
(odcinek 96)
Są tacy, dla których powrót do sportu po dłuższej przerwie jest prawdziwą katorgą. Nie wytrzymują im stawy, kolana, zrywają się mięśnie. Ja miałem wielkie szczęście - przez cały okres przygotowawczy przeszedłem bez choćby najmniejszego urazu. Trochę mnie to zastanawiało i... może nawet trochę martwiło. Wiedziałem, że coś z tymi przygotowaniami nie jest tak. Tak naprawdę nie miałem nawet zakwasów, podczas gdy przez całe lata kariery w czasie ładowania akumulatorów schodziłem tyłem po schodach, bo przodem zbyt bolało. Nie miałem ochoty na nic, poza spaniem. A tu jakoś tak dziwnie, jakoś tak bezboleśnie. Za łatwo.
Oczywiście pierwsze dni nie były taką sielanką. Tylko, że ja wiedziałem, czego chcę. Wszyscy mi mówili: - Kowal, nie ciągnij na siłę. Jeśli nie będziesz dawał rady, stań i odpocznij... A ja i tak uparłem się w duchu, że będę biegał tyle, co wszyscy. Gdy zasuwaliśmy przez pierwsze dni wokół kanałku przy stadionie, zawsze byłem na końcu stawki, ale jednak w ekipie. Jednak.
Najgorszy był sam start, samo przewietrzenie płuc. Potem zaczynało iść łatwiej. Byli i tacy, którzy studzili mój optymizm. Na przykład trener Wilczyński, odpowiedzialny za przygotowanie fizyczne. - Wojtek, nie myśl, że tak zaraz będziesz grał i biegał jak dawniej. Moim zdaniem te półtora roku laby wybiegasz dopiero w osiem miesięcy. Tak koło września-października będziesz prezentował odpowiednią formę - wypalił. Jakże prorocze były to słowa! Rzeczywiście, naprawdę zacząłem grać właśnie pod koniec września. Inna sprawa, że do tego czasu przeszedłem trzy etapy przygotowawcze - zimowy i letni z Okuką oraz letni z Wójcikiem. To była końska dawka, jakiej potrzebowałem.
Na zgrupowaniu w Dębicy mieszkałem z Giuliano. To była moja inicjatywa. Chłopak chyba czuł się trochę obco, a ja znałem hiszpański, mogłem jakoś się z nim dogadać. Przynajmniej się nie gubił, nie spóźniał. Moim powrotem do Legii najbardziej przejął się chyba Tomek Jarzębowski. Mówił, że zawsze chciał ze mną grać, że miejsce dla warszawiaków jest w Legii, a teraz będzie nas dwóch. Że we dwóch lepiej, raźniej. I że musimy sobie pomagać i że chciałby mieć kiedyś taką pozycję w klubie, jak ja. Taką pozycję w historii klubu. Widać, że był przejęty. Sympatycznie przejęty. Tacy ludzi, ambitni, powinni grać.
Dzień zaczynał się dla mnie trochę wcześniej niż dla reszty. Kiedy inni przewracali się z boku na bok, ja - jeszcze przed śniadaniem - wychodziłem na trening z trenerem Wilczyńskim. Zasuwaliśmy wokół boiska kolejne kółka, mniej więcej przez pół godziny. A potem, wiadomo, to samo co cały zespół. W wolnym czasie grało się w karty, rozmawiało, dowcipkowało. Oczywiście tylko o piłce. Co tu kryć, piłkarze to nie są zbyt inteligentne bestie. Jak się o piłce nie gada, to się milczy. Taka prawda. Jak pamiętam, wszystkie zgrupowania to było wspominanie piłkarskich anegdotek, meczów. Kiedy futbol schodził z tapety i wskakiwał film, to po minucie znowu trzeba było wracać do poprzedniego tematu. I znowu wielkie halo, że ktoś tam coś tam na jakimś zgrupowaniu. Ta sama opowieść po raz dziesiąty, ale każdemu się podoba. Mnie też.
Na treningi nikt nie narzekał. Nie widziałem jeszcze piłkarza, który by płakał, że ma za lekko. Każdy robi to, co mu się każe. Każe się mniej? W to mi graj! Pretensje zaczęły się później, gdy wszyscy skumali, że te dwa miesiące poza domem, te godziny biegania, kopania, skakania - wszystko o kant dupy potłuc, bo reszta drużyn biega dwa razy szybciej, kopie dwa razy mocniej i skacze dwa razy wyżej. Jednak na samych zgrupowaniach - raj. Jaki ten Smuda dobry, że już nam nie daje wycisku. Chociaż niektórzy się dziwili. Zielek wspominał okres przygotowawczy, jaki Smuda zaaplikował im rok wcześniej, w Tunezji. W jednym sparingu musiał podobno wystąpić trener Kazimierski, bo na 22 chłopa nie znalazło się 11 zdolnych do gry. Tak z nimi Franz jechał!
