
(odcinek 66)
Wyprowadzając się z hotelu, wiedziałem jedno - to koniec przygody z kadrą Piechniczka. Może nawet odczułem ulgę? Dziennikarzom przestawiłem całą sytuację - co sądzę o treningach, dlaczego byłem na trybunach, jak wygląda kadra od środka. Powiedziałem też, że z kadrą żegnam się tylko na chwilę, bo wkrótce się z nią pożegna Piechniczek. To była prawda - trzy miesiące później pana Antoniego już nie było, byłem ja. Myślę, że jak na piłkarza, to były ostre słowa. Nie przekroczyłem jednak granicy, która odróżnia problemową rozmowę od chamskiej pyskówki. Przekroczył ją trener, zaczął mnie wyzywać. - Kowalczyk to szczur, który przyparty do muru kąsa - stwierdził. W Betisie prezes był w szoku.
- Polaco, czemu ty latasz ciągle na tę kadrę, nie grasz w klubie, choć jesteś w formie, tam też nie grasz, tylko siedzisz na trybunach, a trener nazywa cię szczurem? O co tu chodzi? Tak być nie może!
Już myślałem, że i w Sewilli dostanę po uszach.
- Co pan chce zrobić?
- Jak to co? Pozwiemy tego twojego trenera do sądu! Nie będzie mi tu nikt moich "betiko" od szczurów wyzywał!
W końcu sprawa do sądu nie trafiła, choć w pewnym momencie naprawdę myślałem, że prezes zdecyduje się na ten ruch. Nie mógł zrozumieć, jak może dojść do takiej sytuacji, iż trener obraża powoływanego przez siebie zawodnika. Koledzy z drużyny też nie mogli. To rzecz w zawodowym futbolu niespotykana. Ale przecież nie bez powodu za Piechniczka najwięcej piłkarzy zrezygnowało z gry w kadrze. Gdyby popracował jeszcze kilka miesięcy, kolejni też daliby sobie spokój lub zostali zwyzywani. Poważnych zawodników irytował fakt, iż grali układowcy. Milusińscy zamiast gości z jajami. Przeciwko Anglii na boisko wszedł Waldemar Adamczyk. Kto to jest Waldemar Adamczyk? Gdzie ten człowiek wcześniej zabłysnął? Gdzie zabłysnął później? KTO TO JEST?
Nie grali najlepsi, czego trudno było wymagać, skoro najlepsi rezygnowali lub nie byli powoływani. Ale grali tacy, którzy nawet do średniaków się nie zaliczali. Co taki Adamczyk mógł zrobić w walce z Paulem Incem? Nic. Mogł patrzeć i się uczyć.
Powszechna była też opinia, że Piechniczek tępił ludzi związanych z Januszem Wójcikiem. Podobno gdzieś tam się ścięli, kiedy równocześnie pracowali w Emiratach Arabskich. To się nawet trzymało kupy. Przecież nikt mi nie powie, że ja, "Świerszczu" czy "Jusko" nie nadawaliśmy się wtedy do gry.
Po kilku latach Piechniczek powiedział, że mi przebaczył. Dziękuję bardzo, choć nie bardzo wiem, za co. To nie ja pana obraziłem, nazywając szczurem, tylko pan mnie. Dorosłych ludzi obowiązują takie same reguły, niezależnie, czy jest się trenerem, czy piłkarzem. To nie ja zacząłem wyzywać. To też nie ja kłamałem, gdy pożegnałem się z kadrą. Przypomnę panu na przykład, iż powiedział pan dziennikarzom, iż kiedyś w pokoju hotelowym zrobiłem sobie pijacką dyskotekę. A akurat wtedy Piotrek Świerczewski dolatywał później i mieszkałem sam. Do lustra nigdy nie piłem. Pan zresztą zna prawdę. Prawda jest taka, że dyskotekę zrobił pan, wraz z resztą sztabu. Obok w pokoju mieszkał Andrzej Woźniak. Mówił mi potem, że nie mogł spać w nocy, bo do czwartej słyszał ryki trenerów. Tak właśnie przygotowywał się do meczu - słuchając Piechniczka. A pan później własne ryki przypisał mnie.
