
(odcinek 76)
Jakoś tak się dziwnie złożyło, że gdy grałem w Betisie, to zespołowi szło całkiem nieźle. W moim pierwszym sezonie zajęliśmy trzecie miejsce w Hiszpanii, w drugim - gdy miałem złamaną nogę - niestety dopiero ósme, ale rok później już czwarte. W tym trzecim sezonie zdobyłem sześć bramek, więc jakiś wkład w sukces miałem. Po moim odejściu do Las Palmas - choć oczywiście nie łączyłbym tych dwóch faktów - Betis z roku na rok grał słabiej. Kolejno - ósme miejsce, jedenaste, w końcu osiemnaste i spadek z ligi. Już ta ósma lokata musiała być odebrana źle, jeśli weźmiemy pod uwagę wydatki. Betis za 35 milionów dolarów kupił wtedy Denilsona.
Przez kilka miesięcy miałem okazję z nim trenować, ale jakoś nie utkwił mi specjalnie w pamięci. Przyszedł w miejsce Roberta Jarniego, którego oddano do Realu Madryt. I jeśli miałbym wybierać, to o niebo bardziej wolałbym grać w jednej drużynie z Jarnim niż z Denilsonem. Niby techniczny, ale jeśli Brazylijczyk nie potrafi w sezonie strzelić dwóch bramek, to znaczy, iż takich są miliony. Miał jeden, bardzo szybki zwód, potrafił wkręcić w glebę, ale jakoś nigdy nic z tego nie wynikało. Bo pojedzie taki Denilson na mecz z Recreativo Huelva, stanie naprzeciwko drewnianego obrońcy i co? Tępe to, głupie, na zamachy nie reaguje, na zwody nie działa i koniec taki, że Denilson po tych swoich "rowerkach" wpadał na barana i tracił piłkę. Natomiast Jarni nie bawił się w zagrania pod siebie, tylko słał w pole karne mocne, celne dośrodkowania - z serii tych, do których dostawia się głowę lub nogę.
Widziałem wielu lepszych piłkarzy niż Denilson. Taki Djalminha potrafił sam ograć Real Madryt czy Barcelonę. Denilson nigdy nie wygrał w pojedynkę żadnego spotkania. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że nikt nim się nigdy nie zachwycał i jakoś nie słychać, by z Betisu chciał go wykupić Real Madryt czy Barcelona. A przecież Real od dawna ma kłopoty z lewą pomocą - szuka, szuka i trafić nie może. A to Savio nie wypalił, a to Solari, a to McManaman. I choć cały czas penetrują rynek, to o Denilsonie nawet się nie zająknęli. To też o czymś świadczy.
W rezerwach Betisu był w tym samym czasie pewien młody chłopak, może w zasadzie chłopiec. Gdy mieliśmy nieparzystą liczbę graczy na treningu, a obok ćwiczyła druga drużyna, wołaliśmy: - Diego, chodź, pokopiesz z nami.
I Diego przybiegał szczęśliwy, że ktoś na niego zwrócił uwagę. Raczej się nie odzywał - skromny, przestraszony. To nikomu nie przeszkadzało, bo widać było, iż ma pojęcie o piłce - miał instynkt, miał strzał, w trzeciej lidze po prostu się marnował. Wszyscy zawodnicy widzieli, że to będzie - jeśli już wtedy nie był - kawał zawodnika. Jednak wielcy spece zatrudnieni przez Betis postawili na nim krzyżyk i oddali do Mallorki B. Tam szybko Mallorca B zaczęła grać lepiej niż Mallorca A, więc chłopak poszedł w górę. Strzelał sporo goli. Biły się o niego różne kluby. W końcu trafił do Deportivo La Coruna. Ten chłopiec nazywał się Diego Tristan. Nie łapał się wśród niby 25 najlepszych piłkarzy Betisu...
