia?

- A tak - z obrońcami, łeb w łeb! Te zderzenia i gole można zresztą łączyć.

- Łączyć?!

- Miałem taką przygodę na Gottlieb-Daimler-Stadion w Stuttgarcie. Skoczyłem do górnej piłki i wpadł na mnie Thomas Berthold. To był mój nokaut. Piłka wpadła do siatki, na tablicy świetlnej pojawiało się moje nazwisko, wyczytał je spiker, a ja nie wiedziałem, że strzeliłem gola. Później z dwa tygodnie nie mogłem trenować. A jak wróciłem do zajęć, to na pierwszych tętno skoczyło mi do 220. Czasami są i mniej poważne, ale wielce uciążliwe kontuzje, jak moja łydki, z którą zmagałem się miesiącami. Cała gra Wolfsburga była ustawiona pode mnie. Trener Wolfgang Wolf wreszcie zaczął grać trójką napastników. Dwóch skrzydłowych miało pracować na Juskowiaka. A ja ciągle tylko narzekałem na uraz, aż wreszcie Wolfsburg sprowadził Argentyńczyka Diego Klimowicza...

- Dlaczego latem wybrał pan Energie Cottbus?

- Kilka czynników zdecydowało - stąd jadę tylko dwie godziny do Poznania. A żona po dziesięciu latach za granicą coraz bardziej tęskni za rodzinnymi stronami. Poza tym myślę o dzieciach - powoli chcemy wracać do Wielkopolski, chociaż ja jeszcze rok, może dwa pogram. Mam już także pomysł na życie po karierze. Grupa AMG złożyła mi wstępną ofertę, abym został menedżerem odpowiedzialnym za rynek portugalski. Znam ten język, znam kraj, mam tam mieszkanie - to będzie fajne wyzwanie.

- Najpierw jednak chciałby pan strzelić kilka goli.

- Jak najbardziej! Dla Cottbus zdobyłem tylko jedną bramkę. Zanim zdecydowałem się na podpisanie kontraktu z Energie, rozmawiałem z trenerem Eduardem Geyerem. Mówiłem mu, że potrzebuję ogrania, po tym, jak w poprzednim sezonie sporo pauzowałem z powodu kontuzji... A tu zaraz na początku sezonu słyszę, że Geyer mówi, iż nie nadaję się do gry w meczach wyjazdowych. Geyer to specyficzny szkoleniowiec. Co mecz wystawia 3-4 piłkarzy. Dotychczasowi pewniacy lądują nawet nie na ławce, a na trybunach. Zawodnicy przez to tracą pewność siebie. Na odprawach opiekun Energie szuka złych rzeczy, zamiast dobrych. Im słabszy klub, im słabsi piłkarze, tym bardziej trzeba im wmawiać, że dadzą radę. Dla większości piłkarzy Energie, ten klub to najlepszy w ich karierze - szczyt marzeń. A działacze i trener nie mają wizji... Geyer mówi o błędach, a ile sam ich popełnił przez ostatnie kilka miesięcy? Od tego czasu, jak jestem w Cottbus, mieliśmy jeden trening taktyczny. Tylko jeden! A propos mojej decyzji - w Energie byli już Kałużny i Kobylański, co także zdecydowało o moim podpisie. Nie ma jak dwóch Polaków - wariatów, wspólnie dbamy, aby było wesoło. Niemcy "Kobiego" to się normalnie boją! Taki ma biceps, jak ja udo! "Kałuża" też spogląda na nich spod tych swoich okularków tak, że pada na nich blady strach...

- Pod choinką można powspominać - najlepsza jedenastka, z piłkarzy z którymi grał pan w jednym zespole?

- Dudek w bramce, w obronie Hajto, Andersson, Naybet i Georgatos, w drugiej linii Figo, Effenberg, Bałakow i Amunike, a w ataku ja - wiadomo kto ustala skład - i rzecz jasna "Kowal". Najlepiej jakbyśmy zapuścili wąsy, jak w 1992 roku. Już z powodu tych wąsów, obrońców przechodziłby dreszcz...

ROMAN KOŁTOŃ