Te wszystkie wspomniane przeze mnie wcześniej historie, obelgi - za co pan mi wybacza? Za swoją słabą pracę, słabą selekcję, słabe wyniki? Czy pan na przykład wie, że za pana czasów piłkarze zaczynali rozgrzewkę w hotelu? W dzisiejszej piłce jedną z naistotniejszych części rozgrzewki jest rozciąganie mięśni, co znacznie zmniejsza ryzyko kontuzji. U pana rozgrzewki były czterdziestominutowe, szokujace dla piłkarzy, a przez ten czas nie znajdował pan czasu na rozciąganie. Robiło się to w pokoju, w hotelowym korytarzu - gdziekolwiek. Byle zdążyć. Potem było dziesięć minut biegania, piłka, laga, przerzut. Nogi jeszcze nie wiedziały, o co chodzi. I nie szło nic zmienić, bo trener miał tak zwany autorytet. Czy pana zdaniem, panie Antoni, na atmosferę w kadrze dobrze wpływał fakt, że mieliśmy zgrupowania w Wiśle tylko po to, aby pan mógł spać w domu? I to, iż widywał pan nas wtedy jedynie na treningach? Czy aby na pewno o to w tym wszystkim chodzi?
Szanuję ludzi, którzy zrobili coś dobrego dla polskiej piłki. Szanuję Piechniczka za sukcesy z 1982 roku. Zdobyć medal mistrzostw świata - to wielka sprawa, w której nie może być przypadku. Byle trenerek tego nie osiągnie. To jednak, iż pana szanuję za rzeczy sprzed dwudziestu lat, nie oznacza, iż zapominam, co działo się w roku 1997. Działo się źle, bardzo źle - i z tym okresem nie kojarzy mi się pan pozytywnie. Tak jak Kazimierza Górskiego szanuję za rok 1974, a gdy wspominam rok 1992 - nie czuję sympatii.
(odcinek 67)
Odpoczynek od kadry raz na jakiś czas może każdemu dobrze zrobić. Oczywiście, o ile ma się dokąd wrócić. Ja miałem. Czasami śmiać mi się chce, jak czytam gdzieś czy słyszę, że w zasadzie to ja w tym całym Betisie w ogóle nie grałem. Tymczasem fakty są takie, że w pierwszym sezonie wystąpiłem w dwudziestu meczach, w drugim - w pierwszej kolejce złamałem nogę i leczyłem się sześć miesięcy - zdążyłem mimo wszystko zagrać szesnaście razy, a w trzecim dwadzieścia sześć. Mało? Życzę powodzenia.
Właśnie w trzecim roku, kiedy strzeliłem kilka bramek i każdy to doceniał poza Piechniczkiem, pojawiła się ciekawa oferta z PSV Eindhoven. Dawali dokładnie dwukrotne przebicie! Betis kupił mnie za 1,75 miliona dolarów, a Holendrzy oferowali 3,5 miliona! Wszystko wydawało się załatwione. Sam chciałem zmienić klub, bo uznałem, że nagła zmiana środowiska mogłaby dać mi ten dodatkowy impuls, który sprawiłby, iż zacząłbym grać jeszcze lepiej. Ponad dwa lata w Sewilli wydawało mi się wystarczającym okresem. No i nie byłem do końca usatysfakcjonowany tym, czego dokonałem. Wiedziałem, że stać mnie na jeszcze więcej.
- Polaco, za trzy dni lecimy do Holandii. Dokumenty czekają do podpisu. Trzy i pół bańki, niezła suma. Od razu będziesz trenował - poinformował mnie menedżer.