To nie ja grałem z Diego Tristanem, to on grał wtedy ze mną. Niemniej dziś znaczy w piłce bardzo wiele. O Denilsona nigdy żadne kluby się nie biły. W klubie wyróżniał się głównie tym, że częściej trafiał na okładki pism kobiecych niż sportowych. Szczególnie upodobał sobie ruszone gwiazdeczki - a to byłą żonę jakiegoś aktora, a to ex-sympatię matadora. Ciągle widać było go z jakąś kobietą, ktorą dobrze znała połowa wyższych sfer. A czy był sympatyczny? Nie pamiętam, raczej daleko mu było do Darka Czykiera. Może dlatego, że na początku był mocno krytykowany i chodził raczej przygaszony. Trudno jednak, aby nie był krytykowany, skoro nic nie grał, a kosztował 35 milionów dolarów. Drugie 35 milionów miał zarobić przez jedenaście lat gry w Betisie. Całkiem niezły kontrakt. Zwłaszcza jak na kogoś, kto od pięciu lat nie zanotował jeszcze "swojego" sezonu.
(odcinek 77)
Jako piłkarz Las Palmas wciąż grałem w kadrze. Zaraz po wyleczeniu kontuzji zdążyłem strzelić gola Słowenii, a potem zaliczyć nieudany występ z Chorwacją. Następnie przez kilka miesięcy nie byłem powoływany, choćby na mecz z Bułgarią wygrany 3:0, bo wtedy jeszcze nie wystartowała liga hiszpańska. W końcu zadzwonił telefon.
- Misiu, odbudowałeś się, mogę cię spokojnie powołać? - usłyszałem znajomy głos w słuchawce i od razu się uśmiechnąłem.
- Trenerze, jestem teraz w gazie, moim zdaniem mogę się przydać - oznajmiłem. Wójcika nigdy nie oszukiwałem i jeśli wiedziałem, że nie prezentuję się odpowiednio, mówiłem to wprost. Za dużo zawsze było szumu, że powołuje nieprzygotowanego "Kowala", żebym rzeczywiście nieprzygotowany mógł przyjechać na kadrę. Te teksty o mnie, że prosto z baru jestem lepszy od innych były wesołe, ale też nikt mnie nie chciał widzieć prosto z baru. Wójcik też nie, bo prasa by go zjadła. Dlatego zawsze mówiłem mu - "tak, mogę przyjechać" bądź "nie, jeszcze nie teraz". On mi ufał. Pamiętam, że raz nawet zapytał mnie o zdanie na temat innego zawodnika, Tomka Iwana.
- Słuchaj Kowal, nie znam tego Iwana. Dobry jest, warto go brać do kadry? Ty z nim chwilę grałeś...
- Trenerze, jak na mój gust, to Iwan się nadaje. Na prawej na pewno się przyda. Ma dobry dorzut, szybki jest. Można brać.
No i Iwan dostał powołanie. To był jedyny raz, gdy sprawy personalne Wójcik konsultował ze mną. Może mu źle podpowiedziałem? Nie, chyba jednak Tomek się sprawdził. W swojej sprawie też podpowiedziałem właściwie. Kiedy stwierdziłem, że mogę wrócić do gry w reprezentacji i wstydu nie przyniosę, akurat Polska miała grać towarzysko ze Słowacją. Wsiadłem w samolot, zameldowałem się w Warszawie - dajcie mi piłkę. Zgrupowanie było króciuteńkie. Przyleciałem w niedzielę wieczorem, w poniedziałek ruszyliśmy na Słowację, a we wtorek był mecz. W ekipie sporo nowych twarzy, bo w znaczniej mierze kadra tym razem składała się z ligowców. Nikomu się przedstawiać nie miałem zamiaru, bo zresztą nie bardzo jestem w stanie uwierzyć, by do zespołu mógł trafić taki tuman, który nigdy w życiu nie czytał gazety sportowej i nie kojarzył mnie czy innych chłopaków. W środowisku piłkarskim jednak wszyscy się znają. Jeszcze przed meczem zadzwoniłem do Krzyśka Ratajczyka, czy może przyjechać do Bratysławy i odebrać mnie po meczu - z Wiednia miałem znacznie lepsze połączenie samolotowe na Wyspy Kanaryjskie i bezsensem byłby powrót do Warszawy. "Rataj", leczący wtedy kontuzję ścięgna Achillesa, oczywiście zgodził się bez wahania.
- Kowal, jak forma? Strzelisz coś? - spytał przed meczem Wójcik.
- Forma jest, bo była - odpowiedziałem żartobliwie, ale i z dozą pewności siebie. Tak, to trener lubił. Oczka mu się zaświeciły. Opierdolimy frajerów.
