(odcinek 86)

Nie spodziewałem się, że mecz ze Szwecją będzie moim ostatnim w kadrze. Wciąż jeszcze grałem w piłkę i nikt nie mógł sądzić, że za chwilę wypadki potoczą się tak niespodziewanie. Spotkanie ze Szwecją było moim trzydziestym dziewiątym w narodowych barwach. To dobra liczba, chociaż na pewno tych występów mogło być dużo, dużo więcej. Za kadencji Strejlaua sam nie chciałem grać, bo PZPN odebrał Legii mistrzostwo. Za Apostela - zgoda, miałem obniżkę formy i nie musiałem być powoływany, ale później poprawiłem się i wróciłem w dobrym stylu. Plany pokrzyżowała złamana noga. Za Piechniczka - konflikt. Za Wójcika - odechciało mi się grać w piłkę.

Sądzę, że gdybym był potulnym, grzecznym, ułożonym piłkarzem, tych meczów w reprezentacji mógłbym mieć i sto. Zacząłem grać w kadrze w wieku dziewiętnastu lat. Występowałem od tamtej pory u wszystkich kolejnych - no, poza "jednorazowym" Krzysztofem Pawlakiem - selekcjonerów. Jednak z drugiej strony, czy gdybym nie był sobą, gdybym nie miał takiego charakteru, jaki mam, zrobiłbym jakąkolwiek karierę? Nie dam głowy.

Mam tę satysfakcję, że coś dla reprezentacji zrobiłem. Strzeliłem te jedenaście bramek, co ciekawe i ważne - istotnych bramek. Niemal wszystkie moje gole coś drużynie dawały. Tylko jedno z moich trafień - z Turcją na wyjeździe za czasów trenera Ćmikiewicza - zanotowałem w przegranym meczu. Osiem goli przyczyniło się do zwycięstw, dwa do remisów. Ktoś inny powie - no dobrze, ale dlaczego tylko jedenaście? Dla mnie to jest aż jedenaście. Nigdy nie byłem typem Andrzeja Juskowiaka czy "Gucia" Warzychy, czyli egzekutorem. Byłem skrzydłowym, który siał, a inni zbierali żniwa. Jestem ciekaw, czy ktoś kiedyś postara się policzyć moje asysty w meczach reprezentacji - wyszłaby całkiem niezła liczba, dwucyfrowa. I jestem dziwnie spokojny, że wszyscy napastnicy, z którymi grałem przyznają: - Tak, z Kowalem biłem życiowe rekordy choćby dlatego, że potrafił dograć.

Trzydzieści dziewięć meczów, ale tu nie chodzi o matematykę. Nie czuję się gorszy od Piotrka Świerczewskiego z tego powodu, że on ma tych występów ponad sześćdziesiąt i strzelił jednego gola, gdzieś tam z szóstym garniturem Brazylii, w meczu, na który nie poleciałem, bo Legia miała ważniejsze spotkanie w lidze. Wiem, że w reprezentacji rozegrałem znacznie więcej meczów dobrych niż złych - to na sto procent. Nikt mi nigdy nie powie, że nie sprawdziłem się w kadrze, że tylko zawadzałem, że tylko kradłem powietrze. Byłem kimś, grałem dobrze, a przy okazji przeżyłem wiele ciekawych przygód, poznałem wielu wspaniałych piłkarzy i kolegów. Były przykre sprawy, były świetne. Różnie. Niemniej wiadomo, iż była to moja życiowa przygoda. Przygoda, jakiej życzę każdemu.

Może żałowałbym, że ileś meczów w kadrze przeszło mi koło nosa, gdyby w tym czasie nasza reprezentacja cokolwiek osiągnęła. Jeśli jednak nie bywa się na wielkich imprezach, a jeśli już, to nie gra się na nich z dobrym skutkiem - to nie ma nad czym płakać. Być i dostać, skompromitować się - to żadna przyjemność. Być to i Arabia Saudyjska była. Pięknie jest być i coś ugrać - jak Turcja ostatnio. Pojechała i przywiozła medal za trzecie miejsce. Gdyby coś takiego mnie minęło, plułbym sobie w brodę, nigdy nie wybaczył. Ale nie minęło... Raz w życiu byłem na wielkiej, sportowej imprezie - na olimpiadzie - i wróciłem z niej bardzo zadowolony. Później zakwalifikowaliśmy się tylko do mistrzostw świata w Korei i Japonii. Z perspektywy czasu, cieszę się, że mnie tam nie było. Szczerze. Cieszę się, bo oszczędzono mi wstydu. To taka przyjemność dostać czwórkę od kulawego Figo i jego przemęczonych koleżków, dwójkę od kilku Koreańczyków, co szybciej biegają? Nie, dziękuję. Przynajmniej nikt o mnie dowcipów nie opowiadał.

