(odcinek 81)

Przez zgrupowanie na Malcie straciłem dwa mecze ligowe w Las Palmas. Trudno, przepraszać nie będę, tak to bywa, jeśli decydujesz się na luksus zatrudniania reprezentanta kraju. Szczęscie jednak mi nie sprzyjało. Tylko wróciłem na Wyspy Kanaryjskie, wyszedłem na mecz z Malagą, a w 30 minucie jakiś drwal spadł mi na kostkę. Leczyłem się na siłę, brałem całą masę zabiegów, żeby tylko zdążyć na mecze z Anglią i Szwecją. Bo co to za frajda strzelić gole Litwie czy Finlandii, jeśli koło nosa mają przejść decydujące mecze? - Trenerze, przyjadę - powiedziałem Wójcikowi.

Oczywiście w klubie nie rozumieli, o co chodzi.

- Polaco, nigdzie nie jedź, przecież nie możesz grać w kolejnych meczach ligowych, a w reprezentacji możesz? Poważny jesteś?

- Do meczu z Anglią mam jeszcze tydzień, może zdążę dojść.

Oczywiście nie zdążyłem i byłem taki lekko kulawy, o grze na Wembley od pierwszej minuty nie było mowy. Przyznam szczerze, że nie pamiętam dobrze zgrupowania przed tym spotkaniem. Z prostej przyczyny - nic się nie działo. Owszem, wszyscy pisali, że oto mecz na słynnym stadionie, że szansa na historyczną wygraną, że można powalczyć, bo Anglicy słabi. I my potakiwaliśmy - tak, jedziemy tam powalczyć, bo Anglicy słabi. Niemniej tak między sobą wiedzieliśmy dobrze, że ich trzeba szanować zawsze, tym bardziej, jeśli przez kolejne lata dostawało się od nich po tyłku. Wiedzieliśmy, że są od nas lepsi, a jeśli wygramy, to się po prostu nam uda. Nic więcej. Nam się uda, a oni pozostaną lepsi.

Dużo rozmawialiśmy. Zajmowaliśmy pierwsze miejsce w grupie, po dwóch zwycięstwach, a tymczasem Anglicy mieli tylko jeden punkt - wcześniej przegrali ze Szwecją i zremisowali z Bułgarią. Jeśli jakimś cudem zwyciężymy, to awansujemy. Awansujemy już na początku eliminacji. Przecież później mieliśmy jeszcze Luksemburg, Bułgarię u siebie. Punkty same się do nas pchały. No, trzeba tylko zwyciężyć na Wembley. Jasne, tylko... Mieszkaliśmy na obrzeżach Londynu, w takim niby pałacyku, który gwarantował nam pełny spokój. Wójcik przez pewien moment żył nie tylko meczem. Może nawet nie żył nim przede wszystkim. Na pierwszym planie pojawiła się książka, która akurat miała trafić do księgarń. Widać było, że trener wyraźnie przejął się tym faktem. - Ciekawe, co on tam napisał? I czemu wydał na początku eliminacji, zamiast na końcu? - zastanawialiśmy się. Jednak w Anglii były chyba tylko dwie sztuki. Jedną miał sam Wójcik, a drugą Krzysztof Dmoszyński. Z lekturą trzeba było się wstrzymać do powrotu. Oczywiście nie można od razu stwierdzić, że nagle selekcjoner zaczął żyć w innym świecie i zapomniał o meczu. Nie, wciąż mieliśmy całą masę odpraw, rozmów. I wbijano nam do łbów - ten mecz da nam jasność. Tym meczem zamienimy wszystkie dotychczasowe porażki z Anglikami w sukces. Nie będzie żadnych Linekerów, żadnych Shearerów. Koniec. Słowa o frajerach i goleniu tym razem nie padały, bo byłyby co najmniej nie na miejscu. Frajerami to można nazwać kopaczy z konkurencyjnego klubu w Polsce, frajerami można nazwać Węgrów czy nawet Słoweńców. Ale, na Boga, nie Anglików! Zwłaszcza jeśli dzień przed meczem ich młodzieżówka ogrywa naszą 5:0. Miałem nawet małą satysfakcję z tego powodu, bo trafiłem wynik. Od dawna prognozowałem, że pociągną naszych piąteczką.