W meczu pokazałem, że w piłkę można dobrze grać, nawet będąc piłkarzem drugiej ligi hiszpańskiej - na tle ludzi z ligi polskiej wyglądałem zdecydowanie najlepiej. Zagraliśmy typowo polski futbol - to znaczy po strzeleniu gola w ciągu minuty znów był remis. Ja jednak wiedziałem, że coś walnę, bo od początku grało mi się dobrze. Widać mnie było, walczyłem, byłem w rewelacyjnej formie fizycznej. Nie po to przeleciałem kawał świata na mało znaczący mecz towarzyski i przy okazji mocno podpadłem w klubie, żeby wrócić z pustymi rękoma. No to ukłułem najpierw raz, potem drugi i wygraliśmy 3:1. Nawet ładne bramki strzeliłem. Przy jednej położyłem bramkarza dwa razy, tamte ogórki latały koło mnie i taplały się w tym błocie, ale z "technicznym Hiszpanem" nie mieli szans. Haha. Z zerowego kąta wkręciłem piłkę do siatki. A drugi gol to już uderzenie z szesnastu metrów w samo okienko.
- No to Kowal szykuj sobie termin na wiosenne zgrupowanie na Malcie - oznajmił po meczu zadowolony Wójcik. A o tym, że byłem wtedy w naprawdę wysokiej dyspozycji fizycznej, niech najlepiej zaświadczy fakt, że nie dość, iż wytrzymałem kondycyjnie mecz, to jeszcze później całą noc z "Ratajem". Wpadł do szatni, potem do hotelu i pojechaliśmy z jego żoną na zwiedzanie Wiednia. Do rana.
(odcinek 78)
Zgrupowanie na Malcie. Luty. Główna próba sił przed marcowymi meczami z Anglią i Szwecją. Dziesięć dni razem na wyspie, dwa mecze oficjalne i jeden sparingowy z jakimś miejscowym zespolikiem. Treningi ciężkie, wszyscy lekko podjechani i te spotkania nie bardzo były komukolwiek na rękę.
Na początek dostaliśmy kadrę Malty, czyli pełne ogórki, a tymczasem męczyliśmy się straszliwie. W nogach spora praca, piłka się nie słucha - beznadzieja. Nikomu nic nie wychodziło. Co tu dużo kryć, mnie też. Gdzieś tak piętnaście minut przed końcem zmiana w naszym zespole. Patrzę - schodzę. Ależ się wkurzyłem! Zero do zera, chcę wygrać mecz - bo naprawdę chciałem! - a ten mnie zdejmuje. Ręki Wójcikowi nie podałem, przeszedłem obok niego obojętnie i nawet nie usiadłem na ławce, tylko od razu ruszyłem do tunelu. O Jezu, ale byłem zły. Gdybym mógł, to bym tę osobę, która za mnie wchodziła, udusił własnymi rękoma, choć przecież wiedziałem, że to nie jej wina. O cholera, zdjął mnie! W takim momencie! Jak on w ogóle mógł - tak sobie myślałem. Byłem zły na siebie, że nie strzeliłem gola, na trenera, że mnie zdjął, na cały świat, że istnieje. To raczej dobrze, że wtedy nie usiadłem na ławce, bo mogłyby paść niepotrzebne słowa. Wkurzonego człowieka nic nie interesuje, żadne argumenty, więc w takim momencie najlepiej zejść wszystkim z oczu. Poszedłem pod prysznic, przebrałem się w dres. Akurat wróciła reszta chłopaków - wygrali, Tomek Kłos strzelił na 1:0 w ostatniej minucie. Gratulacje.
Po kolacji usłyszałem to, czego mogłem się spodziewać. - Kowal, przyjdź do mnie do pokoju - powiedział trener Wójcik.
- Dlaczego nie podałeś mi ręki jak schodziłeś? Co to były za sceny?
- Wkurwiłem się, że mnie pan zdjął. Chciałem strzelić gola i wygrać mecz. Nie grałem źle, byli słabsi. Nie lubię być zdejmowany.
- Nie o to chodzi, że grałeś źle, ale wynik tego meczu mam w dupie. To był sparing, każdy miał zagrać, pokazać się.
- Dobra, rozumiem.
- Więcej nie chcę takich szopek, rozumiesz?
- Pewnie, sorry trenerze. Przepraszam.
