
(odcinek 71)
Z Węgrami graliśmy dla powodzian. To nie jest puste hasło. My naprawdę dla nich graliśmy. Nawet na odprawie Wójcik powtarzał: - Pamiętajcie, że najważniejsze dziś, aby ci ludzie byli zadowoleni. To dla nich gracie. To ich dzień. A ich dzień to będzie kiedy? Kiedy będą szczęśliwi?! Gdy wygracie!!!
Czułem dreszczyk emocji. Bynajmniej nie dlatego, że znów zagram w kadrze, nie dlatego, że zagram przeciwko jakimś Węgrom. Łazienkowska. Znów miałem okazję zagrać na swoim stadionie. Prawie w całej Polsce kibice mnie nienawidzili ze względu na to, że byłem legionistą, więc coś mi się od życia należało - właśnie przyjęcie na stadionie Wojska Polskiego. Wiedziałem, że znów ci kibice, którzy zawsze mnie lubili, znów zaskandują moje nazwisko. Wiedziałem, że na trybunach będzie i moja rodzina, i moi koledzy. Nawet przed meczem inni piłkarze ze mnie żartowali, bo wiecznie brakowało mi biletów - kto ma niepotrzebne bilety?! Kto ma bilety na zbyciu? Brakuje mi ośmiu. Kończyło się tak, że po dodatkową pulę musiałem chodzić do Krzysztofa Dmoszyńskiego. Skoro mecz w Warszawie, to tak około piętnastu wejściówek musiałem zorganizować. - I co? Pół Bródna znowu przyjdzie tylko na "Kowala" i tylko ciebie będą dopingować? Ech, jak zawsze! - dogryzano mi. - Sam sobie publikę ściąga, a potem się cieszy, że ktoś go lubi!
Przed meczem z Węgrami miałem jeszcze krótką rozmowę na temat numeru.
- Wojtek, z którym numerem chcesz grać? - spytał dyrektor Dmoszyński.
- Ja zawsze z "dychą".
- A ty Jurek? - spytał się Brzęczka.
- Ja z dziesiątką.
- Kowal, Brzękol ma dychę.
- To niech sobie ma, ale z dychą ja gram.
- Ale ja zawsze grałem z dychą - przyznał Brzęczek i akurat miał rację, bo na olimpiadzie ja grałem z jedenastką, a on z dziesiątką. Jednak od olimpiady minęło kilka lat.
- Brzękol, to wszystko fajnie, ale ja też gram zawsze z dychą.
W końcu stanęło na moim, bo chyba nikt nie miał wątpliwości, że się nie ugnę. Konfliktu z tego nie było żadnego, a przed meczem - jak za dawnych dobrych lat - wszyscy krzyknęliśmy "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Sam mecz dla mnie - no cóż - nawet nie wiem, czy był udany, czy nie. Bo z jednej strony grałem bardzo dobrze. Z drugiej - nie wykorzystywałem sytuacji. W drugiej połowie już nawet przerzuciłem piłkę nad bramkarzem i chciałem się cieszyć, ale stwierdziłem, że poczekam, aż wpadnie do siatki. A ona się tak odbiła raz, drugi i o centrymetr minęła słupek. Wtedy już wiedziałem - tego dnia bramki nie strzelę! Może za bardzo chciałem? Mimo wszystko byłem zadowolony, bo jeszcze nie ruszyła liga hiszpańska, a ja już byłem w gazie. I nawet mnie dziwiło, z jakiej racji mam tyle sytuacji? Cztery albo pięć!
Całe szczęście, że honor Legii i honor pokoju hotelowego numer ileśtam obronił Krzysiek Ratajczyk - mieszkaliśmy razem. Huknął przepięknie z rzutu wolnego, piłka wpadła w same ramy i mecz wygraliśmy 1:0. Oczywiście, nie czarujmy się, "Rataj" nie celował, chyba że w rywala nogę. - A ty Kowal, to nawet dobrze zagrałeś, ale celownik mógłbyś trochę nastawić - usłyszałem po meczu. Całe szczęście, że nie skończyło się tak, jak ze Stachurskim - że nie zwolnili trenera, bo za mało strzeliłem. No, w przypadku Wójcika było to niemożliwe. Za mocno siedział w siodle.
