(Odcinek 61)

Żałowałem, że trener Apostel został zwolniony, bo moim zdaniem mógł jeszcze coś dobrego z tą kadrą zrobić. Z drugiej strony, cieszyłem się, iż jego następcą został Władysław Stachurski. Tak, ten wybór mi odpowiadał. Znałem go z Legii, wiedziałem, że to ciekawy, dobry szkoleniowiec, który w dodatku zna mnie ze wspólnej pracy w Legii. Ja w zasadzie prawie nigdy nie miałem konfliktów z trenerami i nie przewidywałem żadnych problemów z kimkolwiek, kto miałby zastąpić Apostela. Ale cieszyłem się, że będzie to właśnie Stachurski. Właściwy człowiek.

Już wtedy dziwnie swoją aktywność zwiększył Antoni Piechniczek. Gdy przyjechałem na mecz z Białorusią, to niby coś tam podpowiadał. Ale to chyba Białorusinom. W kochanym PZPN trwały aktywne próby ulokowania pana Antosia gdziekolwiek. Nie wiem z jakiego powodu, może kasa mu się już kończyła. W efekcie u Stachurskiego zagrałem tylko raz, zupełny mecz bez historii. Przywieźli mnie, ubrali, wystawili, zapakowali z powrotem i odesłali. Strzeliłem gola, zremisowaliśmy 1:1. Jak na Białoruś, nie był to wynik dobry, ale bez przesady - żeby po towarzyskim meczu, jednym z pierwszych, zmieniać trenera? Byłem strasznie wkurzony, nawet miałem lekkie wyrzuty sumienia, że przecież mogłem strzelić jeszcze jedną bramkę i kto wie, może Stachurski by został. A miałem sytuacje, nawet oprócz tej, kiedy trafiłem w poprzeczkę. Oczywiście nie przeczuwałem jeszcze wtedy, że moja współpraca z Piechniczkiem będzie taka nieudana. Chociaż już wtedy zastanawiało mnie, ile miał do powiedza w tej dymisji swojego poprzednika. Oho, gość z układami. Dopasowany nie tylko wiekiem do misiów z centrali. Na pewno nie przemawiała za nim znajomość polskiej piłki, bo dopiero co wrócił z laby w ciepłych krajach.

Gdyby patrzono na niego tak samo jak na Stachurskiego, to też momentalnie powinien polecieć. Bo wszystkie mecze towarzyskie - w ryj! Zanim ja u niego zagrałem, zdążył dostać w czapę kilka razy. I opowiadał tylko, że to ciężkie boje były. A co mnie obchodzą ciężkie boje? W ryj, w ryj, w ryj i do widzenia! W ogóle był to pierwszy w moim życiu trener, który na okrągło chwalił się porażkami. Siedzieliśmy na jakimś zgrupowaniu, a on zaczął nam dostojnie opowiadać o meczu na Wembley. Że oto on, oto jego kadra, po wielu, wielu latach strzeliła bramkę na Wemblet. No, kurwa, duża klasa! W ryj dwa jeden. A on dumny jak paw. Później, jak przegraliśmy z Brazylią 2:4 - tylko dlatego, że Paweł Skrzypek, którego pewnie Piechniczek nawet z twarzy nie znał, oszałał i zrobił dwa gole - rozmyślał, jakiemu to wielkiemu trenerskiemu magowi udało się wcześniej strzelić dwa gole Brazylii? Patrzyliśmy się po sobie i widzieliśmy, że trafił nam się niecodzienny szkoleniowy okaz - panowie, z daleka!