Sam troszeczkę byłem rozczarowany tempem, w jakim dochodziłem do formy, ale z drugiej strony może Smuda okazał się moim zbawieniem? Może przy kimś innym nie wytrzymałbym miesiąca, tylko trafił na stół? Może właśnie by mnie kroili? Ale o Franku następnym razem...
(odcinek 97)
Krótko byłem u Smudy. Nie wiem do końca, co on tak naprawdę potrafi. Nie widziałem go, jak prowadzi zespół z ławki rezerwowych, nie widziałem, jak wygląda jego przedmeczowa odprawa. Jedno jest natomiast pewne - ma pojęcie. Treningi u niego zawsze były bardzo ciekawe, chociaż niesympatyczne dla zawodników. Kochał interwały, a to może każdego nieźle zmęczyć. Dziwiło mnie coś innego - wcześniej podobno uwielbiał małe gierki, a w Legii ciągle graliśmy jedenastu na jedenastu, przy czym składy nigdy się nie zmieniały.
Druga strona medalu jest taka - nie przygotował dobrze zespołu. To fakt. Rywale robili z nami, co chcieli. Nie przegrywaliśmy jednak z nimi, ale z własnymi słabościami. Owszem, jak przyjechał Ruch Radzionków, to się wiozło Ruch Radzionków. Tyle że jak przyjechał ktoś solidny, to się już nie wiozło... A może wszystko tak miało wyglądać? Może zwolniono go tak szybko, że nie zrealizował swojego planu i później zamierzał tak nami pokierować, że nagle złapalibyśmy gaz. Możliwe, choć moim zdaniem nierealne. Przygotowania były zawalone.
Atakując Smudę, piłkarze bronili się przed krytyką. Owszem, bezsensem było zwalanie na niego winy za własne kiksy, bo jak ktoś nie umie grać w piłkę, to go żaden trener w dwa miesiące nie nauczy - do tego, kto nie umie, jeszcze dojdziemy. Natomiast faktem jest, że będąc źle przygotowanym, nie da się grać. Brak wtedy pewności siebie, niezbędnej do wszystkiego na boisku. Odwalaliśmy kaszanę.
Samo zwolnienie Smudy po meczu z Zagłębiem było dziwne. Czekano na pretekst, aby go wywalić. W szatni plotkowało się, że trener poleci przy pierwszej obsuwie - że go prezes nie cierpi, że są kłótnie, że już pismo czeka. Przesadzono. Meczem meczem, ale rozsądek rozsądkiem. Po jednej porażce? Głupota. Ja zresztą mam swoje zdanie na temat tej całej myśli szkoleniowiej. Dla mnie - pic na wodę. Jak masz dobrą drużynę, to wygrywasz, a jak słabą, to przegrywasz. I możesz stawać na głowie, a nie zrobisz niczego więcej niż ci pozwala potencjał ludzki. Jak trenerowi nie wychodzi, to znaczy, że ma kiepskich ludzi. I tyle. Główne założenie przy zatrudnianiu trenera powinno być takie, żeby niczego nie spieprzył i pojawiał się na czas na pomeczowych konferencjach. A najgorsze, że nawet się nie da przewidzieć, który akurat coś spieprzy, a który nie będzie przeszkadzał. Gdybym z ostatnich dziesięciu selekcjonerów miał wybrać jednego, który okaże się kompletnym psują, to bym z miejsca wskazał na Engela. A on, proszę - nie popsuł!
Smuda też miał w swoim czasie ofertę prowadzenia reprezentacji. To jest jak z piłkarzem. Grasz świetnie kilka sezonów, jest propozycja z Milanu. Nie pójdziesz, do końca życia będziesz się kopał w Empoli albo Piacenzie. Sprawdziło się ze Smudą. Nie poszedł do Milanu, do reprezentacji, i od tamtej pory nic nie wygrał, a dużo przegrał. Miał zrobić z Legią mistrza Polski, nie wszedł do europejskich pucharów.