- No to ile my jutro? - pytał "Rataj", z którym byłem w pokoju.

- A tego to ja już nie wiem.

Wiedziałem, że czeka nas to samo - że Anglicy na nas siądą i będą chcieli wbić dokładnie tyle samo goli. Będzie nawałnica, będzie szturm, będzie obrona Częstochowy. Myślę, że trener Wójcik też się trochę podłamał, trochę przestraszył. Odniosłem wrażenie, że gdyby nie te baty młodzieżówki, wyszlibyśmy przeciwko Anglikom w trochę innym składzie. Tymczasem zagraliśmy tak defensywnie, jak się tylko dało. W podstawowej jedenastce sześciu nominalnych obrońców. Wszędzie obrońcy. W prywatnych rozmowach mówiliśmy: - Przesadził, sami się nadstawiamy. "Franek" Trzeciak szczęśliwy nie był, bo co mógł zdziałać w pojedynkę w ataku? Czym mógł się przeciwstawić czterem renomowanym obrońcom? To nawet pasowało do hasła "Jeden za wszystkich...". Ale przecież nie taki był sens tych krzyczanych przed każdym meczem słów...

(odcinek 82)

To miało być to straszne, paraliżujące Wembley. Ten słynny stadion, na którym najlepszym piłkarzom świata trzęsą się nogi. Świątynia futbolu. Bzdura! Na kilometr pachniało wielkim piknikiem, z dzieciarnią na trybunach w roli głównej. Nie wiem, jakim trzeba byłoby być gamoniem, aby przestraszyć się atmosfery takiego meczu. Jakieś balony, muzyczka z głośników, fakt, że osiemdziesiąt tysięcy ludzi, ale jednak pełna szopka, koncert rockowy. Architekturą też nie było sensu się zachwycać, bo grywałem wcześniej na ładniejszych obiektach. Bać się więc nie było czego, co najwyżej własnej niemocy. Czyli - do pracy, rodacy!

Niestety, ta niemoc w nas była. Mieliśmy świadomość, że balon został napompowany przesadnie i pęknie, sam z siebie. Że tak się nie da ciągle podkręcać tempa i nie wypaść z karuzeli. Patrząc na skład - tak naprawdę nie wyszliśmy wygrać. Wyszliśmy się nie skompromitować. Nie mogło być dla nas nic gorszego niż dotkliwa, bardzo dotkliwa porażka przed nadchodzącym, arcyważnym meczem ze Szwecją u siebie. Tak więc, panowie i panie, brońmy się, żeby za bardzo z nami nie pojechali. Bo że w ogóle pojadą, to wszyscy wiemy. Oczywiście iskierka nadziei gdzieś tam się tliła, ale bardzo szybko zgasła. Miało nie być Linekerów, Shearerów, a tymczasem jakiś mały, rudy gówniarz strzelił nam trzy gole. Jak ten Scholes mógł się przebić przez tak rosłą obronę, jak mógł wygrywać pojedynki główkowe? Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Biegał gdzie chciał i nikt nawet nie potrafił go dobrze w nogi kopnąć. Całe szczęście, że Mirek Trzeciak zrobił więcej niż teoretycznie mógł i wypracował Jurkowi Brzęczkowi gola. W przerwie można było mieć jeszcze nadzieję na dobry wynik. Niestety, nie wiem, co trener Wójcik mówił w szatni, gdyż w tym czasie rozgrzewałem się na boisku. Kontuzja może już nie dawała się we znaki, ale wciąż nie byłem przygotowany do gry na pełnych obrotach i wiedziałem, że jeśli wejdę, to na ostatnie minuty. Kwadrans przed końcem dostałem sygnał: - Kowal, jedziesz!