Oczywiście nie zrealizowałem swoich marzeń na niwie reprezentacyjnej. Największym było zagranie w finałach mistrzostw Europy. Właśnie Europy, nie świata. Zawsze myślałem sobie, że tylu już Polaków grało na Mundialach, a na mistrzostwach Europy ani jeden. I ty Kowal możesz być pierwszy. Nie udało się. Obstawiam, że nikomu się nie uda. Nigdy w nich nie zagramy, o ile ich nie zorganizujemy. A nie zorganizujemy, bo nie mamy jednej normalnej kasy biletowej, nie mówiąc o stadionie. Nie znaczy to, że dręczą mnie jakiekolwiek wyrzuty sumienia, iż nie wyszło. Nie, Kazimierzowi Górskiemu i jego drużynie też się nie udało, a przecież tacy wspaniali byli.

(odcinek 87)

Trzydzieści dziewięć meczów w kadrze to za mało, aby znaleźć się w Klubie Wybitnego Reprezentanta Polski. Niezbyt mnie to martwi. Jeśli jedynym kryterium "wybitności" ma być sucha statystyka występów, to trudno taki twór traktować poważnie. Strzeliłem tysięczną bramkę w historii reprezentacji - jestem wybitny. Nikt już nigdy tysięcznej nie strzeli. Po mnie zostanie ślad - byłem, jestem, zameldowałem się. I naprawdę nie odczuwam choćby najmniejszego dyskomfortu, że zagrałem w narodowych barwach mniej razy niż mogłem. Tak musiało być.

Nic nie wygrałem jako piłkarz dorosłej reprezentacji - to jest fakt. Faktem jest też, że od czasów Bońka nikt nie wygrał. Mieliśmy słabą kadrę i tyle. Słabe zaplecze, słabych piłkarzy. Żaden z nas nie grał w największych klubach świata. Nie mam zamiaru rozczulać się, że nie zdobyłem żadnego trofeum, skoro nie miałem na to najmniejszych szans. Tak naprawdę my nigdy nawet nie wygraliśmy jednego, jednego prestiżowego spotkania. Nie zanotowaliśmy żadnego spektakularnego wyniku. Bo co to znaczy dopokopać Ukrainie? To się powinno zdarzać raz na dwa mecze - raz my, raz oni.

Polska piłka od czasów Bońka wygrała tylko medal olimpijski. I ja tam byłem. Dlatego liczba meczów w kadrze mnie nie podnieca - dziesięć w tą, dziesięć w tą, bez znaczenia. Jeśli mamy się bawić w magię liczb - wolę tę tysięczną bramkę. Mam takie wewnętrzne odczucie, że tysięczny gol jest czymś tak niezwykłym, że nie mógł go strzelić byle frajerzyna.

Czasami spotykam się z pytaniami, czy chciałbym zagrać w kadrze pożegnalny, czterdziesty mecz. Nie, nie chciałbym. Ten ostatni mecz miał wypaść na spotkanie ze Szwecją i niech tak zostanie. A gdybym miał wracać do kadry, to nie na żaden pożegnalny mecz, ale żeby walczyć w niej o miejsce. Ja z nikim nie muszę się żegnać. Takie uroczystości mógłby sobie organizować Grzegorz Lato, żeby zamiast meczu numer 99 mieć mecz numer 100, albo zamiast meczu numer 149 mieć mecz numer 150. Tak, to byłoby coś. Król strzelców mistrzostw świata odchodzi w wielkim stylu.