(odcinek 98)
Skoro zwolniono Smudę, to powinni polecieć i inni trenerzy. Tymczasem pierwszym został Krzysztof Gawara, dotychczasowy asystent. Moim zdaniem też odpowiadał za przygotowania. Dla mnie - odjazd, wszyscy. Tylko pan Lucek zostaje, bo pan Lucek to szycha numer jeden. W Legii czasami w szatni śmialiśmy się z Gawary. Przychodził co najmniej raz w tygodniu masować bark. - Oho, było kopane! - padało hasło. Tak go ten bark bolał od kopania dołków pod innymi trenerami. Czy naprawdę kopał to nie wiem, ale faktycznie bark go bolał, więc coś na rzeczy mogło być. A i ambicje swoje gość miał - chciał być pierwszym trenerem Legii. Najlepiej na lata!
Z grubsza jednak, zostawiając żarty, Gawara jest w porządku. Wymagający, ale przy tym konkretny, a i porozmawiać z nim można. Nie poznałem go dobrze, ale nie zdążył mi zaleźć za skórę. Natomiast Darek, ops, przepraszam, Dariusz Kubicki...
Kubicki jest inny. Tak go najłatwiej scharakteryzować. Inny. Nie będzie miał przyjaciół wśród piłkarzy, to na sto procent. Nie chciałbym współpracować z takimi ludźmi. Do zawodnika trzeba mieć odpowiednie podejście. Kuba umie pożartować, lubi to, ale za poważnie podchodzi do zawodu trenera. Gdyby zadał sobie pytanie, czy przez ostatnie dwa lata jakikolwiek piłkarz zgłosił się do niego z jakimś problemem, łatwo znalazłby pewnie odpowiedź - ani jeden. To nie przypadek. To styl bycia Darka. Znaczy się - Dariusza.
Nie mówię, że mnie to zaskoczyło, bo opowieści po klubie krążyły - z Kubickim to lepiej na dystans. A przecież pamiętałem go jako zupełnie innego chłopa - normalnego, z poczuciem humoru, ani trochę wyniosłego. Może to Anglia tak zmienia ludzi? Może tam tak trzeba? Nie mam wątpliwości, że tacy ludzie jak on czy Dziekan coś z tych Wysp Brytyjskich wynieśli, ale niekoniecznie to co trzeba. Tak jakby był kierowcą i jedyną nauką, jaką wyniósłby z Anglii, byłaby jazda lewą stroną ulicy. Zawodowe samobójstwo.
Ja mam to szczęście, że mnie zmieniała Hiszpania. A Hiszpania daje luz, uśmiech.
Wiem dobrze, że wielu piłkarzy na myśl, że kiedyś Kubicki zastąpi Okukę, ogarnia przerażenie. Już się zastanawiają, gdzie zwiewać. A to, że Kuba będzie pierwszym, to chyba pewne. Ma układy u Zarajczyka, co wie każde dziecko. Nawet ta zmiana Gawary na niego dawała do myślenia. Obaj mówią po angielsku, obaj lepiej niż Okuka, a jednak roszadka. Szybka, krótka zmiana - nikt nic nie wiedział, nikt nic nie wie.
Nie chcę, żeby wyszło na to, iż Kubicki się nie nadaje. Nadaje się. Ma pojęcie o trenerce, nawet narzuca swój styl pracy Okuce. Przez całe życie najlepsze rozgrzewki miałem właśnie u Kuby - piłka zamiast śmiesznych przebieganek. Tylko, żeby on nie był tak z piłkarzami na nie. Żeby stał się normalny. Żeby sobie przypomniał, jak jeździliśmy razem na mecze kadry, jak w Legii odprawialiśmy ogórków... Niech skończy z błazeństwami.
Jednego dnia na zgrupowaniu w Austrii wracaliśmy z treningu, a Kuba podszedł do mnie i tak po cichu zagaił: - Wiesz, Kowal. Jest taka sprawa, żebyś mówił do mnie "panie trenerze". No bo wiesz... Lepiej to będzie wyglądało.
Byłem w szoku. Niedawno piliśmy piwo na wspólnych zgrupowaniach, dało się mu możliwość zarobienia dobrej kasy bramkami strzelonymi Sampdorii Genua. Zawsze był Kuba. Kuba albo Darek. A teraz "pan trener".