Wraz z ostatnim gwizdkiem dla mnie kończył się nie tylko mecz, ale także zgrupowanie. Nie jechałem już do hotelu, od razu do domu na Bródno. Oczywiście o siódmej rano mój "ulubiony" samolot do Madrytu, a więc wcześniej było trochę czasu na rozmowę. Zwłaszcza, że w czasie zgrupowania nigdy nie wyskakiwałem do domu, bo tłuczenie się czterdzieści minut przez Warszawę w jedną stronę nie miało większego sensu. W hotelu też nikt mnie nie odwiedzał.
W drugim meczu już bramkę strzeliłem, wygraliśmy w Olsztynie z Litwą 2:0. Wcześniej zamknęli nas w jakimś gierkowskim ośrodku, tych typu "dla partyjnych". Pokoje niby wieloosobowe, ale nie jeden chciałby mieć dom taki, jaki my tam mieliśmy pokój. Olbrzymi! A do tego regały, telewizory, kanapy, obok las i jezioro. Warunki kapitalne. Jeszcze przed meczem dzwonił do mnie Wójcik.
- Jak misiu, jesteś w formie, zagrasz mi dobrze?
- Trenerze, wszystko dobrze. Będziemy pruli ogóreczków.
No i ich tak się stało.
(odcinek 72)
W spadku po Piechniczku trener
Wójcik dostał przede wszystkim niedokończone i przegrane eliminacje. Czyli
wycieczkę, na którą pewnie panu Antoniemu nie chciałoby się lecieć - do Mołdawii
i Gruzji. A precyzując - nikomu by się nie chciało lecieć. Trzeba, to trzeba.
Ojczyzna wzywa, zapnij pasy, ucałuj orzełka, przygotuj się do startu i zmów
modlitwę. Samolot mołdawskich linii już grzeje silniki! Albo silnik, nie wiem,
ile ich tam działało. Kapitan i załoga na pokładzie.
- Proszę państwa. Lot potrwa godzinę i piętnaście minut. Prosimy wszystkich o
zapięcie pasów. Dziękuję - wyklepała regułkę stewardessa, ale... Zaraz, zaraz.
Coś ta regułka była za krótka. Marne cztery sekundy? Powiedziała pani wszystko w
cztery sekundy? A to całe gadanie o wyjściach awaryjnych, maskach tlenowych,
kamizelkach? Zapomniała pani? Niech pani tu wraca!!! Przecież chyba nie po to
macie w tym dziwnym samolocie dwa razy więcej wyjść awaryjnych niż okien, żeby o
nich nie wspomnieć. A może... Zaglądamy pod siedzenia - kamizelek żadnych nie
ma. Patrzymy, co jest nad nami - wiele rzeczy może spaść na głowę, ale na pewno
nie maska tlenowa. No ładnie, raz w życiu kwestia bezpieczeństwa mnie
zainteresowała i akurat wtedy musiałem się nadziać. My, czy w tym samolocie w
ogóle coś istnieje, a ona, że miłego lotu. Dzięki.
Lot potrwa godzinę i piętnaście minut. Tyle jeszcze zdążyła powiedzieć. Nie
pozostało nic innego jak odliczać. Godzina i czternaście minut. Godzina i
trzynaście minut... Nagle lądujemy. Dwadzieścia pięć minut za wcześnie. Ja nie
wiem czy oni tę trasę przelecieli szybciej niż się da? W każdym razie byliśmy.
Jeszcze żaden z nas nie zdążył odpiąć pasów, a tu nagle trzask, trzask, ktoś
sobie wyszedł. Patrzymy, a w całym samolocie nie ma poza nami nikogo.
Stewardessy poszły, piloci to nie wiem czy wogóle byli, a jak byli , to się
zmyli. Równie dobrze mogłem usiąść za sterami i dać gazu. I pewnie nikt na wieży
kontrolnej by nie zauważył. Mołdawia wita was.
W związku z czekającą nas później wycieczką do Gruzji, pojawiła się propozycja
drużyny, czy może udałoby się jakoś załatwić polski, czarterowy samolot, bo te
tutejsze nie są na nasze nerwy. Że polecimy to wiedzielismy, ale czy dolecimy?
Niestety, skończyło się na prośbach.
Mołdawia ogólnie okazała się miłym krajem, z miłymi ludzmi. A już na pewno
milszym niż Gruzja. Oczywiście, dziura jest dziurą, bez względu na to, czy się
mieszkańcy uśmiechają czy nie. Przeprowadzono tam wyjątkową odnowę biologiczną.