Nawet nie interesowałem się, ile mam zarabiać. Zawsze w tym względzie nie należałem do normalnych. Uznałem, że pójdę, jak mi dadzą kontrakt to zerknę do środka, ile zerek tam wpisali. Jak wyjdzie mi, że za mało, to wstanę i wyjdę. A co, nie wolno? Kilku dziennikarzy przyszło to znaczy, że od razu trzeba wszystko podpisywać? Taki miałem plan, może nie za mądry.
Już w zasadzie byłem spakowany, buty do gry w torbie, paszport na wierzchu, gdy zadzwonił menedżer.
- On cię nie chce puścić... - oświadczył.
- Jak to nie chce? Kto nie chce?
- Prezes.
- Przecież już się zgodził.
- Ale zmienił zdanie. On mówi, że u niego będziesz grał i odnosił sukcesy. Nie wiem, za co on cię tak lubi, ale mówi, że nigdzie, pod żadnym pozorem cię nie puści.
Jakoś mnie to specjalnie nie zdziwiło, a wręcz podskórnie przeczuwałem taki rozwój wypadków. Bo z tym prezesem to było tak, że on mnie... uwielbiał. Byłem jego dzieckiem - gdy mnie kupił, byłem najdroższym piłkarzem w historii klubu. Jak strzelałem bramkę, to cieszył się podwójnie. Jak złamałem nogę, to ciągle pytał, kiedy dojdę do siebie. A najciekawsze, że w jego gabinecie wisiało zdjęcie upamiętniające mój transfer. Zaraz przy wejściu, w gablocie. Zaraz przy... skórze ukochanego psa. Ten gość, gdy zdechł mu pies, obdarł go ze skóry i wytapetował ścianę! Ja i jego piesek. Zły duet?
Jedno jest pewne - nawet dla najbardziej zwariowanego prezesa ulubieńcem będzie dobry piłkarz. Później droższy ode mnie był na przykład ściągnięty z Juventusu Turyn Robert Jarni, ale moje zdjęcie w gabinecie zostało. Co ciekawe, im mocniejszą mieliśmy w Betisie pakę, tym gorzej nam szło - najlepszy wynik zrobiliśmy w pierwszym moim sezonie. Później rosły ambicje, a malały - nie wiadomo czemu - możliwości. A przecież gwiazd naprawdę nie brakowało. Oprócz Jarniego z Juventusu, w drugim moim sezonie dołączył do nas Finidi George z Ajaksu Amsterdam, który właśnie zdobył Puchar Europy. Do Barcelony odszedł Cuellar, ale przyszedł za to Alfonso. Dla mnie to było kolejne z nim spotkanie - pierwsze miało miejsce w finale olimpijskim.
- To niemożliwe. Ty nie mogłeś grać na olimpiadzie - stwierdził Alfonso, gdy z nim o tym rozmawiałem. Patrzył to na mnie, to na moje wąsy, na mnie, na wąsy. - Przecież ty masz ze 28 lat albo i więcej! - wypalił w końcu.
- Nie, kolego. Ja mam tyle co ty, tylko się rzadziej gole.
Akurat Alfonso na olimpiadzie za dużo sobie nie pograł, ale przyznał, że gdy Hiszpania strzeliła na 3:2, to tak jakby wygrali los na loterii - bo wiedzieli, że w dogrywce nie mieli większych szans. Polacy wciąż biegali, a Hiszpanie marzyli o końcu spotkania. Nie te treningi, nie te płuca. Po kilku latach spotkałem jeszcze jednego hiszpańskiego olimpijczyka, Paquiego w Las Palmas. Ten już kojarzył mnie bardzo dobrze, ale pewnie dlatego, że był przede wszystkim lepiej zapoznany z prasą.
Z Alfonso była jedna śmieszna historia. Gdy miał akurat sezon życia i strzelił ponad dwadzieścia goli w sezonie, udzielił wywiadu - co robić, by grać jak Alfonso. I tam przedstawił swój plan dnia. Tak czytaliśmy to wszyscy i... oczom nie wierzyliśmy. Albo dziennikarz zwariował, albo Alfonso. Ale bez wątpienia ktoś tu stracił kontakt z podłożem. A wiec z rana równo godzina rozciągania w domu. Spanie - równo osiem godzin. I tak dalej. Wszystko wyliczone do minuty. - A ty w ogóle z żoną się kochasz? - śmialiśmy się. - Alfonso, mam dla ciebie kanapki, bo w twoim planie dnia nie uwzględniłeś posiłków!