Właśnie za Piechniczka odbyło się - bo nie można użyć słowa "zorganizowano" - najbardziej skandaliczne zgrupowanie w historii reprezentacji Polski. Wyjazd do Moskwy. Kto był, niech żałuje! Popełniłem wtedy jeden z największych błędów w swojej karierze - nie zrezygnowałem, podobnie jak Andrzej Juskowiak i Tomek Iwan, z występów w kadrze Piechniczka. Oszczędziłbym sobie nerwów, późniejszych kłótni, wyzwisk. W reprezentacji pana Antoniego nic nie było takie, jak być powinno. Nawet treningi średniowieczne. Żeby oddać strzał na treningu, musiałem przebieć sto metrów na gazie. Miałem siłę, mogłem biegać, ale jaki w tym sens? Nigdy w karierze nie zdarzyło mi się przebieć sprintem stu metrów, aby oddać strzał. W meczach uderza się sytuacyjnie i to trzeba ćwiczyć. Jak się robi gierkę, to na skróconym, zawężonym boisku, aby był ciągły pressing, walka i podania z klepki. A nie na wielkim placu, gdzie do najbliższego rywala ma się dwadzieścia metrów i każdy trzyma piłkę tak długo, że w meczu zdążyliby mu nogi urwać. A tu taki Citko - patrzyłem, ten słynny Citko!!! - bierze piłkę i jeździ z nią w kółko. Jak chce, to niech jeździ. Nikt mu nie będzie przeszkadzał. I tak stoi dwudziestu ludzi i patrzy, jak się Citko kiwa sam ze sobą. Duża klasa, Piechniczek wniebowzięty zaciera ręce - cóż za technika! A tak na serio podszedłby "Świerszczu", puknął barkiem i by był koniec jazdy. Wysiadka!

Piechniczek żył w swoim świecie i jego wiedza na temat nowoczesnej piłki ograniczała się do tego, co mu powiedział wice-selekcjoner Andrzej Zydorowicz. Co dwie głowy to nie jedna? Nie tym razem. Przekonaliśmy się o tym w Moskwie. O

(odcinek 62)

I oczom naszym ukazał się hotel. Wielki, potężny. Kierowca objechał go trzy razy, robiąc przy tym ze trzydzieści kilometrów. Bądź mądry i znajdź naszą klatkę! Klatek setki, dwadzieścia pięter, na każdym piętrze recepcja i babina od wydawania kluczy. Ma kobiecina robotę. Szansa na to, że ktokolwiek trafi akurat do jej klatki, na jej piętro, była mniej więcej taka, jak to, że trener Piechniczek trafi ze składem na mecz. Rozpoczyna się zgrupowanie w Moskwie.

- Kowalczyk, Juskowiak! Wasz klucz! - zawołano.

Cóż. Chcąc nie chcąc, musiała nadejść ta chwila - wchodzimy! Nie było co się wahać, bo i tak każdy pokój taki sam. Taki sam, czyli typowa ogórszczyzna. Otwierać okno, otwierać drzwi, będzie wietrzenie. Bóg jeden wie, kiedy ostatnio te pokoje były używane - może jako ostatni spał w nich sam Lew Jaszyn z kolegami? Każdy z ekipy robił to samo - wietrzenie! Pierwsza fala smrodu przestała nam dokuczać, gdy już byliśmy zdesperowani, aby iść spać. Druga w nocy.

- Dobra, Jusko, kończymy ten wiaterek, zamykamy stajnię.

Położyliśmy się na łóżkach. Teraz wystarczy zasnąć. Obudzimy się rano i już będziemy o kilka godzin bliżej wyjazdu. Spać... Trach, trach, trach! Nagle ktoś puka do drzwi. Otworzył Andrzej, a stanęła przed nim pani, której grzeczną bym nie nazwał - zresztą, co tu owijać w bawełnę, typowa lampucera, oferująca seksualne usługi.

- Chłopaki wpuścici mnie?

- Won! - krzyknął "Józek", któremu już zaczęły puszczać nerwy.

A w korytarzu słychać "trach, trach, trach" i "chłopaki, wpuścicie mnie?". Pokój po pokoju, piłkarz za piłkarzem. Chodzi łazęga i pyta, kto z niej skorzysta. Chyba nie znalazł się odważniak. - No, niezłe atrakcje na tym zgrupowaniu nam zpewniają - śmialiśmy się. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze zamknąć oczu, a tu... Bum, bum!

- Co to do jasnej cholery było?!

Za oknem kogoś zabili. Dwa czy trzy krótkie strzały z pistoletu.

- Rany, Jusko, gdzie my jesteśmy?

Bądź mądry i śpij. Tam się strzelają, tu puszczają, w dodatku wszędzie śmierdzi. A jak zaraz nas wystrzelają?