Otóż pojechaliśmy na basen, który był chyba zamknięty od iluś lat, skradaliśmy
się przez jakieś krzaki i wogóle zrobił się z tego bieg na przełaj, ewentualnie
na orientację. A sam basen niby miał - nie wiadomo skąd - czystą wodę, lecz
wszyscy kompaliśmy się w butach.
Hotel mieliśmy bardzo przyzwoity - to trzeba przyznać. Nawet kasyno było, choć
raczej nikt się nie zainteresował, bo jak się wejdzie do kasyna u Ruskich, to
można niechcący nie wyjść, a już na pewno nie z wygraną. Staraliśmy się trzymać
pokoi, których standard zdecydowanie bardziej przyciągał niż odrzucał -
odwrotnie niż w Moskwie. Sam mecz bez szczególnej historii poza tym, że
wygraliśmy w dobrym stylu 3:0. Ładnie szło. 1:0 z Węgrami, 2:0 z Litwą, 3:0 z
Mołdawią. To ile to wypadnie na anglików? Wniebowzięty był Andrzej Juskowiak.
Strzelić trzy bramki w reprezentacji to wielka sprawa. Satysfakcję miał
podwójną, bo przecież za kadencji Piechniczka z kadry zrezygnował. A tu proszę -
jednak nie jest taki ostatni i nawet czasami coś strzeli!
Chyba wszystkim ten mecz będzie dobrze sie kojarzył, tylko nie Edwardowi
Lorensowi. Lorens jak wiadomo był protegowanym Dziurowicza w ekipie Wójcika i
wiadomo było, że nie nadaje na tych samych falach co selekcjoner, a jeśli
nadaje, to raczej na niego. No i tak świętowano sukces kadry, gdy - przy tym
mnie akurat nie było - Marek Jóźwiak uznał, iż niekoniecznie Lorens pasowałby do
grona piłkarzy.
- Kelner!
- Słucham pana?
- Masz tu sto dolarów, a tego sabaki Lorensa tu nie wpuszczaj! - ostro
powiedział, kelner w mig chwycił, bo sabaka to po rosyjsku pies, a zielonego
banknotu nie trzeba było tłumaczyć na żaden język.
I się Lorens nie bawił.
(odcinek 73)
Trochę minąłem się z prawdą pisząc, że wszyscy poza Lorensem mogli wspominać mecz w Mołdawii tylko dobrze. Zapomniałem o sobie. Stało się w późniejszym czasie tak, że właśnie w znacznej mierze przez to spotkanie musiałem odejść z Betisu - po blisko czterech latach. Otóż w meczu z Mołdawią po raz drugi w karierze złamałem nogę. Może nie złamałem, ale kość piszczelowa pękła mi wzdłuż, zrobił się odprysk. Uraz był dziwny, bo nie przez cały czas go czułem i momentami wydawało się, że jestem w pełni zdrowy. A w dodatku nie widać go było na prześwietleniach. Doktor Lorens mówił, że to uraz psychiczny, a z nogą jest wszystko w porządku. Pewnie odczytał to na podstawie mojego pola magnetycznego.
Już spotkania z Mołdawią, po tym jak mnie kopnięto, nie dograłem do końca, a w meczu z Gruzją nie zagrałem w ogóle. W czasie rozruchu zacząłem biegać normalnie, ale po chwili nie byłem w stanie chodzić. Zawieziono mnie na badania w jakiejś przedpotopowej maszynie. Skoro Gruzja, to pewnie Józef Stalin składał sobie w tym miejscu połamane kości. Podobno maszyna miała tylko wyglądać źle, bo zdjęcia, które produkowały - pierwsza klasa! Nie wiem jedynie, czy wszyscy zrozumieli, że nie chcę fotki do paszportu, tylko że mnie noga boli. Cóż - poboli, gdzie jak gdzie, ale w Gruzji mnie nie wyleczą. A zdjęcie fakt, że ładne. Szkoda, że nic nie pokazało.
Szczerze mówiać, to wolałbym już iść do lekarza w Mołdawii niż w Gruzji. Tu jak wylądowaliśmy i wsiedliśmy do autokaru, to myśleliśmy, że po nas. Szofer tylko zapalił, to poszedł taki nawiew do środka, że wszystkie spaliny buchnęły nam prosto w twarz. I tak pompowano nas miejscowymi biopaliwami przez całą podróż. Nic dziwnego, że połowie chciało się wymiotować, a połowę jedynie bolała głowa. Jakoś jednak doturlaliśmy się do chyba jedynego hotelu w tym pieprzonym mieście. To był nieprawdopodobny widok. Tam nie było nic. Nic. Stolica kraju i nic. Pustka. Same ruiny. Same zgliszcza. Wyjąłbyś dziesięć dolarów i kupił pół dzielnicy. Tylko po co? Nawet zaorać ten bajzel byłoby trudno. Byliśmy na jakiejś cholernej, cywilizacyjej pustyni.