Na naszej tablicy w szatni przez kilka dobrych dni wisiał ten wywiad - co trzeba robić, by pójść śladem Alfonso. W końcu sam Alfonso nie wytrzymał i zerwał.
- Wystarczy!
(odcinek 68)
Hiszpanie nie kładą się spać. Nie wiem, jak oni to robią, ale się nie kładą. Po meczu idą na piwo, po piwie na wino i tak mijają całe godziny, aż przychodzi śniadanie. To już nie było dla mnie. Odkąd wyjechałem z Polski, a przecież na świat przyszła córka, zdecydowanie preferowałem towarzystwo rodziny. Niech na imprezach bawią się ci młodzi, niekonwencjonalni. Niech oni dzień w dzień zamykają lokale, ja już nie miałem na to ani sił, ani chęci.
Oczywiście raz na jakiś czas wyskakiwaliśmy gdzieś wszyscy. Zawsze duszą towarzystwa był Finidi. Wiadomo - Murzyn, a więc taniec, kocie ruchy, śmiech, smiałość. Wszystko. On nawet na boisku nie przestawał tańczyć. Gdy strzelał gola, to podbiegał zawsze pod sektor naszych kibiców, ci rzucali mu kapelusz, a Finidi z tym kapeluszem tańczył - no i odrzucał. To był rytułał, który powtarzał się za każdym razem, gdy Finidi trafiał do siatki. Wszyscy się przy tym świetnie bawiliśmy, wszyscy go szczerze lubiliśmy. Był zresztą potwierdzeniem starej, piłkarskiej zasady - dobry piłkarz umie się dobrze bawić.
W całej drużynie problem był tylko z "Jugolami", bo jak się zamknęli we własnym gronie, to tyle ich widzieliśmy. Zero kontaktu. Razem jedli, razem chodzili do kina, razem na dyskoteki, razem na zakupy i Bóg jeden wie, co jeszcze razem robili. Oczywiście poza Robertem Jarnim, bo to już był ograny w świecie zawodnik, który wie, na jakich zasadach powinna funkcjonować drużyna. Jak ktoś szalał w Juventusie (a kilka lat później i w Realu), to nie po to, żeby nagle odstawiać teatrzyk w Betisie. Wszystkich jednak łączyło jedno - zamiłowanie do biżuterii, skóry i żelu. Zawsze mi się śmiać chciało, gdy inny Jugosłowianin w lidze hiszpańskiej, Predrag Mijatović, wychodził na boisko. Deszcz, wiatr, zamieć, upał - cokolwiek. Mogło lać jak z cebra, ale ani jeden włos na jego głowie nie miał prawa się poruszyć. Nawet przy najmocniejszym strzale głową, nawet przy zanurkowaniu w murawie - nic nie mogło drgnąć. I co godne uznania - nie drgało!
W zespole lubiliśmy się na tyle, że organizowaliśmy nawet... Mikołajki. Do szkoły w życiu się za dużo nie nachodziłem, ale zdążyłem zapamiętać, że to dokładnie ten sam motyw. Losowaliśmy, kto komu będzie kupował prezenty. Pamiętam, że kiedyś stanęło przede mną wielkie pudło. Co to jest, do cholery? Otwieram, a tam... samochód-zabawka z tekstem, że teraz będę miał czym jeździć na treningi. Sam raz wylosowałem takiego chłopa, że dostałem polecenie odgórne - zakupić dmuchaną lalkę z sex-shopu. Polecenie wykonałem, ale coś się prezent nie spodobał. Chodziło o to, że kolega miał dziewczynę z drugiego końca Hiszpanii, w dodatku studiowała w... Londynie. Widzieli się raz na pół roku. Może żart mało subtelny, ale co tam - lalka została w szatni. Wybrał samotność.