Przybiliśmy piątki i po sprawie. Dziwne, gdybym nagle zaczął się z trenerem Wójcikiem kłócić. Musiałbym być chorym facetem, a za takiego mimo wszystko nigdy się nie uważałem. Drugi mecz graliśmy z Finlandią i znów wyszedłem w podstawowej jedenastce. Wiadomo było, że ten, kto strzeli pierwszą bramkę w meczu, strzeli jednocześnie bramkę numer tysiąc w historii reprezentacji Polski. Ja już miałem na swoim koncie bramkę numer dziewięćset - zdobyłem ją w meczu z Austrią kilka lat wcześniej - więc takiej okazji odpuścić nie mogłem! No i poszło łatwiej niż myślałem, bo już w pierwszej minucie meczu Tomek Iwan świetnie dorzucił, a ja z głowy uderzyłem na 1:0. I tym razem zdjęty nie zostałem.
Za tysięczną bramkę, jak się okazało, przewidziano nawet nagrodę. Siedzę sobie spokojnie na odnowie biologicznej, razem z kilkoma chłopakami popijam browarka, aż tu nagle przychodzi ktoś i mówi: - Słuchaj, Kowal! Jest akcja. Dziurowicz czeka przy recepcji z jakimiś innymi działaczami. Wołają cię. I bardzo im się spieszy.
Skoro im się tak bardzo spieszy, no to poszedłem tak, jak stałem, czyli w szlafroku. Potem zrobiono z tego wielką sprawę, że Kowalczyk nie szanuje prezesa PZPN, bo nagrodę odbierał w szlafroku, a prezes był w garniturze. Wszystko się zgadza, ale prezes był w garniturze, stał ze swoją świtą przy recepcji, bo wychodzili na jakąś uroczystą kolację - i stąd pośpiech, samochód czekał. Mnie z zaskoczenia wywołano z odnowy i gdybym miał teraz biec do pokoju, przebrać się w normalne ciuchy i dopiero zejść, to by znowu powiedzieli, że Wojtkowi kompletnie odbiło i przez niego prezes musiał czekać pół godziny. A ja ludzi szanuję i wiem, że jak ktoś nie ma czasu i nagrody wręcza przy recepcji, to przecież nie będę go zatrzymywał! No tak czy nie tak?
Wyszedłem uśmiechnięty, bo wiedziałem, że po coś idę. Dostałem kamerę wideo i plakietkę z wygrawerowanym napisem "Dla strzelca tysięcznej bramki w reprezentacji Polski". Grzecznie podziękowałem. A cały szum wokół tego rzekomego skandalu z moim ubiorem był bzdurą, bo ja zawsze z prezesem Dziurowiczem miałem dobre kontakty. Do każdego w takiej sytuacji bym wyszedł w szlafroku. Bez wyjątków. Po chwili zadowolony wróciłem na odnowę biologiczną.
(odcinek 79)
Malta Maltą, ale takie wyjazdy to nie piknik. Akurat wtedy nastała moda na oglądanie filmów DVD, ale zgrupowania za Wójcika były zawsze tak przepełnione jakimiś spotkaniami, odprawami i tym podobnymi sprawami, że w zasadzie nie dało się filmu obejrzeć za jednym zamachem. Wolny wieczór? Można zapomnieć. W najlepszym wypadku oglądanie meczu Anglia - Francja, akurat tego, w którym narodziła się gwiazda Nicolasa Anelki.
Pewnego dnia w końcu mieliśmy czas dla siebie. O tak, można wreszcie nic nie robić! - Kowal, jest pomysł, żeby zrobić spotkanie z dziennikarzami. Wiesz, tymi, co nas tak oczerniają - wypalił jeden z kolegów. No nie, panowie, tak się nie będziemy bawić. Raz w życiu dostaliśmy wolne i mamy spotykać się z dziennikarzami? Idźcie sami, ja do nich nic nie mam. Oczywiście tyle moje, co sobie pogadałem. Musieliśmy iść wszyscy. Apelowałem: - Mamy wolny wieczór. Kto chce, niech idzie na piwo, kto chce - na film, a kto woli się spotkać z dziennikarzami, droga wolna.
Nic z tego.