Tak naprawdę nie wiem, czy chciałbym jeszcze kiedykolwiek zagrać w reprezentacji. Nie mówię, że nie, choć wiem, że na dziś jest to niemożliwe. Nie liczę też na to ani trochę. Wiem, że miałbym dziś trudności, aby z kadrą się utożsamiać. Wiem, że to już by nie było to. Co miałem przeżyć, to już przeżyłem, mimo że mam dopiero 31 lat. Poza tym ta nasza kadra - niestety - z roku na rok jest coraz słabsza. Piłkarsko coraz słabsza. To już nie jest to, co dawniej. Kadra przestała być czymś wyjątkowym. Pół ligi ma w niej debiut za sobą. Komedia. Są miesiące, gdy łatwiej jest zagrać w kadrze niż w klubie. Jeszcze chyba tylko Ciesielski i Paszulewicz - jako jedyni w Polsce - czekają na pierwsze powołanie. Jeszcze ich tylko brakuje.

Czasami oglądam mecze i oczom nie wierzę. I wiem, że nie chcę grać w takim towarzystwie. Powołują mi Zdebela, a ja myślę sobie: "Zdebel, Zdebel, Zdebel... Gdzie on gra?". Nie mam pojęcia, kto to jest. Wynaleźli gościa i robią z niego lidera. Tymczasem spytamy się czterdziestu milionów Polaków, kim jest Zdebel, to pewnie 35 milionów powie, że piosenkarzem, pięć, że politykiem, a nikt nie domyśli się, że to nasz czołowy futbolista. W każdym meczu sześć podań i wszystkie do tyłu. Następny - widzę w kadrze Arkadiusza Bąka i zastanawiam się, czy to taka przyjemność ożywiać publikę przez wyrżnięcie się na piłce?

Trzeba stawiać na poważnych piłkarzy - na Hajtów, na Ratajczyków, na Bąków, ale Jacków. Tymczasem my ostatnia zamiast oglądać Opole, wolimy "Od przedszkola do Opola". I efekty za lat dziesięć do piętnastu.

Oczywiście, gdybym przepracował porządnie rok i utrzymywał wysoką formę, strzelał dużo bramek - a że jestem w stanie, to nie mam wątpliwości - i przyszedłby do mnie selekcjoner, powiedział: "Słuchaj Kowal, jesteś w strasznym gazie, chcę cię do gry" - to bym pewnie nie odmówił. Ale chyba pisanie o tym nie ma sensu, bo wszyscy raczej wiedzą, żę nic takiego się nie zdarzy. Nie dlatego, że za rok będę miał 32 lata i nie będę w stanie walczyć o miejsce w podstawowym składzie. Nie, często ten, kto ma 32 lata może grać dwa razy lepiej od tego, który ma 25 - bo się przynajmniej nie spala psychicznie. Po prostu w takie powroty po latach może się bawić Michael Jordan, a nie ja. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent już nigdy nie wystąpię w kadrze. Zostawiam sobie ten jeden, naprawdę malusieńki procent - tak na wszelki wypadek. Niepotrzebnie, wiem. Karierę już zrobiłem i za nową nie tęsknię.

(odcinek 88)

Opowiem wam jedną z najlepszych historii mojego życia. Opowiem wam o tym, jak idzie się na wojnę z trenerem i jak się taką wojnę wygrywa. Najpierw jednak muszę się trochę cofnąć w czasie. Po moim pierwszym, dla mnie króciutkim sezonie w Las Palmas, odszedł dobry szkoleniowiec - o tym już zdążyłem napisać. Najzabawniejsze dopiero nadchodziło. Wróciłem spokojnie z wakacji - ciekawie to brzmi w kontekście wyjazdu zarobkowego na Wyspy Kanaryjskie - i nowego trenera wciąż nie było. Biegaliśmy gdzieś po polach golfowych, bo na tej wyspie dobra trawa to rzadkość. Wokół boiska zasuwać raczej nie było sensu, bo przez cały okres przygotowawczy zakręciłoby się nam w głowach. Nikt się specjalnie nie przykładał - pewnie lada dzień zatrudnią trenera, to wtedy się dopiero zaczną treningi. Towarzyszył nam starszy pan, kierownik drużyny.

Pewnego dnia w szatni konsternacja - kierownik drużyny został trenerem. Byłem śmiertelnie zaskoczony, bo wydawało mi się, że jednak w Hiszpanii troszkę poważniej traktuje się futbol. Mają całą furę trenerów, nie podoba im się Hiszpan, to biorą innego - a oni tu nam kierownika drużyn wsadzają! Facet prezencję nawet miał, dość wysoki, z małym brzuszkiem, ale przez poprzednie sezony kupował bilety lotnicze, rezerwował pokoje w hotelach i pompował piłki. Nawet na przedmeczowe odprawy nie miał prawa wstępu, może szkoda, bo kto wie - a nuż by się czegoś nauczył?