I oto hotel, o którym można byłoby pomyśleć, że jest tylko fatamorganą, złudzeniem optycznym, które z nas kpi. Jakiś mafiozo w środku tego zadupia wybudował piękny hotel. To znaczy my w Polsce mamy takich kilkadziesiąt, ale tamten stał pośród złomu. A w środku złoconone poręcze, fontanny, oczywiście ozdobne windy, bo budynek był chyba wysoki na kilkanaście pięter - wszystko pięciogwiazdkowe. Co ciekawe, w tym samym hotelu mieszkała nasza sympatyczna, znana obsługa z samolotu - stewardessy i piloci (chyba jednak istnieli) zostali przewiezieni prosto z pasa startowego do hotelu i dostali zakaz opuszczania swoich pokojów. Taki areszt, bo chyba kraje się specjalnie nie kochały. I w tych pokojach podniebny personel rodem z Mołdawii czekał aż rozegramy mecz, aby z nami polecieć do Polski.
Mecz nie warty wspomnienia. Aż się trochę cieszyłem, że w nim nie gram. Gruzini powieźli nas jak baranów. Sławek Majak też już chyba nie mógł na to patrzeć, bo zamiast tego wolał pooglądać czerwoną kartkę. A tamci - cóż, po prostu byli lepsi. Na takim obciachowym stadionie typu Warta Poznań porażka smakowała jeszcze gorzej.
Wiadomo, że Wójcika ta porażka zabolała, bo on przecież miał podbijać świat, a tu taki dzwon na ogórkowie. Ale co tam, zdarzają się większe problemy niż przegranie meczu w przegranych wcześniej eliminacjach. A najważniejsze było to, że wreszcie - wreszcie! - wrócimy z tej wyprawy do domu. Uwolnimy załogę samolotu i polecimy tym samolotem bez czegokolwiek poza wyjściami awaryjnymi byle dalej.
(odcinek 74)
Czkawka. Mecz z Mołdawią długo odbijał mi się czkawką. Już wcześniej miałem problemy w Betisie, dokładnie od momentu, w którym do szatni wszedł Luis Aragones i okazało się, iż to własnie on będzie naszym nowym trenerem. Nie mieliśmy żadnego konfliktu, żadnej nawet sprzeczki, szanowaliśmy się wzajemnie. Zaistniał zwyczajny... konflikt interesów. Graliśmy zupełnie nowym systemem, w którym miejsce było tylko dla jednego napastnika - graliśmy nietypowo, 1-3-3-3-1. Napastnikiem, tym jedynym, został znajdujący się wtedy w fenomenalnej formie Alfonso. Żaden z nas, pozostałych ofensywnych graczy, nie miał szans z nim rywalizować. Nawet zaraz na początku sezonu trener oświadczył: - W klubie jest pięciu dobrych napastników, ale ja aż tylu nie potrzebuję. Grać będzie Alfonso, a każdy z pozostałych może poszukać sobie nowego pracodawcy. Jednego z was puszczę. Nie będę nikogo blokował.
Zadzwoniłem do swojego menedżera i mówię: - Już czas, szukaj mi klubu.
Teraz przynajmniej wiedziałem, że nie skończy się tak jak w wypadku transferu do PSV, gdy mnie w ostatniej chwili nie puszczono. W lidze hiszpańskiej trenerzy wiedzieli, na co mnie stać. Oczywiście nie mogłem liczyć na transfer do Barcelony, ale już do średniego zespołu jak najbardziej. Prowadziłem zaawansowane rozmowy z Realem Saragossa oraz Racingiem Santander. Wydawało mi się, że w porę zdążę wszystko sfinalizować. Tymczasem jednego dnia przychodzę do klubu, a w szatni puste miejsce - Piera nie ma, Pier odszedł.