- Dobra, mogę tak mówić - skłamałem, bo wiedziałem dobrze, że mi przez gardło coś takiego nie przejdzie. Do trenera Brychczego mówiło się "panie Lucku", do masażystów, dużo starszych od Kuby, pana trenera Kuby, po imieniu. A jaka znowu była różnica wieku między mną a Darkiem? Sześć czy siedem lat? Zwracałem się do niego bezosobowo. Zamiast "Kuba, co robimy?", pytałem zwyczajnie "co robimy?". Bez dodawania "trenerze". Wydaje mi się, że Zielek też tak robi. Też nie mu przez gardło "pan trener" nie przechodzi. I Robakowi też chyba nie przechodziło.
A gdyby teraz Darek Czykier został trenerem Legii? Panie trenerze, panie Darku? Raczej nie bardzo. Przecież to gość, z którym w piłkę grałem, jak z niejakim Kubickim Dariuszem! Kuba chyba myślał, że występuje w obronie własnego autorytetu, ale ktoś mu musi wytłumaczyć, że nie na tym polega autorytet. Ja w Hiszpanii pięć lat mówiłem do trenerów po imieniu. Do starych repów. Jestem Jose i wal mi Jose.
Że też ludzie mogą się tak zmienić. Swoją drogą, też mu mogłem wtedy powiedzieć - to ty mi nie mów Kowal, tylko panie zawodniku. Wszystko będzie miało ręce i nogi. Panie trenerze, panie zawodniku. I możemy się bawić.
Kubicki na pewno może imponować swoją pracowitością. Kiedyś strasznie przytył, chyba z bekę piwą musiał naraz łyknąć. No i założył się z Mariuszem Piekarskim, że zrzuci całą nadwagę, a miał tego chyba z dziesięć kilo albo więcej, w dwa tygodnie. Zakład na kasę. W Austrii żar lał się z nieba, a Darek przystępował do ubierania się - najpierw spodenki i koszulka, potem dres, a na koniec ortalion. Na sam widok połowie robiło się słabo. Plus trzydzieści pięć, nie idzie wytrzymać na golasa, a gościu zasuwa z nami na treningu. Tacy masażyści w Legii czy doktor Machowski, to całe życie się odchudzają. Zgrupowanie po zgrupowaniu, non-stop biegają i coś dobiec nie mogą. A Kuba się ubrał jak na księżyc i w dwa tygodnie załatwił sprawę. Zakład wygrał.
Osobiście nie miałem z nim konfliktów. Gdy prowadził jeszcze rezerwy, często się widywaliśmy. Cześć, cześć, co słychać. Darek nie posdziewał się, że będę wytrzymywał treningi, był zdziwiony, iż jeszcze nie odpuściłem. Pamiętam, że nawet była taka sytuacja, że Okuka zdjął mnie w przerwie meczu z Amiką, a Kuba, jak kolega, powiedział mi: - Popełnił błąd, nie powinien cię zmieniać. W drugiej połowie byłeś potrzebny na boisku.
Ma ambicję, ma samozaparcie, ma też zmysł trenerski. Tylko o relacjach międzyludzkich nie ma pojęcia. Zastanawia mnie pan Dariusz Kubicki. Zastanawia mnie ta osoba. Nie wiem, o co chodzi.
(odcinek 99)
Praca jako drugi trener Legii to najłatwiejsza fucha pod słońcem. Wystarczy podglądać Lucjana Brychczego i robić dokładnie to, co on. Niech Kubicki, Gawara i inni patrzą, notują, uczą się. Jak dla mnie to pana Lucka powinni w klubie zrobić honorowym prezesem, choć wiem, że jemu by ta funkcja nie odpowiadała. On woli przyjść rano, ubrać się w dres, wziąć piłkę, pokopać, poobcować z chłopakami. To jego życie, jego świat. Ale honorowym prezesem i tak bym go zrobił, choćby na siłę. Choćby miał nigdy w praktyce tej funkcji nie pełnić.
Patrząc na trenera Brychczego, można dojść do wniosku, że to jedna z bardzo niewielu osób, która w Legii nie widzi pieniędzy, ale dom. Widać, że nie interesują go zaszczyty, stanowiska, kasa. On kocha piłkę taką szczerą, bezinteresowną, może trochę młodzieńczą miłością.