To był dla mnie naprawdę szok, bo mieliśmy bardzo dobrą drużynę. W obronie grali doświadczeni, chłodni i pewni zawodnicy - pełna rutyna. Herrera, który wcześniej grał w Espanyolu, Merino z Osasuny, Oscar z Realu Saragossa. Natomiast z przodu stawiano na ludzi z fantazją, z techniką. Sprowadzono Brazylijczyka Renaldo, który grał wcześniej w Deportivo La Coruna, aby zastąpił oddanego do Mallorki, obecnie jakże cenionego Valerona. Był też złoty medalista olimpijski, Paqui. Podział naprawdę fajny. Solidni w obronie, kreatywni w pomocy i skuteczni w ataku. Idealna drużyna! Jedna z lepiej zbudowanych, w jakich byłem. Nawet na ławce siedziało pięciu dobrych, pierwszoligowych zawodników. Wszędzie tylko pierwszoligowcy! Cel jasny - awans z pierwszego miejsca. Tymczasem taki młyn - kierownik drużyny trenerem. Aha, dodajmy, że wcześniejszy trener bramkarzy został kierownikiem drużyny... Pomieszanie z poplątaniem. Jak poważny prezes klubu może kupić dziesięciu renomowanych piłkarzy i oddać ich w ręce amatora?

To jednak dopiero połowa bajki. Kiedy tylko nasz trenerek poczuł się mocny, z rezerw ściągnął swojego syna, Pachiego. Żeby jeszcze umiał grać w piłkę... Ale on nic! Jeszcze gorszy niż brat Alfonso, co się rzadko zdarza. Na szczęście był pomocnikiem, więc nikogo nie musiałem bić za ten przekręt. Gorzej, gdy ten ogórek zaczął grać w podstawowej jedenastce, ku uciesze tatusia. A jeszcze gorzej, gdy grał kosztem Marco Habera, sprowadzonego z VfB Stuttgart, z którym dopiero co awansował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Finału! A tymczasem w Las Palmas na jego pozycji, prawej pomocy, biegał pasterz Pachi. To już mnie bezpośrednio dotykało, bo Haber potrafił dograć piłkę. No a Pachi to tylko Pachi... Jak trenerek siągnął sobie synalka, co nie umie grać w piłkę, to kto wie, czy zaraz nie będzie tu wujka, siostry i psa? Co ciekawe, Habera po latach spotkałem na Cyprze. Wychodzę sobie na meczyk, patrzę - idzie.

- O, co ty tu robisz? - spytał.

- Co ja tu robię? Co ty tu robisz?!

Za chwilę już przyszło nam kopać się po kostkach.

W Las Palmas treningi mieliśmy niczym za Antoniego Piechniczka. Nawet chodziła czasami Rada Drużyny z wnioskiem, żeby coś zmienić - żeby nie biegać kilometrów przed oddaniem jednego strzału. Chcieliśmy grać w piłkę. Gdyby jeszcze wyniki naprawdę dopisywały, to by nikt nie narzekał. Ale nie dopisywały. U siebie zawsze wygrywaliśmy, często dużą liczbą bramek. Natomiast na wyjeździe - zawsze w dupę! Zawsze. To specyfika tego klubu. Rok w rok ma najmniej wyjazdowych zwycięstw w sezonie z całej ligi. I przez to nie może awansować. Oczywiście, jak to z Radami Drużyny bywa - nic nie wskóraliśmy i musieliśmy się męczyć na piechniczkowych treningach.

Mieliśmy super skład, ale bez trenera. O taktyce nie miał zielonego pojęcia. Doszło do tego, że po jego śmiesznych odprawach spotykaliśmy się gdzieś w zacisznym miejscu i sami ustalaliśmy podstawowe rzeczy - kto kogo kryje, kto się cofa przy stałych fragmentach gry. W szatni niczego nie szło się dowiedzieć. Trenerek nic nie rysował, bo chyba nie umiał - nawet schematów defensywnych. Pojęcia o przeciwnikach nie miał żadnego. Krycie go nie interesowało.

