(odcinek 91)

Już znacznie wcześniej wiedziałem, że nie chcę zostać w Las Palmas na kolejny rok. Ładnie tam jest, ciepło, ale na wakacje - co innego codzienne życie. Nie miałem zamiaru już tam siedzieć. Działaczom oznajmiłem, że nie mają co rozmawiać z Betisem na temat kolejnego wypożyczenia - ja się zmywam, wracam do Sewilli. Mam dość tej wyspy. Mam dość miasta, które mogę przejść piechotą w dziesięć minut i znam każdy jego zakamarek. Mam już dość mieszkania przy samej promenadzie, tłumu turystów pod oknem. Nie ma też co ukrywać, że w Las Palmas nie szło mi jakoś rewelacyjnie pod względem sportowym. To znaczy statystycznie wygląda to dobrze - rozegrałem trzynaście spotkań i zdobyłem aż dziewięć bramek. Gdy tylko dopisywało mi zdrowie (a niestety miałem kilka drobnych urazów), stawiano na mnie, bo byłem jedną z największych gwiazd drużyny. Wszystko szło świetnie do czasu zgrupowania kadry na Malcie i późniejszej kontuzji. A potem wyjazd na reprezentację na mecze z Anglią i Szwecją, ciągłe nieobecności, z których wynikało, że nie zależy mi na grze w Las Palmas, konflikt z trenerem. Po Malcie, czyli od lutego, tak naprawdę już nie grałem - z przyczyn zdrowotnych i reprezentacyjnych. Jednak ten bilans - trzynaście meczów i dziewięć goli - budził respekt. O tym, że w piłkę grać potrafię, wiedzieli tam bardzo dobrze.

Spośród tych dziewięciu goli, ze dwa strzeliłem na swój ambitny zamach, ale najlepszą bramkę zdobyłem w meczu z Rayo Vallecano. Na samym początku wcisnęliśmy na 1:0, ale potem zupełna zmiana sytuacji - jechali nas jak baranów. Nie mogliśmy wyjść z własnej połowy. Pełny dramat. Obrońcy tylko wykopywali piłki byle dalej. Trochę byłem tym faktem zły, bo można było pograć spokojniej, rozegrać, zamiast z piłki robić wykopki. Po jednym z takich zabłąkanych wykopów piłka trafiła do mnie. - Chcecie tak grać? Chcecie walić po trybunach? Jak wybijamy, to wybijamy! - pomyślałem. No to wybiłem. Byłem mniej więcej trzydzieści metrów od bramki Rayo. No i co? Pewnie już się każdy domyśla. Tak, jakimś cudem ta piłka przeleciała trzydzieści metrów i wpadła pod poprzeczkę. Po chwili kolega z ataku podwyższył i mecz już przegrany wygraliśmy 3:0. Jak widać, i z Las Palmas mam wiele miłych wspomnień.

Przyjechałem do Polski. Wreszcie urlop, koniec tego całego zamieszania. Koniec z Las Palmas. Mija tak spokojnie tydzień, drugi... W końcu w domu na Bródnie dzwoni telefon. Mój menedżer na linii.

- Treningi zaczynają się za dwa tygodnie, w poniedziałek.

- No dobra, a pieniądze już Betis wypłacił?

- Jeszcze nie, ale oni wszystkim zalegają.

Mijają kolejne dwa tygodnie. Znów telefon od menedżera.

- Mówiłem ci, że każdemu zalegają. Nie gorączkuj się tak.

- Słuchaj, ja nie wiem, czy zalegają każdemu. A jak zalegają, to niech sobie zalegają. Mnie nie płacą już prawie póltora roku.

- Rozmawiałem o tym. Powiedzieli, że na pewno ci zapłacą.

- No to jak zapłacą, to mnie zobaczą.

- Że co?

- Mówię, że jak już będzie kasa, to będzie Kowal w Sewilli. Proste.