Na atmosferę w zespole wpływ mógł mieć sposób... organizacji zgrupowań przedmeczowych. Myślę, że wielu polskich trenerów mogłoby to zainteresować. Otóż skład meczowy znaliśmy w czwartek, a w piątek była już jasność. Przy... ogłaszaniu, kto z kim śpi. Było tak, że zawsze napastnik spał w pokoju z napastnikiem, lewy obrońca z lewym pomocnikiem, dwóch środkowych obrońców razem, dwóch środkowych pomocników razem, prawy obrońca z prawym pomocnikiem. I rezerwowi wedle tego samego klucza. Nie było miejsca na przypadek czy też jakiekolwiek sympatie. Nie lubisz gościa? To zmień pozycję, to jedyne wyjście! A co ciekawe, wyobraźmy sobie zgrupowania w Polsce, na których zawsze razem śpi dwóch bramkarzy. W większości naszych klubów po takiej nocy tylko jeden wyszedłby żywy i zakrzyknął umorusany: - To była samoobrona!
W zespole czułem się świetnie, ale... bez przesady. Kiedyś jeden dziennikarz zapytał mnie, czy już jestem prawdziwym "betiko". - Betiko? Ja jestem z Legii Warszawa, a nie żaden betiko i tak zostanie - oświadczyłem, co może prezesowi nie do końca się spodobało, ale nikt nie zgłaszał pretensji.
Przy tych wszystkich wcześniej wymienionych nazwiskach, przy tym fajnym klimacie w zespole, nigdy nie zrozumiem, czemu graliśmy słabiej i słabiej, aż w końcu musiał zmienić się trener...
(odcinek 69)
- Wojtek?
- Tak.
- Słuchaj, jest konferencja prasowa. Wójta wybiorą na selekcjonera. Wpadnij, będzie miło.
To był znajomy dziennikarz, Jacek Kmiecik. Akurat spędzałem wakacje w Warszawie. Pojadę. Nie codziennie Wójcik zostaje trenerem kadry. Stanąłem więc sobie z tyłu i patrzyłem, jak przemawia. Oczywiście jego wybór nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo przecież akcja "Wójcik trenerem" była wtedy mistrzowsko rozreklamowana, nawet zorganizowano audio-tele, które miało wszystkim pokazać, jaka jest wola narodu - a wola narodu była jedna, dajcie nam Wójcika! I mnie w głowie kołotała myśl: "No, panie Piechniczek, wracam do kadry".
- Gratuluję, trenerze.
- No, misiu, szykuj się. Niedługo pierwsze mecze!
Jeszcze będąc na wakacjach, już mogłem przygotowywać się do meczów kadry. Cieszyłem się, bo miałem pewność, że nawet jeśli nie będę w formie, nawet jeśli nie będę grał w podstawowej jedenastce, to zawsze będę szanowany jako piłkarz i jako człowiek. Wójcik to gwarantował swoją osobą. Ale znając trenera, wiedziałem też, że nię będzie miejsca na fuszerkę, bo dorosła kadra to rzecz trochę poważniejsza niż ligowe golenie kogokolwiek. Z drugiej strony była we mnie świadomość, że jestem za dobrym piłkarzem, aby w tej reprezentacji nie grać. Jakoś nowe Kowalczyki nie dobijały się ze wszystkich stron.
Wójcik późno dostał swoją szansę, ale wydawało mi się, że jednak na tyle wcześnie, iż jeszcze można będzie ten stracony czas nadrobić. Utwierdzać w tym przekonaniu mogło jego zachowanie - to był wciąż dokładnie ten sam człowiek. I teksty też te same pozostały. Wciąż pewny siebie, potrafiący dbać o interesy swoje i swoich ludzi. Umiejący stworzyć atmosferę. Niezaprzeczalną zaletą Wójcika był fakt, że to właśnie za jego kadencji stadiony na meczach kadry znów się zapełniły. Ludzie wreszcie chcieli nas oglądać. Do tego nastąpił niesamowity skok jakościowy w kwestii organizacyjnej - spaliśmy w najlepszych hotelach, jedliśmy najlepsze jedzenie, kasa, wszędzie była kasa.