Co ciekawe, nawet miałem sytuację do zdobycia gola. Uciekłem obrońcom, wbiegłem prawą stroną pola karnego, Ściąłem do linii końcowej z zamiarem zagrania do środka. Ktoś miałby strzał do pustaka. Odwracam głowę, a tu szok - jestem sam. Nikt nie pobiegł za akcją. Nie wiem, czy chłopaki nie mieli już siły, czy też pogodzili się z porażką, ale wyszło na to, iż muszę sobie radzić w pojedynkę. Kąt już miałem bardzo ostry, prawie zerowy, czasu mało, więc uderzyłem prawą nogą po ziemi w długi róg - piłka przeszła centymetry obok słupka. Cóż, gdybym wiedział wcześniej, że nie mam co liczyć na kogokolwiek, prawdopodobnie inaczej bym to wszystko rozegrał, inaczej bym się ustawił. Ale to tylko dywagacje. Przegraliśmy 1:3.

To moim zdaniem był błąd, że jeszcze tego samego dnia, w nocy, polecieliśmy do Polski. Z perspektywy czasu uważam, że trzeba było tam, w Anglii, pójść całą drużyną na piwo, pogadać trochę, pośmiać się, odreagować. Tymczasem w samolocie grobowa cisza, muchę byłoby słychać, gdyby jakaś się zaplątała. Dolecieliśmy do Polski koło czwartej w nocy, potem dojazd do kolejnego zameczku, do Świerklańca. Na miejscu byliśmy, gdy już świtało. Wszyscy padnięci i wkurzeni. Wszyscy jeszcze w myślach rozgrywali ten mecz. Jeszcze inni chodzili naburmuszeni, że na Wembley nie zagrali ani minuty.

Nadchodziły dni oparte na spekulacjach. Wiedzieliśmy, że Szwedzi przyjadą na remis. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób ich rozmontować, kiedy już się zamurują. I co się stanie, jeśli nie damy rady. Myśli o porażce nikt starał się nie dopuszczać. Co mieliśmy przegrać, to już przegraliśmy w Londynie. Przecież nie takie z nas fajtłapy, żeby dostać w ryj dwa razy w cztery dni. Jednak coś się nie kręciło w tę stronę, w którą powinno. Nikogo nie ogarniała panika, ale ciągle przewijała się myśl - z Anglią można było zagrać lepiej. Zabrakło właśnie jednego, wspólnego spotkania, chwili zabawy, żeby wrócić na właściwe tory i przestać rozdrapywać rany. Gdyby jeszcze to zgrupowanie było w "Sobieskim". Można byłoby zejść, wypić kawę, kupić film wideo, przejść się do kiosku. A co robić w Świerklańcu? Nic, tylko walnąć się na łóżku i myśleć. Myśleć o schodzącym powietrzu.

(odcinek 83)

W cztery dni z wesela zrobił się pogrzeb. Ze Szwecją też przegraliśmy, tym razem 0:1. Przyjechali, spokojnie się zamurowali, ustawili na kontrę, strzelili gola i do widzenia. Niby takie proste, a my byśmy w życiu czegoś takiego nie potrafili. Pokazali nam, na czym polega profesura i jak daleko jest polski futbol. Nasza kadra nie była i nie jest w stanie narzucić swojego stylu gry poważnemu rywalowi i jeszcze w pełni zrealizować wszystkich założeń, nie popełnić błędu. A oni - proszę bardzo, zobaczcie, gdzie wasze miejsce.

Po meczu mieliśmy przygotowaną imprezę w Świerklańcu, ale zamiast tego była stypa. Kilka szybkich drinków, cześć, siema i do następnego razu. Każdy pojechał w swoją stronę. Na mnie czekał Darek Czykier z kolegą, mieli mnie podwieźć do Warszawy. Przez całą drogę prawie nie rozmawialiśmy, szybko poszedłem spać. Wszyscy byliśmy w podłym nastroju. Cała nasza praca na nic. Dwie porażki, które zniweczą eliminacje...