Treningi z tym człowiekiem to sama przyjemność. To tak, jakby uczyć się jeździć samochodem od kierowcy rajdowego. Ma się do czynienia z mistrzem w swoim fachu, co straszliwie mobilizuje. To nieprawda, że w naszej piłce nie ma autorytetów. Są, tylko że czasem schowane w cieniu. Pan Lucek zawsze miał słabość do technicznych piłkarzy. Wolał oglądać piękne zagrania niż rąbankę. Kiedy Adaś Fedoruk robił zwód, trener kręcił głową z niedowierzaniem, że na takie bzdury się ludzie nabierają, ale przy tym cieszył się - bo jednak miało to w sobie coś z techniki. Cieszył się widząc w akcji Darka Czykiera, który miał klej w nodze, cieszył się na widok Leszka Pisza.
Zawsze był dobry do "dziadka", takiej gierki popularnej wśród piłkarzy. Nigdy nie wchodził do środka! Nie dlatego, że miał swoje lata, ale po prostu zawsze podawał celnie. Z kolei gdy uderzał na bramkę, to najlepiej ze wszystkich. Mimo swojego wieku, nawet lepiej niż Piszczyk. Nie tak mocno, ale za to jakże precyzyjnie. Na te jego uderzenia można było tylko patrzeć, bo nikt z nas nie miał szans nauczyć się od pana Lucka czegokolwiek. To inny poziom, inny wymiar piłki. I żywy dowód na to, że pewnych umiejętności się nie zapomina. Czasami na treningach, jeszcze w tej starszej Legii, nie było parzystej liczby piłkarzy. Wtedy marzeniem było trafienie do pary właśnie z trenerem Brychczym, bo kiedy wymieniało się podania, piłka trafiała pod samą nogę. Natomiast gdy przyszło do ćwieczenia z Ratajem, to się można było zmęczyć - jak Krzysiu kopnie z lewusa to czasami trzeba nieźle się nabiegać.
Po moim powrocie do Legii, kiedy jeszcze nie jeździłem na mecze, trenowałem w wąskim gronie właśnie z panem Luckiem. To najlepszy trening, jaki piłkarz może sobie wymarzyć. - No to co panowie? Piłeczki wieźmiemy, rozgrzeweczka i gramy - zarządzał. Cieszyłem się, widząc go chętnego do pracy. Wcześniej dochodziły do mnie wieści, że ktoś na niego napadł, że w szpitalu leżał. Ale gdzie tam, trenera Brychczego nic nie złamie. On przeżyje nas wszystkich.
Aha. I jak kiedyś gdzieś przeczytam znowu wypowiedź jakiegoś działacza, że w klubie nie ma trenera od bramkarzy, to niech on się lepiej puknie w ten pusty łeb i na przyszłość nie zapomina o najlepszym gościu w tym fachu. Bo jak ktoś się nauczy bronić strzały pana Lucka, to go nikt nie zaskoczy. Za jego czasów problem bramkarzy nie istniał.
(odcinek 100)
Zbliżał się czas prawdziwego powrotu. Nie tego do Legii, ale tego do gry w Legii. Najpierw musiałem spełnić wymóg formalny - rozegrać chociaż jeden mecz w rezerwach, żeby obejść jakiś martwy przepis misiów z PZPN. Poczułem się trochę tak, jak gdybym cofnął się w czasie i na chwilę wrócił do Poloneza Warszawa. Znów autokarowa wycieczka, tym razem do Łowicza, a kiedyś jeździło się do Bartoszyc, Wyszkowa czy Olsztynka. Troszkę kibiców na miejscowy stadion ściągnąłem. Chyba całe miasteczko mobilizowało się - chodźcie, przyjeżdża Kowalczyk, można mu nabluzgać!
To było dopiero przyjęcie! Jedno z lepszych w mojej karierze, przekleństwo za przekleństwem. I co ciekawe, w czwartej minucie dostałem bardzo dobrą wrzutkę od takiego młodego chłopaka, Cieślińskiego. Uderzyłem z głowy z szesnastu metrów, a piłka weszła w same widły. Publika w szoku, piłkarze w szoku i ja w szoku, że z linii pola karnego tak można pierdzielnąć. Szkoda, że kamery tego nie uwieczniły. Kibice na moment ucichli, ale po chwili znów wyskoczył miejscowy solista - ty pijaku!!! A za nim cały chórek - chuju!!! Nie reagowałem, bo pokazałbym jeden gest, a już nie miałby kto tej książki napisać. Raczej się uśmiechałem, że tyle lat się w piłkę nie grało, a kibice wciąż pamiętają.