Hotel "Sobieski" pasował nam szczególnie, bo centrum miasta, bo łatwy dojazd z lotniska, bo wszystko na miejscu i standard odpowiedni. Bliskość lotniska była największym ułatwieniem, bo zgrupowania typu kilka godzin w samolocie, a potem 400 kilometrów do jakiejś wsi, do której trener ma blisko nikomu specjalnie się nie uśmiechały. Jak zawsze pojawiały się też głosy malkontentów - a jak to jest, że kadra mieszka w centrum miasta, gdzie jest hałas, smród i w ogóle, a nie w specjalnym ośrodku? A było to tak, że specjalnego ośrodka PZPN nie ma, a w "Sobieskim" okna są szczelne i nikomu tramwaje po pokoju nie jeżdżą.
Pojawiły się też głosy, że zły wpływ będzie miała na nas "Zbrojownia", czyli hotelowy pub czy też może night club. Nie, raczej pub. Otóż ja w "Zbrojowni" byłem tylko raz, bo niespecjalnie mi to miejsce pasowało, i do tego po meczu. Zejść tam to było jak wydać światu oświadczenie: "Oficjalnie pijemy!". A tak się nie robi. U żadnego selekcjonera. Żeby nie było teraz, że "Kowal" oczernił wszystkich trenerów, bo niby nie potrafili porządku utrzymać, a Wójcik będzie święty. Pamiętam takie wydarzenie z początku naszej przygody z "Sobieskim".
- Recepcja? - spytał jeden z nas cichym głosem. - Mamy prośbę. Poprosilibyśmy, ale tak bardzo dyskretnie, o dziesięć piw, dwie butelki whisky, dwie butelki coli i jakies szklaneczki do pokoju. Ale tak dyskretnie, naprawdę dyskretnie, dobrze?
Oczekiwanie na kelnera przerwało nam trzęsienie ziemi. Podłoga zaczęła drgać, a zbliżała się chyba jakaś trąba powietrzna albo nie wiem co - lawina jakaś może. Hałas narastał i narastał. Nagle koniec burzy i ktoś zapukował do pokoju. Oho, to nasz kochany kelner dyskretnie wózek prowadził. Całą fabryka alkoholi na wierzchu, tak, że na odległość dało się z etykietki zawartość procentów wyczytać.
- Człowieku, to jest dyskretnie?! Czyś ty zgłupiał?
Trzeba jednak przyznać, że facet bardziej nas rozbawił niż zezłościł i niektórzy przez dłuższy czas nie mogli opanować śmiechu. Dostał nawet napiwek, pewnie ze sto złotych, bo obługa hotelowa miała z nami dobrze. Nie zarabialiśmy jak normalni ludzie, to i wydawaliśmy inaczej.