W prasie najbardziej oberwało się Jurkowi Brzęczkowi, który zamiast do Juskowiaka, podał do Ljungberga. Nikt go już nie dobijał. Jest wśród piłkarzy solidarność, a także świadomość, iż każdy w każdym spotkaniu popełnia mnóstwo błędów. Oczywiście Jurkowi to nie wystarczyło i czuł się podle. Dał pasa w złym kierunku i zamiast 1:0, było 0:1. Miał prawo być tym bardziej załamany, że przecież kilka dni wcześniej strzelił gola Anglikom. Jak dla mnie, to całkiem nieźle - dwa mecze, bramka i asysta!

Rozgorzała wtedy narodowa dyskusja, kto powinien być liderem kadry. Właśnie największą wadą Brzęczka było to, że całe życie robiono z niego lidera, a on nigdy nim nie został. Był jakimś tam rozgrywającym, ale jedynie "jakimś tam". Nic wielkiego nie zdziałał, szczególnie nigdy nie pomógł. To nie jest tak, że jestem wrogiem Jurka. Nie, nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, ale też nie patrzyliśmy na siebie krzywo. Po prostu mieliśmy inne charaktery. On był spokojny, po jednym piwie wracał do pokoju, rzadziej się odzywał. Wcześniej założył rodzinę, spoważniał. A może zawsze był poważny? Co tam. To jest normalne, że w drużynie nie znajdziesz dwudziestu Kowalczyków i nie znajdziesz dwudziestu Brzęczków. Nadawaliśmy na innych falach i nic w tym dziwnego. Ja przez Wójcika byłem uważany za duszę towarzystwa, a Jurek był tym, który miał życie drużyny organizować. Trzeba przyznać, że to rola dla niego stworzona. Brzęczek nie był i nie jest złym piłkarzem, ale też nie wybitnym. Po prostu dobrym i nic więcej. Grał prostą piłkę, pasy głównie do najbliższego zawodnika, raczej nie miał dryblingu. Taki walczak, ale niewiele poza tym. Może charakteryzowało go dobre uderzenie z obu nóg, ale też bez przesady. Bramek nigdy nie strzelał. Jedno trzeba mu oddać - profesjonalista. Nawet profesjonalista do bólu. Przed meczami czynił straszne przygotowania. Ciągle brał jakieś kroplówki, witaminy, masaże. Ja zawsze wychodziłem z założenia, że żadna kroplówka nie sprawi, że zagrasz lepiej niż mogłeś. Ten, kto potrafi grać, nie musi się godzinami szprycować. Wchodzisz na boisko i musisz mieć jaja, a nie czekać aż poziom glukozy będzie odpowiedni. I z Brzęczka nie będzie Zinedine Zidane, choćby miał od niego sto razy lepsze badania krwi. Przez cztery lata grałem w pierwszoligowym, czołowym klubie hiszpańskim. I przez ten czas nie dostałem ani jednej tabletki. Ani jednej! I jakoś tam potrafią grać nie wiadomo ile meczów w sezonie.

"Brzękol" tak brał te kroplówki i brał. I chyba sądził, że dzięki temu wreszcie wyjdzie mu ten wymarzony, życiowy pas. Trochę szkoda, że ludzie zapamiętają go jako tego, któremu raz w życiu udało się podanie - do Ljungberga. Chociaż należy mu oddać, że przerwał sen Piechniczka i został ostatnim Polakiem, który strzelił gola na Wembley. To też jest coś.

Może te wszystkie opisane przeze mnie zabiegi "Brzękola" to tylko znak czasów. W kadrze Wójcika spotkało się wielu olimpijczyków. Każdy był już innym człowiekiem. Kiedyś grał w Polsce za ogórkowe pieniądze, teraz już w zawodowej lidze, zapewniając sobie godziwą przyszłość. Czterech szło na piwo, a jeden na masaż, a kiedyś ten jeden powiedziałby: - A, chuj z masażem!