Jeszcze przed meczem Darek Kubicki, ówczesny trener rezerw, powiedział reszcie: - Słuchajcie, to jest jak wiadomo Wojtek Kowalczyk, dzisiaj zagra z nami. Raczej nie zaszkodzi, a pewnie pomoże... Mnie na osobności powiedział: - Pamiętaj Kowal, nic na siłę. Wiesz, że nie będzie lekko. Jak nie będziesz mógł wytrzymać, podnieś rękę, zrobimy zmianę.
Miałem grać bezkontaktowo, żeby nie narazić się na jakieś spotkanie pierwszego stopnia z trzecioligowym drwalem. I w samej końcówce zachowałem się jak junior! Wszystko było w porządku do 89 minuty. Wtedy zachciało mi się strzelić drugiego gola. Tyle czasu się czaiłem, żeby mi nogi nie urwali i w końcu poszedłem na przebój, aż mi prawie rzeczywiście urwali! Ledwie doszedłem do domu.
W sumie powrót udany. Strzeliłem gola, wygraliśmy 1:0.
Teraz nie było odwrotu - czas na pierwszą ligę. Nigdy nie należałem do takich, którzy pchaliby się przed kamery, raczej nie zależało mi na rozgłosie, ale wtedy ten cały szumek mnie cieszył. Byłem zadowolony, gdy prezes Leszek Miklas powiedział mi, że dzięki temu, iż wróciłem na Łazienkowską na mecz z Widzewem sprzedano dwa tysiące biletów więcej. To dodawało otuchy, chęci do pracy. A presja? Ja jej nie odczuwałem.
Przed samym spotkaniem z Widzewem prasa zrobiła wokół mnie spektakl. Tu konferencja prasowa, tam pierwsza strona. Pamiętam ostatni dzień przed meczem. Byliśmy na zgrupowaniu na Agrykoli, miałem jednoosobowy pokój. Słuchałem radia, gdzie co chwilę zapowiadano powrót Kowala. Nie stresowałem się, ale zastanawiałem, jak to wszystko będzie wyglądało. Układałem sobie w głowie scenariusze i marzyłem, aby wejść przy stanie 0:0 i strzelić decydującego gola. Przypominałem sobie poprzednie spotkania z Widzewem. Pamiętam takie z sezonu 1992/93. Dopiero co wróciłem po kontuzji, zero treningu, a Janusz Wójcik z miejsca wypchnął mnie na boisko. W 60 minucie miałem ciemno przed oczami, prosiłem o zmianę. Odpowiedź? - Zapierdalaj!!! I tak rozgrywał się ten mecz gdzieś koło mnie. I było to jedyne spotkanie, kiedy... ze zmęczenia urwał mi się film. W ostatniej minucie decydującą bramkę strzelił Maciek Śliwowski. Szaleńczy bieg, aby go uściskać kosztował mnie zwrócenie całego obiadu zaraz po zejściu z murawy, w tunelu. Padałem na twarz.
Miałem też w głowie mecz z Widzewem w Pucharze Polski. Zimno jak cholera, aż nie chciało się wychodzić z szatni. Na 1:1 strzelił Fedor i od razu złapał kontuzję. Zapowiadała się dogrywka. Dogrywka w tym beznadziejnym mrozie. Dziewięćdziesiąta na zegarze i rzut wolny na ich połowie. Mówię do Leszka Pisza: - Grajcie na mnie, albo strzelę, albo Bogusz czerwoną dostanie.
Leszek ze Zbyszkiem Mandziejewiczem chcieli pograć piłką, poczekać do końca. W końcu Leszek się przekonał. - Daj wariatowi, jak chce.
No i mi zagrali. Patrzę w jedną stronę - oho, blokada. Bogusz! W drugą - oho, blokada. Łapiński! No to pojechałem prosto, w pole karne. Na długim słupku stał Grzesiak, więc zacentrowałem. Tylko, że tak zawiało, iż mi centra nie wyszła. Piłka wpadła w same ramy! Drogi Widzewie, w tym roku Pucharu Polski nie zdobędziesz!
- Skąd wiedziałeś? - pytał potem Leszek.
- A nie wiem, przeczucie jakieś - odpowiadałem. To jeden z moich ulubionych goli.
Miałem te obrazy przed oczami i czekałem. Dla zabicia czasu... rozwiązywałem krzyżówki. Jeśli ktoś myśli, że Kowalczyk to w ogóle głupek, a na zgrupowania to z alkoholem - błąd. Przede wszystkim z krzyżówkami. I to nie jakimiś tam panoramicznymi, tylko takimi jak najtrudniejszymi. Mocna koncentracja na krzyżówce sprawia, że nie ma miejsca na myśli o piłce.