W zasadzie to trenerek tylko wypisywał, kto gra. I potem przechodził do bezsensownych wskazówek, co trwało z dziesięć minut. A później przez pięć minut pytał, co trzeba zrobić, aby wygrać mecz. Każdego z osobna!

- Co trzeba zrobić, aby wygrać mecz?

- Powinniśmy od początku zaatakować.

- Co trzeba zrobić, aby wygrać mecz?

- Moim zdaniem trzeba dużo walczyć.

Aż w końcu dochodziło do jakiegoś jajcarza.

- Żeby wygrać, musimy strzelić o jedną bramkę więcej - oznajmiał poważnym tonem. Trenerek nawet się nie domyślał, że zespół robi sobie z niego zbyty. Ja tam po prostu nie wytrzymywałem ze śmiechu. Sam zawsze wykupywałem się tym samym tekstem: - Trzeba uważać na kontrataki. Każdy z nas miał takie jedno stwierdzenie, które powtarzał zawsze, choć nasz wielkiego rozumu szkoleniowiec tej prawidłowości nie wychwycił.

(odcinek 89)

O ludziach z Wysp Kanaryjskich mówi się, że są... głupi. Tam dzieci do szkół raczej nie chodzą, panuje taki bardziej afrykański system nauczania. Trenerek był tego przykładem. Oczy mieliśmy i widzieliśmy, co się święci. Jak już wspomniałem, sami staraliśmy się ustalać podstawowe zagadnienia taktyczne. Takie wewnętrzne, drużynowe odprawy robiliśmy w pokoju hotelowym. Zaczęliśmy, gdy zorientowaliśmy się, że co mecz tracimy gola po rzucie rożnym, bo nikt nikogo nie kryje. I zamiast wyrobić sobie przewagę na początku sezonu, to musieliśmy gonić. - Dobra, panowie. W tej drużynie gra taki i taki napastnik, ty go bierzesz na siebie.

Śmiesznie to wyglądało. Siedziała starszyzna zespołu, przy papierosku omawiała taktykę. Chyba zbyt wszystkim zależało, aby to sobie odpuścić i zdać się na trenera-barana. Ponieważ mieliśmy doświadczony zespół, to zawsze znajdował się ktoś, kto miał rozeznanie w umiejętnościach piłkarzy przeciwnej drużyny. A trzeba dodać, że druga liga hiszpańska wcale nie jest taka słaba. Wystarczy, że podam nazwiska piłkarzy, którzy w niej wtedy grali - Puyol, Baraja, Rufete, Gabri, Goikoetxea, Ilie, Diego Tristan, Catanha, Javi Moreno, Tsartas, Luque, Babangida, Fortune, Munitis, Eto'o, Roteta, Nayim, Mornar, Klimowicz, Cuellar, Josemi, Dani. Mało? Naprawdę było kogo kryć przy rzutach rożnych.

Analiza spotkań przez naszego trenera była równie fachowa jak odprawy.

- Co zrobiliśmy źle? - pytał każdego z osobna. Mija godzina, a on ciągle pyta. I ciągle słyszy to samo, tydzień w tydzień - i nic z tego nie wynika. Tak jakby pasjonował się swego rodzaju samobiczowaniem i wciąż pytał o błędy, tak dla sportu - byle zapytać. W szatni wszyscy siedzieli wściekli - nie dość, że kolejny mecz do tyłu, to jeszcze filozof dobija. Z drugiej ligi hiszpańskiej bezpośrednio awansują dwie drużyny, a dwie po barażach. Byliśmy cały czas w pierwszej szóstce, ale dwa zespoły zaczęły nam wyraźnie odjeżdżać, a przecież nie o to chodziło - rok wcześniej straciliśmy awans w barażach, powtórki nie chcieliśmy. Trener miał zresztą przykazane, że mamy nie grać w barażach, ale chyba zrozumiał, iż mamy w ogóle nie awansować. Zaczynaliśmy się obawiać, że znów może nic nie wyjść...