Rano śniadanie. Patrzymy co nam przynoszą. Kawałek psa, kawałek szczura, trochę kota - normalka. Z okien widać siedem Pałaców Kultury, aż mi się w oczach mnożyły. Miło. Siedzimy sobie i czekamy na cały posiłek. Aż tu nagle kelner - chlast na ziemię! Wywrócił tackę z jedzeniem na zasyfioną podłogę, ale nic to - pozbierał wszystko brudnymi łapami i niesie na stół. Uuuu.

- Dziękuję, powodzenia, szczęścia życzę - powiedziałem i odszedłem od stołu. Na tym niedoszłym posiłku zakończyłem stołowanie się w tej jadłodajni. Po drugiej stronie rzeki był hotel Kempinsky, już z normalną kuchnią. Kogo było stać, ten jadał już tylko tam.

Mecz jak mecz - czyli do tyłu, ledwie 0:2. Ja grałem tylko chwilkę, bo naciągnąłem mięsień - dziękuję, widzimy się następnym razem. Oczywiście nikt mi nie uwierzył, że naprawdę naciągnąłem, ale jakoś w następnym spotkaniu ligowym w Betisie z tego powodu też nie zagrałem. Z kadry nie zrezygnowałem, zrobili to Andrzej Juskowiak i Tomek Iwan. Jakże byłem głupi, że nie poszedłem w ich ślady! To byli ludzie z poważnych drużyn, z poważnych lig, w których zarabiali poważne pieniądze. Profesjonaliści, którym kazano udać się na jakiś biwak harcerski. Mieli oczy, widzieli co się dzieje wkoło, jak trenuje Piechniczek i jak organizuje całą resztę wraz ze swoim sztabem. A przecież to miał być mecz reprezentacji Polski, nie żadna spartakiada młodzieży! Jak Mieli się nie zdenerwować, skoro wice-trener Zydorowicz był traktowany lepiej niż oni? Może by jakoś przełknęli tę pigułkę, gdyby jeszcze Zydorowicz znał się na tym, co robił. Ale się nie znał. Całe jego komentowanie polegało na wymienianiu, jak się nazywa czyjaś żona i córka, a kto kiedy ma chrzciny.

Nie wiem, czemu nie zrezygnowałem. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

Po meczu kolacja taka, jakby jej nie było. Poza tym jak tu zjeść kolację, skoro nikt nie da sobie głowy uciąć, czy kelner wędlinką sobie wcześniej butów nie wyczyścił? Chociaż podobno kilku chłopaków go obserwowało i tym razem nic mu nie spadło. Cóż, jeśli ktoś zjadł, to trzeba to było zapić. Zdezynfekować, żeby się jakiejś salmonelli nie nabawić. Skoro Podbrożny mógł się bananem zatruć, to my możemy wędliną z posadzki. No to przez noc dezynfekowaliśmy, aż w końcu zdezynfekowaliśmy.

A rano wyjazd. Przygotowano nam śniadanie. Nie, zagalopowałem się. Nikt nie będzie piłkarzykom robił śniadania o siódmej rano - był suchy prowiant zapakowany w sreberko. Odwijam to sreberko, patrzę - jakaś dziwna ta bułka. Twardawa. Zaglądam do środka - zielono mi. Sałata to czy wędlina? No chyba sałata, ale żeby tak sałata z sałatą? No nie, jednak wędlina. Postanowiłem przeprowadzić najlepszy z możliwych testów - sprawdziłem, czy bułka ta przy rzuceniu o chodnik zachowuje się jak bułka, którą można zjeść. No to trzepnąłem o ziemię. Akurat Zydorowicz wyszedł zadowolony, uśmiechnięty, jakie piękne zgrupowanie - i patrzy, co ten "Kowal" wyprawia. Zdziwił się. Ja też bym się zdziwił, gdyby ktoś na moich oczach ciskał bułką o chodnik, a ta by się nawet nie rozwaliła. Wkurzyłem się na poważnie. Walnąłem całą tą paczką żywnościową o ziemię. Niestety, nic poza torbą nie ucierpiało.

