Nic nie wiedziałem

CZYTAM, to co pisze Wojciech Kowalczyk, bo traktuję to jako lekturę. Nie podobają mi się jednak często używane przez autorów słowa na "k" i "ch", bo uważam, że można je wykropkować. Chyba, że zawodnik sam się na to nie zgadza... - powiedział nam były selekcjoner reprezentacji Polski, Andrzej Strejlau.

- W jednym z odcinków przeczytałem, że dziennikarze donieśli Wojtkowi, że w zremisowanym na wyjeździe meczu z Holandią zarzuciłem zawodnikowi symulowanie kontuzji. Po pierwsze nie sądziłem, że dziennikarze donoszą, a po drugie nigdy czegoś takiego nie zrobiłem, natomiast pamiętam, że Kowalczyk sam podczas spotkania zgłosił niedyspozycję. Uważam też, że od tego kto ma wejść na boisko i za kogo jest trener, a nie piłkarz. Ze zdumieniem przeczytałem również kilka fragmentów dotyczących picia alkoholu na zgrupowaniach reprezentacji, którą wtedy prowadziłem. Nigdy nie miałem kłopotów dyscyplinarnych z kadrowiczami. Gdybym wiedział o ekscesach, o których opowiada Kowalczyk, ich uczestnicy pożegnaliby się z zespołem narodowym. Nie wiedziałem jednak, że selekcjoner musi być też ekonomem, że kiedy w nocy, po 22, kładłem się spać w hotelu mogły się dziać takie rzeczy. W tej sytuacji muszę jeszcze raz przeanalizować przebieg kilku meczów pod moją wodzą, bo do tej pory szukałem błędów tylko u siebie, a teraz wiem, że na wyniki niektórych spotkań mogły rzutować nocne balangi piłkarzy. Owszem, zdarzyło się, że złapałem jednego z zawodników na naruszeniu regulaminu, ale incydent dotyczył przedłużającej się w jego pokoju wizyty pewnej niewiasty. Ten piłkarz nigdy później już u mnie nie zagrał, a nie mogłem go już wtedy wyrzucić ze zgrupowania, ze względu na kłopoty kadrowe. A tak poza tym, to "Kowal", który jest obecnie w najlepszym dla piłkarza wieku, powinien dziś grać w czołowym, europejskim klubie i nosić obrońców rywali na plecach. Jednak szczegóły kariery, o których u was czytam dają odpowiedź, dlaczego tak nie jest - kończy Strejlau. RAF

"Bierze się zawartość wszystkich hotelowych barków - cokolwiek, co tylko jest cieczą - i wlewa do wspólnego pojemnika, na przykład wiadra. Do tego dodaje się sok pomarańczowy i wychodzi z tego wyśmienity, wyjątkowo poniewierający koktajl, przywołujący nieludzkiego kaca".

Fragment książki "Kowal" - prawdziwa historia", czyli jak Wojciech Kowalczyk wchodził w łaski starszych kadrowiczów.