Postanowiłem sobie odpocząć od piłki. To była szybka, podjęta w jeden dzień decyzja. Po co mam się męczyć? Po powrocie z Las Palmas pewnie trudno będzie mi wywalczyć miejsce w podstawowej jedenastce. Poprzedni szkoleniowy mag, ten od system 1-3-3-3-1, nie sprawdził się i zatrudniono Argentyńczyka, który zaczął sprowadzać rodaków. Dochodziły mnie głosy, że w związku z tym zostanę wypożyczony do Albacete. Teraz tamci robili zespół na awans do ligi. Wzięli jeszcze dwóch moich znajomych z Las Palmas, chcieli też mnie. Z czasem się wprawdzie dowiedziałem, że ten Argentyńczyk żałował, iż nie stawiłem się na treningach, bo chciał mi się przyjrzeć, ale trudno. Nie będę dokładał do interesu. W Albacete znów wypłacą mi dodatkową kasę do betisowego kontraktu, a podstawy i tak nie dostanę - tak jak przez rok w Las Palmas. Nie, dziękuję. Jak mam żyć z oszczędności, to wolę na Bródnie. Uznałem, że wpadnę za pół roku i sprawdzę co słychać. Dłuższej przerwy wtedy nie planowałem.

Nie chciało mi się bić o kasę w federacji hiszpańskiej, bo każdy się bił i nic z tego nie wychodziło. Betis płacił mi regularnie przez ponad trzy lata, ale za późniejszy okres był mi dłużny mniej więcej sześćset tysięcy dolarów. Byli tacy, którym rachunek nie zgadzał się na ponad bańkę i też - mimo że nazywali się Alfonso czy Finidi - nie potrafili nic zdziałać. To ja mam walczyć o sześćset tysięcy? Nie ma sensu, i tak nie zapłacą. Może to i moja wada, że zawsze lekką ręką odpuszczałem pieniądze.

Trafił się jeden duży twardziel, Solozabal, podstawowy zawodnik Hiszpanii na olimpiadzie w Barcelonie, mający za sobą także występy w pierwszej reprezentacji kraju. Powiedział sobie tak - pójdę do wszystkich możliwych sądów, może w piłkę już nigdy nie zagram, ale pieniądze wygram i wszystkie przekażę na cele charytatywne. Zrobię wszystko, poświęcę włąsną karierę, ale tego prezesunia Betisu udupię!

Nie wiem, jak ta sprawa się skończyła, jeśli ktoś zna jej finał - jestem szczerze ciekaw. Solozabal miał dopiero 30 lat, a już chciał rzucać futbol. Ja miałem wtedy lat 27 i jak się później okazało, też skończyłem poważną grę w piłkę - jeszcze wcześniej niż on. Co tak naprawdę mnie do tego skusiło?

(odcinek 92)

To był dziwny ruch z mojej strony, bo nikt na świecie nie przerywa całkiem niezłej kariery w wieku 27 lat. 27 lat to najlepszy wiek dla piłkarza. Kontuzje miałem wreszcie wyleczone, wciąż mogłem grać w reprezentacji Polski, bo trenerem był Janusz Wójcik. Jeśli miałem dość pobytu w Hiszpanii, mogłem przecież wrócić do polskiej ligi, do Legii. Jednak byłem zmęczony psychicznie, trochę zrezygnowany. Nie traktowałem tego na zasadzie, że coś mi się tam nie udało, odejście od piłki nie było efektem żadnej frustracji. Po prostu uznałem, że muszę odpocząc. Nie chciałem nic robić na siłę. Nie będę grał gdzieś tylko dlatego, że ktoś mi każe. Mam swoje życie. Nie chcecie płacić? W porządku - ja nie chcę grać. Są większe przyjemności na świecie. Milej mi się pogra z kolegami pod blokiem. Milej mi się pobawi z córką, pospotyka z przyjaciółmi.

Nigdy nie żałowałem swoich życiowych decyzji, choć nie wykluczam, że kiedyś taki moment nadejdzie i zacznę analizować wszystkie momenty, w których mogłem postąpić inaczej, może lepiej. Jednak nie, nie żałuję, że wtedy przestałem grać. Tak naprawdę, co to za różnica? Czy bym grał w Betisie cztery lata, czy dziesięć - co by to zmieniło? Jedynie stan mojego konta, które jest moją prywatną sprawą. Gdybym wtedy nie przestał trenować, pewnie gdzieś bym dziś grał - we Francji czy w Niemczech, w średnich drużynach. I tyle tylko, że bym grał. Nic poza tym. Kopałbym się z innymi w celach zarobkowych. Biegać gdzieś w Norymbergi czy Bremie, w Rennes czy Bordeaux - to żadna kariera. To jedynie uganianie się za kasą. Ja widocznie tej kasy już nie chciałem. Tak jak taksówkarz jeździ sześć dni w tygodniu, a nie siedem, choć siódmego też by coś zarobił.