- Jak pewnie już wiecie, Pier zmienił klub. W związku z tym pozostali napastnicy będą mi potrzebni i nikogo więcej nie puszczę - oświadczył Aragones. Szczęśliwy z tego powodu nie byłem, bo pozostawało nas czterech, a miejsce wciąż jedno i do tego zajęte. Alfonso niczym się nie przejmował. I nic dziwnego. Nie schodził nawet na końcówki meczów, nie mówiąc już o wychodzeniu w podstawowym składzie. Niemniej trzeba mu przyznać, iż na to zasłużył - był w tamtym czasie z nas najlepszy, także w sparingach, w których wszyscy dostawaliśmy szansę. My mogliśmy tylko czekać, aż ewentualnie coś mu się stanie. A że to zdrowy chłop, to szansa na doczekanie się była mizerna. Bawiło nas, iż w kolejce czekał także... brat Alfonso. Kompletne nieporozumienie, piłkarskie zero. Ale że braciszek słynny piłkarz, a ojciec rzutki menedżer, to tak go rzucali z klubu do klubu i liczyli, iż nikt się nie zorientuje, że chłopaczek kopie się w czoło. W końcu go z Betisu pogoniono, na chwilę trafił do Bordeaux, ale też go pogoniono. I tak po epizodzie w Deportivo i Numancii słuch po nim zaginął. Może próbuje zostać koszykarzem albo zajmuje się jeszcze innym sportem, o którym nie ma pojęcia.
Ze mną był jeszcze dodatkowy problem. Może i Aragones przekonałby się do mnie, gdyby nie to... że w ogóle nie było mnie w klubie. Więcej czasu spędzałem na zgrupowaniach reprezentacji Polski. Jak nie mecz z Węgrami dla powodzian, to mecz z Litwą bez powodu. A jak nie Litwa, to długa wycieczka po Gruzji i Mołdawii. Za każdym razem traciłem co najmniej jeden mecz ligowy w klubie. Gdy trener miał już tych wiecznych wojaży po dziurki w nosie, bo widział mnie na treningu od święta, to czasami mnie nie zabierał chociażby na ławkę rezerwowych. Nawet to wykorzystywałem i gdy zaistaniała taka sytuacja, to pytałem, czy mogę na reprezentację polecieć dzień wcześniej. - No nie, a ten swoje - myślał sobie Aragones. A co mi tam. Miałem za wszelką cenę oglądać w telewizji, jak koledzy grają mecz, zawsze dokładnie (dokładnie!) ta sama jedenastka? Kadra to kadra, lepsza i od ławki Betisu, i od trybun. Wstydzić nie miałem się czego - wszakże w reprezentacji gralem dobrze, strzelałem gole.
Dla trenera jakby tego było mało, to w dodatku gdy już wróciłem z Mołdawii, to okazało się, że coś mi niby dolega. Lekarz przebadał, powiedział, że jestem zdrów jak ryba, trzasnął w plecy na pożegnanie i kazał biec na boisko. A na boisku dzień w dzień było tak samo - wychodziłem na trening, zaczynałem z całą drużyną, mijało dwadzieścia minut i wyłem z bólu. Znowu oglądał mnie lekarz, znowu nic nie widział, a ja znowu po dwudziestu minutach następnych zajęć schodziłem do szatni. I tak bezustannie. Jak kaleka może podjąć walkę z Alfonso? A wracając do moich reprezentacyjnych wojaży, Kontuzję odniosłem na początku listopada, do gry wróciłem w marcu. Znowu trafiłem w gips, znowu nie mogłem nawet trenować. I tak całe szczęście, że mnie w ten gips wsadzono, bo wszystko było zasługą lekarza z Las Palmas. Oferta pojawiła się wczesną wiosną 1998 roku. W Betisie same głupki nie pracują, więc kombinowali całkiem rozsądnie - Polak u nas nie gra, tylko symuluje, że go boli, tylko by na kadrę latał, wypożyczymy go na pół roku, przemyśli i wróci.
W tym samym czasie zgłosiła się też Compostela. Ta drużyna broniła się przed spadkiem z Primera Division. Równoległa oferta z Las Palmas wydała mi się ciekawsza. Akurat Las Palmas walczyło o awans i w tej walce było faworytem, a ja zawsze wolałem iść w górę niż w dół. Lepiej awansować z Las Palmas, niż zlecieć na twarz z Compostelą. Przedstawicielom obu klubów powiedziałem: - Panowie, jestem kontuzjowany, nikt nie wie co mi jest i nie wiem, kiedy będę zdolny do gry.
(odcinek 75)
Moja kontuzja nie zniechęciła ani mającej nóż na gardle Composteli, ani mającego ambicje Las Palmas. Wybór Las Palmas okazał się trafny, bo tamtejszy lekarz od razu powiedział: - Hmm, podejrzewam pęknięcie tej kości w dość nietypowy sposób. Przeprowadzimy serię badań.