Chodziło o to, że kilku piłkarzy - z tego co pamiętam, głównie Tomek Hajto, Tomek Iwan, Piotrek Świerczewski i Kazek Węgrzyn - miało wielkie pretensje do dziennikarzy, co też oni wypisują o nich w prasie. Zgłosili się do trenera Wójcika z propozycją zorganizowania spotkania. Sprawę wziął na siebie trener - będziemy tworzyć pozytywny klimat wokół reprezentacji! - Tylko czemu ze mną? - pomyślałem. Cały czas marudziłem, żeby nie robić żadnego spotkania, bo to nic nie da. Zawsze uważałem, że każdy będzie pisać to, co będzie chciał. I tak naprawdę piłkarzowi nic do tego. Nie ingeruj w ich pracę, jak mówią ci, że zagrałeś ich zdaniem słabo, to przyjmij to do wiadomości. Ale nie, "Hajtowy" tak dobrze gra, a oni - chamy jedne - piszą, że jest drewniany. Taki boski technik i drewniany. To się w głowie nie mieści!
Siedzieliśmy tak wszyscy i zaczęła się dyskusja, a z czasem kłótnia. Ze strony dziennikarzy w rolach głównych Paweł Zarzeczny i Janusz Atlas. Kolejno usadzają nowych to piłkarzy, wskazują im miejsca w szeregu. To przynajmniej było choć trochę zabawne, bo od tych wszystkich gadek szmatek można było usnąć. Ja przez półtorej godziny nie odezwałem się ani razu, co kompletnie nie leży w mojej naturze. A po wszystkim powiedziałem: - Nie kłóćcie się, bo jeszcze gorzej z wami pojadą. Nieobiektywnie o was piszą? To zobaczycie jutro.
Następnego dnia śmiać mi się chciało do rozpuku. Po treningu chłopaki polecieli czytać polską prasę, a tam przywalono dokładnie tym samym, a już najwięcej tym, którzy się odzywali. Ooo, wtedy już wkurzenie totalne. Hajto wkurzony, "Świerszcz" wkurzony, Iwan wkurzony. - I po cholerę się odzywacie, jak to oni mają atut w ręku? - pytałem. Krytyka jest w całą tę zabawę wliczona, nawet pomaga. Na stadionie też połowa kibiców lubi, jak grasz, a połowa nie. Co nie znaczy, że co drugiemu kibicowi pokażesz wała.
Nie mogłem odżałować straty czasu na takie bzdurne spotkania. Z dziennikarzami można się umówić na wywiad, ale nie na wzajemne pouczanie. Nie ma takiej możliwości, aby wyszło z tego cokolwiek dobrego. Może stąd moje podejście, że ja kompletnie nie przejmowałem się tym, co na mój temat pojawiało się w gazetach, nic nie prostowałem. Źle piszą? Trudno, ważne, że piszą. Nawet czasami koledzy mi mówili: - O, Kowal, ale z tobą w tej i tej gazecie pojechali! A ja brałem te gazety, patrzyłem - w tej słabo, bez błysku, nawet pojechać nie potrafią, o tu bardzo fajnie mi dowalili, ma gość talent. Na tej zasadzie. Zresztą, ja nawet wywiady ze sobą rzadko czytam. I tak nigdy nie ma tego, co powiesz, tylko to, co dziennikarz chce usłyszeć. Świata nie zmienię, ma być pikantnie, to niech będzie. Gdy zaczynałem grać w Legii, to Paweł Zarzeczny wpadał czasami do "Garażu", za jednym zamachem przepytywał wszystkich, którzy byli przy stole - a była cała drużyna - i miał pół roku pracy z głowy. Mnie zadał trzy pytania, wychodził z tego wielki wywiad, ale zawsze byłem z tych wywiadów zadowolony i w duchu mówiłem sobie - o, tak właśnie bym powiedział.
Cała moja przygoda z prasą zaczęła się od dziennikarza, który wymyślił, iż przesiaduję w barze "Semafor", w którym akurat nie przesiadywałem. I to tak się za mną ciągnęło, ciągnęło... Im częściej będziesz prostował, tym częściej będą o tym pisali. Bezsens. I kilka lat później ten sam dziennikarz przyjechał do Las Palmas z rodziną, posiedziliśmy dwa dni. Jak usiedliśmy do obiadu jednego dnia, to skończyliśmy przy kolacji, ale następnego.