Gdyby tego półtora roku, tej mojej przerwy, zabrakło mi do gry w Realu Madryt czy Barcelonie, wtedy bym żałował. Jednak jeżeli się widzi, że co najlepsze, to już za tobą... Myślałem sobie tak - Bońkiem już nie będę, nie zrobię światowej kariery, a grać dla gościa, który ci nie płaci, który cię jawnie oszukuje, zwyczajnie się nie chce. Jednocześnie doskonale zdawałem sobie sprawę, na co się decyduję - wiedziałem, że gdy się zostawia piłkę w wieku 27 lat, to się kończy kariera, a zaczyna jedynie przygoda z futbolem. Zaczyna się co najwyżej gra dla przyjemności, a jeżeli uda się coś zdobyć, to się zdobywa - i to jest piękne. Bo czy tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi? Kończyłem pewien etap życia. Zaczynałem nowy.

Plany jednak miałem trochę inne. Ta moja przerwa miała trwać pół roku... Z początku prawie nikt nie wiedział o mojej decyzji - ani koledzy, ani dalsza rodzina. Tylko najbliżsi. Potem się wszyscy zorientowali, że coś jest nie tak z tymi urlopami w Betisie, skoro Wojtuś już drugi miesiąc sobie siedzi w domu. Coś za długa ta przerwa. - Na razie odpoczywam - powiedziałem. Nie rzucałem słow na wiatr i naprawdę odpoczywałem. Bez treningów, czasami tylko przeszedłem się na siłownię, ale sam nie widziałem żadnego efektu.

Do Sewilli nie ciągnęło mnie także z jeszcze jednego powodu - wiedziałem, że w klubie nie będzie brakowało najprzeróżniejszych problemów. Przeczuwałem najgorsze - degradację. Sprawdziło się. Każdy rozumny człowiek wie, czemu Betis spadł wtedy z ligi. Spadł, bo piłkarze chcieli spaść. Wszyscy mieli zapisane w kontraktach, że w przypadku degradacji (która wydawała się nierealna mając w pamięci niedawne trzecie i czwarte miejsce w lidze) umowy będą nieważne. I to im pasowało. Popatrzmy na skład - Denilson, Alfonso, Finidi, Otero, Pratz, Fernando. To nie był zespół na drugą ligę, ale zespół zrobiony pod europejskie puchary. Tymczasem z tego co wiem, po kolejnych porażkach nikt się w szatni specjalnie nie martwił. Zawodnicy swoich pieniędzy nie odebrali, ale przynajmniej nie musieli jak niewolnicy pracować za darmo - droga wolna, o to chodziło. Gdyby nie spadli, mogliby tak grać w Betisie za darmo przez cztery czy pięć lat, bo na tyle mieli kontrakty, a to się nikomu nie uśmiechało. I tylko prezes przez to nie mógł spać po nocach. Nawet stadion zostawił niedokończony. Podobno oszukał firmę budowlaną, więc ta zwinęła manatki. Tak to jest, gdy za piłkę zabierają się ludzie, którzy dorobili się majątku na sprzedawaniu obrazków oraz pożyczaniu pieniędzy na wysoki kredyt.

Menedżer do mnie dzwonił cały czas, namawiał, abym zmienił zdanie i wrócił do Betisu.

- A co, już zapłacili? Na konto nic nie wpłynęło.

- Ale zapłacą!

- Słuchaj, odpoczywam.

(odcinek 93)

Po pół roku zgłosiłem się do Betisu, czy już poszli po rozum i mają mi zamiar wypłacić kasę, czy też muszę dalej leniuchować. Mieli wtedy na głowie masę problemów z innymi wierzycielami, jakieś sprawy w sądzie i nie bardzo znaleźli dla mnie czas. No to nie. Odezwę się za kolejne pół roku. W tym czasie zgłosił się do mnie Spartak Moskwa. Menedżer namawiał mnie na ten ruch - zacznij wreszcie coś robić. Ja mogłem powiedzieć mu to samo - zacznij wreszcie coś robić, załatw mi moją kasę zamiast klubu w Rosji. Kierunek wschodni niezbyt mnie rajcował. Odmówiłem. Tylko koledzy byli niepocieszeni. Mówili mi: - Młody jesteś, jedź, pograsz jeszcze w poważną piłkę. Spartak to Liga Mistrzów.