Większość drużyn takiego trenera już dawno by wywaliła - piłkarze by się umówili, że przegrają konkretne spotkanie. Była duża presja, gazety krytykowały gościa, ale zawsze potem trafiał się mecz u siebie - a u siebie zwyciężaliśmy. A trzeba było przegrać z premedytacją. Te punkty by się jeszcze nadrobiło. Przyszedłby ktoś normalny i z tym zespołem byliśmy w stanie wygrać wszystkie mecze do końca ligi. Ale nie - męczyliśmy się dalej. Kilka lat później Cypryjczycy od razu zwolnili Wójcika, jak im tylko podpadł. Bach, bach, dwa mecze w ryj i po "Wójcie". Żałuję, że wtedy w Las Palmas do tego nie doszło.

Postanowiłem wyjść naprzeciw oczekiwaniom drużyny... Po powrocie ze zgrupowania reprezentacji na Malcie, przez które straciłem dwa czy trzy mecze ligowe w Las Palmas, odniosłem kontuzję - w 30 minucie spotkania z Malagą. Drużyna się męczyła. W tym momencie szans na bezpośredni awans już nie mieliśmy żadnych.

Trenerek zaczyna swoje.

- Co się stało? Dlaczego przegraliśmy? - pyta.

Myślę sobie: - To się kurwa stało, że jesteś słabym trenerem.

Jednak jeszcze wytrzymałem.

- Jak mamy wygrywać, skoro gramy taki piach?! Jesteśmy tłem tego, co powinniśmy prezentować. Tłem! Na treningach robimy jakieś piłkarskie jaja, to i w meczach nic nie wychodzi. Gra pana syn zamiast poważnych piłkarzy, to się tak kończy - wypaliłem.

On mi na to, że nie powinienem tak się unosić, tak mówić. I że w ogóle to dlatego tak mówię, bo jestem wkurzony, że nie gram. No i nie powinienem mówić o kolegach, że grają słabo, bo im się wtedy przykro robi i nie ma solidarności w drużynie. A w tym czasie koledzy siedzą w szatni i wiedzą dobrze, iż grają piach taki, że lepiej nie mówić. Powoli siadało nam już przygotowanie do sezonu. Brakowało sił na dziewięćdziesiąt minut walki.

Już i tak bym u niego nie zagrał. Przy tym byłem jedynym, który nie ryzykując niczego, mógł pójść dalej i pomóc zespołowi. Poszedłem dalej. Zdecydowałem się na frontalny atak...

(odcinek 90)

- Raz, dwa, trzy - mikrofon działa, można mówić. Przede mną kilkudziesięciu dziennikarzy, którzy akurat uznali, że warto zaprosić Kowalczyka na pomeczową konferencję prasową, bo może powie coś ciekawego.

- Dzień dobry, witam wszystkich.

- Dlaczego gracie tak słabo? Czy pana zdaniem są szanse na awans do pierwszej ligi? - padło pytanie z sali.

- Dobrze, że pan pyta. Otóż chciałem powiedzieć, że tak słabego trenera nie spotkałem w całej swojej karierze - oświadczyłem w pierwszym zdaniu. Dziennikarze w szoku, ale notują, aby nie stracić żadnego słowa. - To przez niego straciliśmy szansę na bezpośredni awans - kontynuowałem. - Tylko i wyłącznie przez jego niedokształcenie i głupotę. On zniweczył cały nasz wysiłek. Cały czas nie mogę zrozumieć, jak prezes mógł dać komuś takiemu pracę. Nie można kazać profesjonalnym piłkarzom pracować z takim amatorem.

- Co pan mówi? Przecież będzie miał pan problemy po takich słowach!

- Wiem, że będę miał, ale nie mogę ciągle milczeć. Do końca pozostało pięć czy sześć kolejek, jest szansa, że chociaż zagramy w barażach. Jeśli do tego czasu zmieni się szkoleniowiec, przy tych piłkarzach wciąż istniałaby szansa, że uda się coś wygrać, awansować. Gdybym nic nie powiedział, to już moglibyśmy kończyć rozgrywki.

Trenerek nie mógł zebrać myśli. Nikt nigdy go tak publicznie nie przeczołgał. Moje słowa trafiły na pierwsze strony gazet sportowych. Miejscowe radio trąbiło o tym, jak Polak skrytykował szkoleniowca. Wiedziałem, że nie uniknę kary, ale co z tego? Wezwano mnie do klubu, do prezesa.

- Trener nie może zrozumieć, dlaczego tak powiedziałeś.