(odcinek 84)

Nie miałem wątpliwości, kto powinien być rozgrywającym kadry - Piotrek Nowak. Niestety, w tym temacie widocznie zupełnie różniłem się z trenerem Wójcikiem. Nie mogę zrozumieć, jak to jest, że u nas selekcjonerzy wymyślają sobie, że może być tylko jeden lider na zespole. Wszystkie poważne drużyny mają po trzech, a my uważamy to za przestępstwo. Wszystkie poważne drużyny mają jednego, pewnego bramkarza, a my mieliśmy oczywiście trzech niepewnych - czwarty był w drodze, leciał, ale nie doleciał. Wszystko na opak. Dla mnie rozgrywającymi z prawdziwego zdarzenia to byli właśnie Nowak czy Leszek Pisz. Tak, to byli reżyserowie gry pełną gębą, niekonwencjonalni. Na jednym metrze potrafi skręcić gościa, szybko i celnie zagrać do przodu Piotrek Nowak miał po prostu wszystko. Prawą nogą na jego miejscu nawet bym się bał wstawać z łóżka, ale już lewą mógł wiązać krawaty. Miał rozegranie, miał pasa, miał przerzut, miał strzał. Potrafił złapać piłkę w słabszym momencie gry, przytrzymać, powozić. Nie zawsze szukał akcji do przodu. Gdyby to ode mnie zależało, ściągałbym go wtedy z USA na każdy mecz. Argument, że miał daleko, uważam za bezsensowny. Ja z Las Palmas, doliczając przesiadki, leciałem na kadrę osiem godzin. Piotrek z Chicago leciałby dziesięć. Co to za różnica? Żadna. A na pewno więcej by pomógł niż zaszkodził.

Z Nowakiem zagrałem tylko kilka razy w życiu, a mimo to zdążył zrobić na mnie kolosalne wrażenie. Spośród piłkarzy, z którymi zetknął mnie los, mógłbym go porównać tylko z Leszkiem Piszem. Z tym, że "Piszczyk" miał lepszy strzał. Lepszy? Miał mistrzowski strzał! Bramkarze w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi. Taki mały chłop, a taka siła w mięśniu czworogłowym. Myślę, że wielkie znaczenie w jego wypadku miała mała stopa, która pozwalała trafić dokładnie w ten punkt piłki, w który należało. To jest zresztą reguła. Trudno znaleźć piłkarza z wielką stopą, który naprawdę dobrze wykonywałby rzutu wolne. Wyjątkiem jest Van Hooijdonk, dziwny zawodnik.

Pisz miał czyściutki strzał i z prawej, i z lewej nogi. Dla mnie w dziedzinie rzutów wolnych nie miał sobie równych nie tylko w Polsce, ale i w Europie. I niech nikt mi w tym momencie nie pokazuje Roberto Carlosa. Pisz podejdzie dziesięć razy do piłki i strzeli sześć bramek, na treningu osiem. A Roberto Carlos na czterdzieści prób trafi raz, a po drodze zabije czterech kibiców na trybunach, trzech rywali w murze i przelatującą kaczkę. A jak w końcu coć mu wpadnie ludzie krzyczą - oto specjalista! Specjalistą to był Leszek. Warto też sobie przypomnieć, ile Legia za jego czasów zdobywała bramek po rzutach różnych. On mówił nam tylko tak: - Dobra, już ja kogoś z was trafię w ten pusty łeb.