- Nie, dziękuję.

Po następnych sześciu miesiącach znów zgłosiłem się do Sewilli. Betis akurat spadł z ligi. Cudowali, czy bym nie wrócił i nie pomógł w walce o awans. - Nie ma takiej możliwości, dopóki nie zapłacicie zaległości - powiedziałem. No to pomagał im ktoś inny. Ja nie zamierzałem z siebie pośmiewiska robić. Nie po to rok odpoczywałem, żeby nagle z radością na ustach biec ratować prezesunia. Nie było mi też śpieszno do Lecha Poznań, na którego namawiał mnie Andrzej Grajewski. Jeszcze niby tam kibiców jakichś miałem przepraszać, że żyję. Bądźcie poważni, w żadnym Lechu grać nie będę, odpoczywam na Bródnie.

Co działo się ze mną przez to półtora roku, wiem tylko ja. Bardzo dużo czasu spędziłem na różnego rodzaju wycieczkach. A to pojechałem z rodziną nad morze, a to na Mazury, a to do lasu. Jesteśmy w komplecie, nic nas nie trzyma, pieniędzy nie brakuje, więc co? Wakacje. Oczywiście nie samemu, ale jeszcze z przyjaciółmi, bo samemu byłem pięć lat w Hiszpanii. Szukałem miejsc, gdzie można miło spędzić czas, połowić ryby, pozbierać grzyby, pogrillować. Nie napiszę nic nowego, że w takim okresie pije się też więcej alkoholu niż wynosi przewidziana norma. Jednak nie róbcie ze mnie alkoholika. W Hiszpanii przez kilka lat nie piłem w ogóle, a tu piwko dziennie to żadna choroba. Wódka jeśli już, to urodzinowo - to nie jest mój ulubiony trunek. Wolę whisky.

Gdy było lato, to nawet w dzienniku powtarzali - trzeba uzupełniać płyny, trzy litry dziennie, bo idą gorące dni. Skoro w dzienniku mówią, to jakże nie posłuchać? I czy ktoś kiedyś był na ognisku, grillu, aby obok nie pojawiło się piwo?

Kiedy byłem w Warszawie, często odwiedzałem różne rodzaju targi - na przykład związane z urządzaniem domu. Z dzieckiem chodziłem na koncerty-pikniki i inne tego typu imprezy. Kiedyś nawet poszedłem z córką na wyścigi konne. Nie żeby przepuścić kasę, bo nawet nie wiedziałem, jak w to się gra. Poszedłem popatrzeć. Szybko zrozumiałem, że to nie najlepsze miejsce na wizyty z dzieckiem. Byłem w szoku - wkoło masa ludzi, którzy poprzegrywali całe swoje życia. Karolina mnie zapytała, dlaczego oni tak wyglądają, tak krzyczą, są tacy nietrzeźwi. Co miałem powiedzieć? Tylko tyle, że jest weekend, to wszyscy są nietrzeźwi.

A sport? Oglądałem wszystkie możliwe transmisje sportowe w telewizji, słuchałem nawet Studia S-13. Lubię sport. Obejrzałem całą olimpiadę, co mi się nie zdarza. Nawet wszystkie etapy wszystkich największych etapów kolarskich obejrzałem. Troszeczkę mi piłki brakowało. Mówiło się z chłopakami - chodźcie, pogramy. Jednak nie odczuwałem jeszcze wtedy potrzeby, że muszę wracać do futbolu. Na mecze, na Legię nie chodziłem, bo jeszcze komuś musiałbym niechcący dać w mordę. W ogóle się raczej nie pokazywałem. Taki już jestem. Kiedy na dobre skończę grać, ludzie będą mnie mogli oglądać chyba tylko na zdjęciach. Żyje się tylko raz i niekoniecznie dla piłki, nawet nie przede wszystkim dla niej. Ja na pewno nie ustawię sobie w domu kamery z widokiem na kominek.