Z dziennikarzami da się żyć, a już na pewno lepiej, że są niż miałoby ich nie być - przynajmniej często jest wesoło. Weźmy chociażby to wspomniane zgrupowanie na Malcie. Też było na co popatrzeć. Przyleciało najpierw trzech dziennikarzy, zajęli spory apartament w hotelu. Następnie dołączyło do nich kolejnych pięciu, już na gapę. I podział ról był taki - ci, którzy mieli wykupiony nocleg i posiłki, schodzili na śniadanie, gdzie był szwedzki stół i brali jedzenie dla pozostałych pięciu. Jedna porcja to było tyle, ile ja zjadam przez tydzień! A tych pięciu gagatków szło na miasto i za swoje diety zaopatrywali całą ósemkę w napoje wyskokowe. Wilk syty i owca cała. Organizacyjnie byli po prostu perfekcyjni. Ponieważ nawet przy odpowiedniej organizacji każda praca zbiorowa wymaga wysiłku, na treningach pojawiał się jeden emisariusz, który potem wszystko pozostałym opowiadał. Robili sobie takie wewnętrzne konferencje prasowe w celu przepytania emisariusza.
I tak zgrupowanie po zgrupowaniu, nigdy z nimi nie było nudno.
(odcinek 80)
Pamiętam taką scenę. Wracam z treningu w Chorwacji, obok mnie Robert Jarni, którego świetnie znałem z Betisu.
- Kowal, a co tam się dzieje?
Patrzę, a tam stół, na którym znajduje się tylko, ale to tylko alkohol, a wokół niego kwiat dziennikarstwa polskiego.
- A nic, Robert. To tylko nasi dziennikarze.
Potem nawet wystąpiłem w roli tłumacza, bo panowie zapragnęli zrobić wywiad z Jarnim. On pamiętając poprzednią naszą rozmowę, uśmiechał się pod nosem, ja też, ale wywiad chyba jakoś się udał. Przynajmniej dziennikarze nie zgłaszali zastrzeżeń i udali się do zajęć w podgrupach. Podgrupy nie były duże, bo na jedną natknąłem się z "Ratajem" w hotelu. Akurat dwóch mistrzów pióra miało drzwi do pokoju w tym samym korytarzu. Niestety, wredne drzwi były tak mocno zamknięte, iż panowie nie mieli siły ich otworzyć. Poszli spać nie wchodząc do środka. I jak tu nie mówić, że z dziennikarzami na wyjazdach jest wesoło? Tym bardziej, jeśli przypomni się powrót z tego samego wyjazdu. Jeden autokar nasz, jeden ich. Ich podjeżdża pierwszy, drzwi się otwierają i człowiek po prostu... wypada na chodnik. Wypada, jak lalka, kukła, manekin, kawał mięsa, cokolwiek. Nawet mu zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Jak się okazało, to był dziennikarz, który niby na co dzień nie pił, a raz mu się zachciało i nie wytrzymał tempa. Rozgrzeszony, droga na lotnisko to było dobre trzysta kilometrów.
Każdemu dziennikarzowi można przypisać jakąś anegdotę. W Izraelu sam zgłupiałem, gdy jeden wysiadł z samolotu i ucałował ziemię. Włos przyprószony, z Papieżem leciałem, czy jak? A nie, to tylko pan, panie redaktorze. Jak minęła podróż?
Dziennikarze lubią opisywać, jak to się bawią piłkarze. Tymczasem środowisko dziennikarskie jest moim zdaniem bardzo, ale to bardzo podobne do futbolowego. Jedni kopią piłkę, drudzy to opisują, ale poza tym - to samo. Też się lubią bawić, śmiać, też się kłócą i godzą. Ja z reguły dziennikarzy lubiłem. Byli tacy, którzy jechali ze mną, chwalili, jechali, chwalili, a potem było "Cześć Wojtusiu kochany!". I ja odpowiadałem z uśmiechem na ustach. Taką ma pracę, to niech pisze. I z niektórymi lubiliśmy usiąść dłużej przy piwie, pogadać, pośmiać się. Są tacy, z którymi usiądę zawsze, choć pewnie skrytykowali mnie częściej niż kogokolwiek innego. Jeśli jednak byli fajnymi gośćmi - nie ma sprawy. Najgorsze są smutasy.