Tradycyjne, reprezentacyjne przywitania w "Sobieskim" robiliśmy w pokojach. Na dole nie można było, bo wszędzie szwędali się dziennikarze - wypijesz jedno piwo, a oni napiszą, że właśnie stałeś się udziałowcem Browarów Warszawskich. Później, gdy padła plotka, że kadrowicze się bawią, każdy miał przykazane przywozić coś w torbie obok butów piłkarskich - żeby nie wzbudzać podejrzeń i nic nie kupować na miejscu. Ja sam zawsze wstępowałem na strefie bezcłowej i brałem jedną buteleczkę czarnego Jasia. Podobnie robili inni - "druga para butów". Jednak zawsze było spokojnie. Mówiło się tylko: - Spotykamy się wieczorem. Kto miał łeb na karku, to wiedział, do których drzwi trzeba zapukać. Nikogo nikt specjalnie nie zapraszał. A w pokoju to już raczej normalka. Jest towar, rozmawia się, żartuje, wypija towar i idzie spać. Nic nadzwyczajnego, nic szczególnie godnego uwagi. I na pewno nic nagannego. Ja się tylko cieszyłem, że rzadko spotykaliśmy się w moim pokoju, dzięki czemu nie miałem specjalnie napalone. Chociaż sam wtedy jarałem. Z tym akurat nie miałem zamiaru się ukrywać, jak normalny Polak rano szedłem do kiosku i prosiłem gazetkę oraz paczkę fajek. Wielu chłopaków paliło. Przypomniał mi się artykuł, który napisał jeden z dziennikarzy, gdy odwiedził "starą" Legię na zgrupowaniu w Zakopanym. To było mniej więcej tak: "Przyjechałem, aby napisać, jak pewna drużyna ligowa przygotowuje się do sezonu. Wchodzę do pokoju, a tam kilku mężczyzn gra w karty. Niestety, nie widzę ich twarzy, bo wszystko zasłania dym". Trafne!
Czy Wójcik był przeciwnikiem powitań kadry, które odbywały się "od zawsze"? Obstawiam, że gdyby wszedł akurat do odpowiedniego pokoju, to byłby zły. Ale skoro nas nie nakrył, to nawet jeśli wiedział, co mógł zrobić? Opieprzyć wszystkich? To zaraz by ktoś powiedział: - Hola, panie trenerze. A ja nie piłem. Przepraszam, chciałbym się dowiedzieć, gdzie była impreza i czemu do jasnej cholery nikt mnie o niej nie poinformował?!
(odcinek 70)
Debiut Wójcika i mój w jego kadrze wypadł na mecz Polska - Węgry. Zgrupowanie było o tyle koszmarne, że na wszystko brakowało czasu. Ciągle jakieś spotkania, odprawy, ustalenia. A jak już była chwila wolna to... poszliśmy do więzienia! Nie, wcale nie żartuje...
Najpierw spotkaliśmy się z prezesem Marianem Dziurowiczem, który posiadł wiedzę tajemną, ale na szczęście zgodził się z nami nią podzielić. - To jest Janusz Wójcik - oświadczył poważnym tonem. - To nowy selekcjoner reprezentacji Polski.
W tym momencie nie pozostawało nic innego jak spojrzeć na zegarek. - To jest pan Dmoszyński - uroczystość wyraźnie posuwała się do przodu. - To nowy dyrektor reprezentacji Polski.
Znów najwięcej mojej uwagi przyciągnęły wskazówki zegarka. A prezes Dziurowicz przedstawiał dalej tych wszystkich misiów. Sensu w tym żadnego, bo i tak jeśli się kogoś nie znało, to nikt nie zapamięta danego imienia i nazwiska z jakiegoś odczytu prezesa. Jak się nie ma pojęcia, kim jest nowy masażysta to się idzie i mówi: "Cześć, jestem taki i taki, będziesz mnie zaraz masował". I już. Ale nie - wszystko musiało odbyć się zgodnie z protokołem, więc nudziliśmy się tak niemożebnie, patrząc to w podłogę, to w sufit. Dyskutować i tak nie było o czym, bo przecież Wójcik wszystkie sprawy załatwia sam. Czy to kwestię pieniędzy (tak zwanego startowego), czy cokolwiek innego. Akurat wtedy mieliśmy dostawać tysiąc dolarów za przyjazd na mecz towarzyski i półtora tysiąca za mecz eliminacyjny. Mogę się mylić, bo nigdy nie miałem pamięci do drobnych sum.
Powoływać Rady Drużyny w związku z tym nie było sensu, chociąż oczywiście ją powołaliśmy. Był w niej na pewno Jurek Brzęczek, jako kapitan zespołu. Dodajmy, że kapitan wybrany drogą demokratyczną. Wybrali go przez głosowanie aktualnie pracujący selekcjonerzy. Pracował jeden - Wójcik - więc akurat tak się złożyło, iż jego głos okazał się decydujący. Poza Brzęczkiem w radzie znaleźli się bodajże Tomek Wałdoch i Adam Matysek. Bramkarz musi być, bo bramkarze to zawsze największe świry, do tego wygadane. Tak to już jest, jak ktoś nie zablokuje wszystkich strzałów i czasami dostanie w łeb.