Z żadnymi piłkarzami z kadry nie utrzymywałem kontaktu, mam swoją grupę przyjaciół. Kiedy na Łazienkowskiej Polska grała z Anglią, akurat był wysyp grzybów... Do nikogo nie dzwoniłem i nikt do mnie nie dzwonił. Nikt mnie nie musiał pocieszać. Kowal wie, co robi. Kowal wie, że wróci, tylko nie wie, kiedy. Poza tym do mnie nie jest łatwo się dodzwonić. To dlatego, że za dużo ludzi ma mój numer. Jeden bierze od drugiego, drugi od trzeciego i kończy się tak, że w ogóle nie odbieram. W domu, gdy coś dzwoni, z założenia - mnie nie ma! Nie ma i nie będzie przez najbliższe dziesięć lat. Ale są takie uparciuchy, co nawet zadzwonią na telefon Ewy, a tam, o dziwo - nie ma! Kiedy grałem na Cyprze, wstałem rano i włączyłem telefon. Poszedłem do łazienki, wychodzę, a tam - 22 nieodebrane połączenia. Dwa nowe numery. I jak tu kochać to urządzenie?

Kiedyś to chyba w ogóle nie będę miał telefonu.

(odcinek 94)

W czasie olimpiady w Barcelonie ważyłem 77 kilogramów. Kiedy odpoczywałem na Bródnie jakieś 91. Dokładnie nie wiem, bo nawet nie mam w domu wagi. Dla jednych byłem zwyczajnie gruby, dla innych nie. Bez jaj, miałem nadwagę, jak na piłkarza dużą nadwagę, ale gruby to jest Ryszard Kalisz. Trudno było nie przytyć, skoro nic nie robiłem. Przez półtora roku trenowałem może dwa miesiące, gdy przyszła zima i już trudno było sobie zorganizować czas. Wtedy też brałem poważnie pod uwagę powrót do piłki, więc chodziłem na siłownię, godzinę dziennie jeździłem na rowerku, dwa razy w tygodniu grałem z kolegami na hali, raz w tygodniu na dworzu. To były nawet niezłe treningi. Graliśmy tak po dwie, dwie i pół godziny i sam się zastanawiałem - ile można? Dla zwycięzców zawsze przygotowana była skrzynka piwa. A żeby było fair, dla przegranych też się coś znajdywało. Wtedy miałem świetną wagę - około 85 kilogramów. Dopiero potem, gdy znowu odpoczywałem, ruszyło...

Przez półtora roku mogłem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce mi się jeszcze grać w piłkę, czy nie. Szczerze mówiąc, to jak się już posiedzi na tyłku dwa miesiące, to nic się nie chce. Jednak kończyła się kolejna jesień, moja ukochana pora roku, kończył się czas wycieczek i znów posypał śnieg. Tak, może jeszcze fajnie byłoby gdzieś pokopać? W telewizji widzę, że kadra wywija niezłe fikoły - nie może strzelić gola już dziewiętnasty rok. Może to ten czas? Chcę wrócić do piłki.

Jak już napisałem, nie żałuję, że zdecydowałem się w 1999 roku przerwać grę. Żałuję, że trochę się rozleniwiłem i nie skończyło się - a przecież takie były plany - na jedynie półrocznym zniknięciu. Pół roku byłoby akurat. Jednak ja trochę wtedy przedobrzyłem. Bujałem się o rok za długo. Momentami już naprawdę miałem dosyć, ale też nie mogłem się tak do końca zmobilizować, aby rozpocząć konkretne działania mające pomóc w powrocie. Tym, co mogło mnie napędzać, była chęć udowodnienia paru osobom, że Kowalczyk jeszcze dużo może. Że Kowalczyk potrafi postawić na swoim i pokazać, że nie jest tam, gdzie niektórzy chcieliby, aby był - choćby na trybunie przegranych ludzi na warszawskim Służewcu. Że ma się dobrze.

Poleciałem do Hiszpanii, spotkałem się z menedżerem. Troszkę się zdziwił na mój widok. - Przecież ty mnie zaraz dogonisz - stwierdził ze śmiechem, a trzeba przyznać, że on też należy do takich co się raczej nie ważą, bo i tak brzuch wszystko zasłania. - Słuchaj, dowiedz się w Betisie, czy wydadzą mi moją kartę. Chcę wrócić do sportu - stwierdziłem, a on popatrzył na mnie raz jeszcze. Polaco, sporo pracy przed tobą. On to wiedział i ja też. Jednak już nie było kroku w tył. Jeśli coś sobie założę, zrealizuję cel.