No i proszę, przeprowadzili - wyszło na ich. Raz, dwa i zaczynałem dostrzegać postępy w leczeniu, czego nie uświadczyłem przez poprzednie miesiące w Betisie. Podobało mi się w tym klubie, iż nikt specjalnie nie wkurzył się faktem, że nie pomogę szybko drużynie, bo muszę przez jakiś czas pochodzić w gipsie. To był profesjonalizm. Na wstępie też działacze powiedzieli mi, iż będą zabiegali o to, by po wyleczeniu kontuzji przedłużyć moje wypożyczenie z Betisu na kolejny sezon. Z początku nie dałem jednoznacznej odpowiedzi, ale z czasem pomyślałem sobie: - Wracać do Aragonesa nie ma specjalnego sensu. Tu trener mnie chce, klub mi się podoba, w dodatku Wyspy Kanajryjskie to i rodzina się cieszy.
Ze mną rodzina zawsze miała dobrze - Sewilla, teraz Wyspy Kanaryjskie, potem Cypr. A poszedłbym do takiej Composteli, to by ciągle padało - jak to w Galicji. Osobiście nie jestem specjalnym amatorem plażowych kąpieli, a wręcz nienawidze wylegiwać się na słońcu, ale rodzina ma do tego trochę inne podejście. Ja zresztą też wolę jak jest ciepło niż zimno, nie ma się co czarować. Na Wyspach Kanaryjskich zawsze jest ciepło. To też był jeden z argumentów przemawiających za tym klubem, choć argument na pewno nie pierwszoplanowy. Nie najistotniejsze były też pieniądze, bo zarabiałem dobrze - Betis płacił mi kontrakt, a Las Palmas jeszcze dokładało swoją kasę, więc problem zarobków nie istniał.
Przede wszystkim liczyłem na to, iż w ofensywnie usposobionej drużynie będę strzelał bramki. I tu się nie zawiodłem. W debiucie, jak to ja w debiucie, zdobyłem gola. Trochę jednak byłem tego dnia w cieniu innego napastnika, bo facet walnął hat-trick, a ja przyładowałem dopiero w ostatniej minucie. Dostałem długie podanei od obrońcy, za plecy rywali, przyjąłem na klatkę, wziąłem obrońcę na ten swój słynny zamach i strzeliłem w długi róg. Oho, zamachy i tu działają! Było się z czego cieszyć, bo na trybunach siedziało dwadzieścia tysięcy widzów, tworzących super atmosferę. Las Palmas ma świetnych naprawdę świetnych kibiców. Rewelacja. Stadion mieści właśnie dwadzieścia tysięcy fanów, a przed sezonem rozchodzi się szesnaście tysięcy karnetów. Komplet jest zawsze. A że to wyspa, to każdy każdego zna i piłkarze są poza klubem wielce szanowani, co dodatkowo łechce.
Niestety, w tamtym sezonie nie awansowaliśmy do pierwszej ligi. Mój wkład w grę zespołu był prawie żaden, bo wróciłem do gry w marcu, a liga kończyła się na początku maja ze względu na mistrzostwa świata we Francji. W dodatku, jak to po długiej przerwie w grze, łapałem jakieś drobne urazy, nadciągnięcia. Ale coś tam zagrałem, coś tam strzeliłem, zdążyłem na tyle błysnąć, że koniecznie chcieli mnie na następny sezon. Wtedy już miałem jasność, że powrót do Betisu - wobec kryzysu w Sewilli - nie ma większego sensu.
Awans przegraliśmy w barażach z Oviedo. W pierwszym meczu, w którym nie grałem z powodu drobnej kontuzji, przegraliśmy 0:3 i było po jabłkach. W dodatku rewanż, w którym już grałem, rozpoczęliśmy tragicznie, bo od straty gola. U siebie byliśmy szalenie mocni, ale nie na tyle, by zdobyć brakujące nam pięć goli. Skończyło się na mało satysfakcjonującym nas zwycięstwie 3:1. Miało to wielki wpływ na przyszłość klubu, bo niestety od razu po tym spotkaniu z pracy zrezygnował trener. To był dobry fachowiec. Namawiano go, aby został, spróbował raz jeszcze wprowadzić zespół do ekstraklasy, ale uparł się, że celu nie zrealizował i musi ponieść konsekwencje. Miał honor, to trzeba mu przyznać.