- A co? Nie widzicie? Co mecz macie dwadzieścia tysięcy białych chusteczek na trybunach. Wszyscy chcą, żeby go wywalić, bo się nie zna. Nie zna i już. Piłkarze tynk gryzą, tak go nienawidzą.

- Niestety, musimy cię za te wypowiedzi zawiescić na cztery dni. Nie będziesz przez ten czas trenował z zespołem.

Trudno, bywają gorsze kary niż czterodniowy urlop. Później dorzucono jeszcze kilka dni, skończyło się na siedmiu czy dziesięciu. Po tym czasie trenera wyrzucono! Szedłem ulicą, a ludzie po prostu mi dziękowali, gratulowali! Prasa mnie chwaliła - zwolnienie trenera to dobry ruch, Kowalczyk był jedynym, który odważył się wyznać prawdę. Koledzy z zespołu też byli mi wdzięczni, tylko pracownicy klubu patrzyli krzywo, bo przecież tamten pracował w Las Palmas od wielu lat. Natomiast prezes... zrobił takie wzmocnienie, że duża rzecz! Wziął trenera z drugiej drużyny. Trudno, nieważne. Do końca pięć kolejek, nie będę się już wygłupiał.

Gdy kilka dni po tej aferze wchodziłem na boisko w meczu ligowym, kibice zgodowali mi owację na stojąco. Dwadzieścia tysięcy ludzi biło brawo i skandowało moje nazwisko. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że podjąłem słuszną decyzję - wykorzystałem ostatni moment, aby uderzyć pięścią w stół.

Już znacznie wcześniej wiedziałem, że nie chcę zostać w Las Palmas na kolejny rok. Ładnie tam jest, ciepło, ale na wakacje, co innego codzienne życie. Nie miałem zamiaru już tam siedzieć. Działaczom oznajmiłem, że nie mają co rozmawiać z Betisem na temat kolejnego wypożyczenia - ja się zmywam. Mam dość tej wyspy. Mam dość miasta, które mogę przejść piechotą w dziesięć minut i znam każdy jego zakamarek. Mam już dość mieszkania przy samej promenadzie, tłumu turystów pod oknem. Nie ma też co ukrywać, że w Las Palmas nie szło mi jakoś rewelacyjnie pod względem sportowym. To znaczy statystycznie wygląda to dobrze - rozegrałem trzynaście spotkań i zdobyłem aż dziewięć bramek. Gdy tylko dopisywało mi zdrowie (a niestety miałem kilka drobnych urazów), stawiano na mnie, bo byłem jedną z największych gwiazd drużyny. Wszystko szło świetnie do czasu zgrupowania kadry na Malcie i późniejszej kontuzji. A potem wyjazd na reprezentację na mecze z Anglią i Szwecją, ciągłe nieobecności, z których wynikało, że nie zależy mi na grze w Las Palmas, konflikt z trenerem. Po Malcie, czyli od lutego, tak naprawdę już nie grałem - z przyczyn zdrowotnych i reprezentacyjnych. Jednak ten bilans - trzynaście meczów i dziewięć goli - budził respekt. O tym, że w piłkę grać potrafię, wiedzieli tam bardzo dobrze.

Spośród tych dziewięciu goli, ze dwa strzeliłem na swój ambitny zamach, ale najlepszą bramkę zdobyłem w meczu z Rayo Vallecano. Na samym początku wcisnęliśmy na 1:0, ale potem zupełna zmiana sytuacji - jechali nas jak baranów. Nie mogliśmy wyjść z własnej połowy. Pełny dramat. Obrońcy tylko wykopywali piłki byle dalej. Trochę byłem tym faktem zły, bo można było pograć spokojniej, rozegrać, zamiast z piłki robić wykopki. Po jednym z takich zabłąkanych wykopów piłka trafiła do mnie. - Chcecie tak grać? Chcecie walić po trybunach? Jak wybijamy, to wybijamy! - pomyślałem. No to wybiłem. Byłem mniej więcej trzydzieści metrów od bramki Rayo. No i co? Pewnie już się każdy domyśla. Tak, jakimś cudem ta piłka przeleciała trzydzieści metrów i wpadła pod poprzeczkę. Po chwili kolega z ataku podwyższył i mecz już przegrany wygraliśmy 3:0. I z Las Palmas mam wiele miłych wspomnień.

<-- Poprzednie                                                                                                                                                     Następne-->