Z pomocą znajomego dziennikarza udało mi się rozpuścić wici, iż mam swoją kartę zawodniczą i mogę grać. Z pomocą jeszcze innego stało się to, o czym w głębi duszy marzyłem - Legia. Chciałem przede wszystkim grać gdzieś w Polsce, nawet z kimś po prostu trenować dwa miesiące, choćby za swoje pieniądze. Skoro jednak zgłosiła się Legia, to czego chcieć więcej? Najpierw zadzwonił do mnie kierownik Ireneusz Zawadzki i powiedział, żebym przyjechał na Łazienkowską. Spotkałem się w cztery oczy z prezesem Miklasem. Dogadaliśmy się błyskawicznie. W zasadzie nie byłem zainteresowany żadnymi pieniędzmi i wychodziłem z założenia, że co tam w piszą, to mnie będzie pasować. No i coś tam wpisali, a mnie pasowało. Ustaliliśmy, że dwa tygodnie potrenuję z zespołem, a potem trenerzy ocenią, czy są ze mnie zadowoleni, czy w ogóle jestem i do czegokolwiek potrzebny. Zgłosił się w tym czasie też Janusz Wójcik, który objął Śląsk Wrocław, ale Legia to Legia. Byłem w domu.

Rozmowa z prezesem Miklasem, normalnym facetem tak w ogóle, miała miejsce między Świętami a Nowym Rokiem. Uznałem, że skoro za trzy czy cztedy dni zaczynam treningi z drużyną, a odpoczywałem poprzednie półtora roku, to jeszcze sobie chwilę odpocznę. Wystartuję razem ze wszystkimi.

Tego dnia obudziłem się wcześniej niż zwykle, czyli na pewno przed trzynastą. Może o ósmej? Na treningu chciałem być pierwszy. Znów taksówka i znów dawno nie wypowiadane słowa: - Na stadion Legii, poproszę!

Nie miałem tremy. Tremę mogło mieć kilku piłkarzy, którzy wtedy przychodzili do Legii, jak na przykład Tomek Kiełbowicz. To on wkraczał do nowego świata, to przed nim otwierała swoje drzwi Łazienkowska. Ja szedłem do domu. Cześć chłopaki, trochę mnie nie było, ale już jestem. Taksówkarz zatrzymał się pod adresem Łazienkowska 3.

(odcinek 95)

Wszedłem jak do siebie. Jako pierwszy. Przywitano mnie wspaniale. Jak kolegę, którego długo nie było, ale w końcu musiał wrócić. Pani, która na Łazienkowskiej spędziła pół życia, od razu spytała: - Panie Wojtku, może kawkę?

Chyba tylko ona jedna mówiła do mnie "Panie Wojtku", dla magazynierów byłem "Kowalem". - Kowal, chodź, jest miejsce dla ciebie - powiedział jeden z nich, Waldek. I pokazał miejsce tuż obok tego, na którym siedziałem kilka lat wcześniej. - Tu jest wolne, bo ten piłkarz sobie poszedł.

Aha, skoro poszedł, to pewnie szybko nie wróci. Siedziałem w szatni najpierw sam. Chciałem, żeby tak było. Chciałem witać innych, a nie być witanym. Jak się wkrótce okazało, miejsce obok mnie przypadało teraz Adamowi Majewskiemu. Każdy na mnie patrzył - o, Kowal, będziesz miał co zrzucać! Ale nowy, okrągły kolega nie czuł się obco. Był Jacek Zieliński, był Rafał Siadaczka, był znany mi z kadry Czarek Kucharski czy też Marcin Mięciel albo Mariusz Piekarski. Także przed szatniami tłum. Tylu dziennikarzy i fotoreporterów to nie przychodzi na Łazienkowską chyba przez cały sezon - ale kto by nie chciał mieć zdjęcia grubego Kowala? Pstrykajcie panowie, wracam do gały.