Nowak i Pisz, podobne typy. Jeden miał lewą nogę, drugi prawą, ale obaj szybcy, niscy, technicznie wyjątkowo zaawansowani. Ich obu cały czas wtedy można było powoływać do kadry. Źle napisałem - trzeba było. Zawsze mieliśmy kłopoty ze względu na przeświadczenie, że kadra może mieć jednego lidera. Wypada Brzęczek i zaczyna się szukanie, panika. Piotrek Świerczewski to super kumpel, super pomocnik, ale defensywny. Do czyszczenia, do biegania, do bicia łokciami. Rozegrać też potrafi, ale z tyłu, na uspokojenie, do najbliższego. Predyspozycji do rozgrywania jako główny nigdy nie miał. Moim zdaniem bardzo dużo stracił, chcąc być w pewnym momencie liderem kadry za wszelką cenę. Nigdy. Nigdy w życiu. Nie nadaje się do tego. Gdyby policzył, ile miał w całej karierze tak zwanych ostatnich podań, może by zrozumiał. Im szybciej przypomni sobie o pozycji defensywnego pomocnika, tym lepiej dla niego.

Jedno trzeba Wójcikowi oddać - poza Nowakiem nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń w kwestiach powołań. Przyjeżdżali ci, którzy wydawali się najlepsi. Oczywiście, nie wszyscy się sprawdzili, czego najlepszym przykładem jest Radek Gilewicz. Tacy zawodnicy byli, są i będą. Teraz syndrom Gilewicza ma Żurawski. A to wszystko dlatego, że na kadrze nie liczą się już duety, tercety, kwartety. Liczą się tylko twoje umiejętności, jesteś sam. To jest inna piłka. W dodatku przy trenerze Wójciku nie było miejsca na obniżki formy. Coś z tobą nie tak? To sobie misiu odpocznij. Nawet był moment, że gdy Brzęczek słabiej się spisywał, to zastępował go Krzysiek Nowak. Gdy sam byłem bez formy, siadałem na ławce.

(odcinek 85)

Jedna sprawa w drużynie nie dawała wszystkim spokoju - obsada bramki. Tyle wokół tego zrobiono szumu, jakbyśmy co najmniej mieli mecze z Anglią i Szwecją na karne kończyć. Matysek czy Sidorczuk, Sidorczuk czy Matysek? I tak w kółko. To naprawdę moim zdaniem był problem, zupełnie niepotrzebny problem. Ciągle pytania - jak sądzisz, kto wystąpi? Sam nie miałem pojęcia. A co dopiero musieli przeżywać bramkarze? Nikt się nie kłócił, bo pod względem charakterów Wójcik potrafił dobrać ekipę, ale ta niepewność moim zdaniem trochę wyniszczała chłopaków psychicznie.

Matysek zagrał z Anglią, a Sidorczuk ze Szwecją. Po tylu spekulacjach skończyło się na niby sprawiedliwym rozwiązaniu. Patrząc z perspektywy czasu, kto wie, czy nie lepiej byłoby, gdyby bronili na odwrót - Sidorczuk z Anglią, a Matysek ze Szwecją.

Osobiście nie widziałem między nimi wielkiej różnicy, ale większe przekonanie miałem do "Matysa". Jemu najtrudniej było strzelić gola na treningu ze względu na jego warunki fizyczne. Jak rozciągnął te swoje długie łapy, to brakowało wolnego miejsca. Moim zdaniem miał więcej atutów niż "Księgowy". A dlaczego "Księgowy"? Na Kazka mówiliśmy tak ze względu na jego nieprawdopodobną skrupulatność w liczeniu kasy. Wszystko przeliczał. Marki na dolary, dolary na jeny, a jeny na złotówki. Jak kierownik przychodził z neseserkiem pieniędzy, żeby wszystkim powypłacać za przyjazd na kadrę, a także zwrócić koszty podróży, czy też przekazać premię za mecz, to Kazek już miał wszystko wyliczone, wypisane na karteczce. I musiało się zgadzać nie co do złotkówki, ale co do grosika. Kto inny mówił: - Dobra, kierowniku, pan sobie tę resztę na jakąś imprezę zostawi. A Kazek zbierał te wszytkie grosze ze stołu, zgarniał na dłoń i wrzucał do kieszonki. Po prostu wykapany księgowy.