Wyborów do rady nie było. Po prostu rozmowa przy posiłku, kto by chciał się w niej znaleźć. Ja z góry powiedziałem, że mnie to w ogóle nie interesuje, bo z zasady jestem przeciwnikiem wszelkich rad. Raz w życiu zdarzyło mi się, iż rada piłkarzy cokolwiek wywalczyła - premie przed meczami z Sampdorią, ale akurat wtedy działacze wyszli z założenia: "Macie ogórki, i tak nie wygracie". A poza tym to działalność w radzie jest niekończącym się pasmem dyplomatycznych porażek. Zawodnicy myślą, że są ważni, że z ich gadania może coś wyniknąć, a w praktyce jest tak, że żadna grupa piłkarzy nigdy niczego na tym polu nie wygrała. Zawsze się szło do działaczy z jakimś pismem, w pełnym skupieniu przekazuje się: - Panie prezesie, oto nasza wersja, chcielibyśmy, żeby się pan zapoznał.
Na to pan prezes: - O, chłopaki! Dobrze, że jesteście. Mam dla was pismo do podpisania. Co, napisaliście swoje? Nieważne! Ja mam lepsze!
Ewentualnie jest też druga opcja: - Co wy mi tu za innowacje wprowadzacie? Dwa miesiące papier leży i czeka, a wy teraz chcecie coś zmieniać? Nic z tego, podpisywać!
Pamiętam taką sytuację po moim powrocie do Legii. Wszyscy się strasznie przejęli jakimś dokumentem. Na papierze to pięknie wyglądało. Rada drużyny już przygotowa do negocjacji, na co prezes Leszek Miklas mówi: - Nie, nie, nie! Mamy przygotowany wcześniej wariant. Tu jest nasza propozycja. No chłopaki, przejrzyjcie sobie, przeczytajcie i zostawcie podpisane.
No i proszę mi powiedzieć, po co być w takiej radzie? Żeby rozmawiać o wycieczkach do ZOO. Żeby pytać, czy się można napić piwa? Dla mnie to takim radom powinno dać się nazwę - Rada, Która Nic Nie Może.
Jak już wspomniałem, pierwszy dzień zgrupowania był tak szalony, że nawet... udaliśmy się do więzienia. Pojechaliśmy na Rakowiecką spotkać się z kibicami mniej uprzywilejowanymi, takimi, którzy nie mogą przyjść na mecz. Większość pytań oczywiście do trenera, kilka do mnie. Wszystkie odpowiedzi w stylu obiecanki-cacanki, będzie dobrze, trzymaj kciuki. Ale tak siedzę i patrzę - o, jedna znajoma twarz, druga.
- Cześć Kowal! Co słychać?
- Wojtek, co tam u ciebie i siostry słychać?
- Pozdrów tego, pozdrów tamtego! Przekaż, że jest git!
I tak kolejni znajomi z Bródna mi się jawią przed oczami. Wreszcie się dowiedziałem, czemu tak długo niektórych nie widziałem. Nawet byłem niektórymi zdziwiony, że trafili do paki. Cóż, to nie byli moi bliscy koledzy, ale znaliśmy się z podwórka. Znajomi. Oczywiście nie odsiadywali długich wyroków, nie byli żadnymi mordercami. Wiadomo, co się dzieje, gdy brakuje pracy i pieniędzy - czasem rozboje, czasem kradzieże. Tak po części mogłem się spodziewać, że kilku tak skończy. Nie spodziewałem się tylko, że... spotkam ich w czasie zgrupowania kadry w takim miejscu. Było dość miło.
- Na Bródnie wszystko w porządku. Pozdrowię ziomków.