Byłem ciekaw, jak to wszystko będzie wyglądało. Blisko siedem lat nie było mnie w polskiej lidze. Jak się teraz trenuje, jak przygotowuje? Spodziewałem się, że "Garaż" nie funkcjonuje już tak jak dawniej, że to inna ekipa. Trochę się rzeczywiście pozmieniało. Pamiętam, że gdy przyjechałem do Hiszpanii, w Betisie się ze mnie śmiali, bo nie wiedziałem, jak się korzysta z siłowni, co do czego służy. Oho, wieśniak przyjechał. A skąd miałem wiedzieć, skoro w Polsce, kiedy byłem pierwszy raz w Legii, jedynym przyrządem do ćwiczeń była piłka lekarska? Ja też bym się z nich pośmiał. Postawił przed nimi wielką, ciężką kulę i mówił: - No, panowie, trenujcie. Co, nie wiecie jak? Nie wiecie, po co wam ta piła? Nie, tego się nie kopie. Spytajcie polskich trenerów. Oni są specjalistami od piłki lekarskiej. Oto nasza myśl szkoleniowa.

A teraz w Legii proszę - siłownia dzień po dniu.

Chłopaki przyjęli mnie bardzo życzliwie. Nic w tym dziwnego, bo miejsca nikomu nie zabierałem. Miałem tylko trenować i przez dwa miesiące dać sobie samemu odpowiedź, czy jestem w stanie wrócić do piłki. Później walczyłem o miejsce w składzie z Kucharzem, ale po pierwsze to jeszcze nie był ten Kowal, po drugie Kucharz to normalny gość. Miętowy miał pewny plac.

Trener Smuda też miał do mnie super podejście. W zasadzie od razu uznał, że chce mnie w drużynie, Legia zapłaciła Betisowi 25 tysięcy dolarów, a Smuda powiedział dziennikarzom, że będę odkryciem ligi. Miło, że jeszcze ktoś we mnie wierzył. Miałem wtedy rozmowę w pokoiku trenerskim. Był tam pan Smuda i pan Lucjan Brychczy. Smuda wypunktował, czego ode mnie oczekuje, jakiej pracy, jakiego zaangażowania. Nie było dyskusji.

- Panie trenerze, po to tu jestem, z własnej woli.

Natomiast trener Brychczy stwierdził jakby od niechcenia: - Kowal, chciałbym, żebyś wrócił do takiej formy, w jakiej byłeś na meczu Słowacja - Polska.

No to ładnie! Półtora roku nie kopałem, a pan Lucek wyjeżdza mi z meczem, w którym strzeliłem dwa gole i byłem w strasznym gazie! Ten to dopiero we mnie wierzy!

Jakoś też w tym samym czasie było kilka pogawędek ze Smudą przy całej drużynie. Jednego razu mówi: - Kiedy ja z trenerem Brychczym graliśmy w Legii...

- Co robiliśmy?! - pan Lucjan zrobił wielkie oczy.

- Graliśmy.

- Ja to grałem, ty byłeś.

Śmiechu było co nie miara, bo rzeczywiście trudno tu znaleźć wspólny mianownik. Z kolei jeszcze kiedy indziej, tuż przed wyjazdem na zgrupowanie do Dębicy, trener Smuda w skrócie przedstawił nam plany treningowe na najbliższe tygodnie.

Po pierwsze - ćoś tam. Po drugie - coś tam. Po trzecie - coś tam. Po czwarte - temu tu okrągłemu koledze musimy troszę z szyi spuścić. Nie zdradziłem mu wtedy, że jest jeden bardzo skuteczny sposób na odchudzanie. Po prostu zaczynasz palić papierosy, wtedy waga idzie szybko ze dwa kilo w dół, i rzucasz fajki. Zdecydowałem, że tym razem nie wykorzystam tego patentu. I szczerze mówiąc, po dwóch tygodniach ostrych treningów, waga wcale nie spadała - ciągle osiem kilo za dużo. Zmieniały się natomiast proporcje między tkanką tłuszczową a nabitymi mieśniami. Nawet patrzyłem w lustro, jak mi ubywa.

Jednak wciąż to nie było to. Człowiek by tak chciał potrenować dwa tygodnie i mieć kaloryfer na brzuchu. A to się nie da. Powoli, mozolnie, godzina po godzinie, dzień po dniu, tydzień po tygodniu.

Robiłem swoje. Gruby i tak jeszcze zdążę być. Wszyscy mi mówią, że kiedy skończę na dobre ze sportem, to setka pęknie bardzo szybko. Jeżeli mi się nie chce iść na siłownię w czasie niby czynnej kariery, to co mi się będzie chciało po czterdziestce? Wróżą mi, że będę gruby. Wcale się nie dziwię, nie?

<-- Poprzednie                                                                                                                                                 Następne-->