Trener Wójcik zawsze miał przyjemne treningi. Przyjemne dla napastników. Można było zemścić się na bramkarzach za wszystko. Dostawali w trakcie zajęć chyba z tysiąć strzałów. Padali jak muchy. I zawsze okrzyk: - Laga!!! Armata!!! Lufa!!! Więc wszyscy walili, ile sił w nogach. Jeszcze się bramkarz nie zdążył dobrze podnieść, a już mu świstała piłka koło ucha. Czasami mówiło się na nich "ręczniki". Żartowaliśmy, że wystarczy powiesić ręcznik na poprzeczce i on więcej obroni. - Co, bramkarzyku, łapiesz coś? - śmialiśmy się. A jak znalazł się piłkarz z poważną parą w nogach, jak Pisz czy Siadaczka, i nasze kochane bramkarzyki nie zdążyły nawet piłki zobaczyć, to się pytało: - A może chcesz piłkę z dzwoneczkiem?

Sam zawsze starałem się uderzać na siłę tylko do pewnego miejsca. Szanowałem bramkarzy, więc nie waliłem jak opętany z siedmiu metrów. Ile można? Z szesnastu metrów - owszem. Ale im bliżej, tym mniejszy w tym sens. Wychodziłem z założenia, że trening ma być pewnym wycinkiem meczu. I jeśli znajdę się w meczu na siódmym metrze z piłką, to nie będę dawał lagi, bo jeszcze trafię w bramkarza i powiedzą, że taki geniusz z niego. A przecież nie zwalę na Wójcika, że przez jego trening waliłem na siłę i poszło nie tam, gdzie trzeba. Zresztą kto wie, gdzie byłbym dzisiaj, gdybym w Genui w meczu z Sampdorią nie zmylił bramkarza. Przecież przy drugim golu też mogłem huknąć, ale kto wie, czy wtedy nie poszłaby nad poprzeczką?

Dlatego w czasie treningów lufy lufami, ale wolałem uderzyć pasem, obok słupka. Musi być radość z treningu, a co to za radość, gdy bramkarz nawet nie zareaguje. Najpiękniej jest wtedy, gdy biegnie do piłki, rzuca się, już ją prawie ma, już ją prawie czuje - a ona wpada.

Teraz znowu kadra ma problem z bramkarzem. Przyznam szczerze - gdybym grał w reprezentacji tak jak Dudek, to dzień w dzień dziennikarze by o mnie pisali, że jestem pijany. Wtedy, kilka lat temu, też Dudek czasami przyjeżdżał, głównie jako trzeci bramkarz, na kadrę. Raczej nie pamiętam, żeby czymś specjalnym się wyróżniał, chociaż po bramkarzu raczej trudno poznać, czy będzie dobry. A już wywróżenie, czy ktoś zrobi karierę, jest niemożliwe. Wówczas taki Maciek Szczęsny czy też Zbyszek Robakiewicz byli lepsi niż Dudek obecnie, a nigdy nie wyjechali do poważnego klubu. Zabrakło im szczęścia, kontaktów, nie wiem czego. Ale nie umiejętności. Gdy obserwuję Dudka to nie mam wątpliwości, że sporo mógłby się od nich nauczyć.

Za czasów Wójcika mieliśmy problem, kogo wstawić do bramki, bo było zbyt wielu kandydatów. Teraz nie ma ich wcale. Miał być niby Dudek, ale oszalał i co tylko zagra w kadrze, to ładuje swojaka. Dlatego nie wiem, kto powinien grać. Może "Szamo", bo jest młody i głupi.

Myślałem też o Tkoczu, ale jak się zorientowałem, że ma trzydzieści lat to uznałem, że w takim razie niech się już lepiej położy.

<-- Poprzednie                                                                                                                                                       Następne-->