Najwięksi kozacy to dla mnie nie są ci, którzy z tobą pójdą na imprezę, a potem napiszą, że piłeś. Najwięksi kozacy to ci, którzy pójdą na imprezę, a potem napiszą, że pili z tobą! To częsty motyw. Ktoś opisuje, że piłkarze bawili się na dyskotece. A ty co tam robiłeś? Stałeś i nagrywałeś? Dlatego zawsze miałem największy szacunek do tych, którzy przynajmniej mieli odwagę się przyznać - Kowalczyk się ubzdryngolił, a ja razem z nim.
Przypominam sobie tylko dwa artykuły na mój temat, które mnie ruszyły. Pierwszy, za który chciałem dać w mordę Tomaszowi Jagodzińskiemu, był o tym, że po powrocie z olimpiady niby piłem wódkę z całą rodziną. Nie dość, że pomieszał wszystkie możliwe fakty, to jeszcze obraził moich najbliższych. Towarzystwo do imprez miałem zawsze inne. A za drugim razem to prawie zapłakałem nad głupotą jednego dziennikarza, który napisał, że niby przez to, iż nie chciało mi się przejść do Lecha, Poznań nie dostał z Hanoweru osiemdziesięciu autobusów miejskich. - No ładnie, kilku kierowców straci pracę, kilku jej nie dostanie, ludzie będą zamarzali na przystankach i wszystko to dlatego, że mam gdzieś grę w Lechu - sam się nie mogłem nadziwić. Ciekawe, czy ten dziennikarz sam uwierzył w to, co napisał. Jakiś psychicznie chory musiał być. A do Lecha niby nie przeszedłem dlatego, że nie chciałem przeprosić kibiców za gesty w ich kierunku sprzed kilku lat. Przeprosić? Mogłem im co najwyżej drugiego wała pokazać.
Obecnie czytuję "Przegląd Sportowy", "Wprost" i "Nie". Reszty nie ma sensu, bo nudziarstwo. Jak widzę wielką reklamę gościa, który załatwił transfer jakiegoś anonima z Marymontu Warszawa do Poloneza - i on się z tym afiszuje - to stwierdzam, że czas sięgnąć po poważniejszą lekturę. Zresztą coś mi się wydaje, że dziennikarzom dziś brakuje Kowalczyków i większość też mnie raczej lubi. No bo przecież już niedługo zostanie im tylko pisanie, jaki ten Maciuś Żurawski cacy, grzeczne dziecko poszło spać o jedenastej, a wcześniej kanapeczkę popiło herbatą. Na nim dziennikarze pieniędzy nie zarobią i dobrze o tym wiedzą. Więc szukają niesfornych, takich jak ja.
Zawsze wychodziłem z założenia, że lepiej aby coś się działo niż miałaby być nuda. Niestety, naszą piłkę dotknęła zakaźna choroba. Zakaźna i zabójcza! Teraz niektórzy nie dość, że nie potrafią grać w piłkę, to nawet wywiadu nie potrafią udzielić. "Czeka nas trudny mecz, ale pojedziemy powalczyć". Pasjonujące. Walczcie chłopaki, walczcie.
Niektórzy znajomi mnie pytają, czy chciałbym być dziennikarzem. Opisać mecz, pójść, popatrzeć - to bym jeszcze mógł. Ale żeby jakiś wywiad zrobić, to nic z tego. Nie wiedziałbym, o co pytać - o kolor pitej herbaty? Nic ciekawego bym nie usłyszał, a nie lubię się nudzić. A już jak bym wskutek nieprawdopodobnego zbiegu okolicznosci czegoś interesującego się dowiedział, to i tak zaraz by się rozmówca przestraszył i powiedział, że wszystko sobie wymyśliłem. Tak to już u nas jest. Piłkarze boją się własnego cienia. Powiesz, że prezes wisi ci kasę za trzy miesiące, choć wisi ci za sześć, to jeszcze dostaniesz karę za szkalowanie dobrego imienia klubu - i już ci nic nie wisi. No to jaki sens mają te wszystkie wywiady? Niedługo i z Małyszem nikt nie będzie chciał czytać, bo ile się da? Nie da się w ogóle. Grzeczny chłopiec, to już wiemy i się więcej nie dowiemy. I że on chce, nie wychodzi, ale wyjdzie - dobra, już mówiłeś. Ilu było takich sportowców, co całe życie gadali i nic ciekawego nie powiedzieli?