- Dobra, zostawcie to jedzenie, bo się znowu całą drogę trzeba będzie odkażać - powiedziałem do chłopaków. Całemu temu zamieszaniu przyglądała się grupa biwakowiczów, którzy bezustannie rezydowali pod hotelem. Wszyscy pijani! Ci, którzy akurat nie spali, trzymali się drzew. Co, koledzy, czyżbyście jedli nasze kanapeczki?

Humor mi wrócił, jak przyjechaliśmy na lotnisko. Sam leciałem bezpośrednio do Hiszpanii, a reszta do Warszawy. Gdy zobaczyłem ich samolot z serii tych, co częściej startują niż lądują...

- Adios amigos, powodzenia.

Z Madrytu szybko zadzwoniłem do domu.

- Tato, żaden samolot nie spadł?

(odcinek 63)

Opowiem wam, jak się podróżuje z biurem lotniczym o wdzięcznej nazwie PZPN. Jako piłkarz Betisu, rozgrywałem wyjazdowy mecz z Deportivo La Coruna. Wśród rywali występował wtedy między innymi Rivaldo, który kilka dni później miał zmierzyć się ze mną jeszcze raz - w spotkaniu reprezentacji Brazylii i Polski. Deportivo pojechało nas 3:0, Rivaldo wsiadł w samolot i poleciał do Goianni. Ja miałem troszeczkę inny bilet, na troszeczkę inne połączenia lotnicze.

Po pierwsze - podróż do Sewilli, bo przecież skoro jestem piłkarzem Betisu, to logiczne, że moja wędrówka nie może się rozpoczynać w La Coruni, skąd był bezpośredni lot, prawda? Z Sewilli oczywiście do Madrytu, na poważniejsze lotnisko. Wciąż jestem w Hiszpanii. Z Madrytu do Rio de Janeiro. Z Rio de Janeiro do Sao Paulo. To tak była już mniej więcej trzydziesta godzina podniebnej przygody. Wychodzę na lotnisku w Sao Paulo, a tam stoi gość z tabliczką "Kowalczyk". - Chodź ze mną do samochodu - powiedział. Przebijaliśmy się przez korki Sao Paulo, godzina szczytu, przez następne trzy czy cztery godziny. Gdzie on mnie wiezie? Jestem już brudny, głodny i mam wszystkiego dosyć. Czy ten stadion to jest za rogiem?

W końcu dojeżdżamy, a tam - kolejne lotnisko. Krajowe. No ładnie. La Coruna - Sewilla - Madryt - Rio de Janeiro - Sao Paulo - coś. Już mi się nawet nie chciało myśleć. Niech mnie rzucają po świecie, kiedyś mi się w końcu skończy bilet - wtedy będę na miejscu. Po kolejnych trzech godzinach czekania wsiadam do samolotu, lekko przepełnionego. Podobno tym samolotem mam dolecieć do Goianii. Można się przespać, bo lot będzie trwał półtorej godziny. Mija dwadzieścia minut, jeszcze dobrze nie wzbiliśmy się w powietrze, a ten złom ląduje. Co jest grane? Patrzę - trzy osoby wysiadają, trzy wsiadają. Oho, przystanek!

Znowu startujemy, znowu lądujemy, znowu trzy wysiadają i trzy wsiadają. Kolejny przystanek! Zaraz, zaraz - na którym ja wysiadam?! Poszedłem się spytać, ale kazali mi siedzieć. W końcu znowu lądujemy, wszyscy wstają i zbierają toboły. Oho, pętla! No to szybciutko, zanim ruszy w drogę powrotną!

W hotelu byłem już po trzydziestu minutach. Ani szczęśliwy, ani wściekły, już zobojętniały. Starty, lądowania, przejażdżki, odprawy. Już chyba nie wiedziałem, jaki jest dzień tygodnia. Trzeba się przywitać. Pierwsze kroki skierowałem do trenera Piechniczka.

- Dzień dobry, w końcu dotarłem.

- I jak podróż?

- Ciężka. Z szesnaście przesiadek przez dwa dni. Padam na twarz.

- Aha. Wiesz Wojtek, skoro miałeś taką trudną podróż, to chyba nie zagrasz.

Od razu wróciły mi siły, żołądek podszedł do gardła.

- Jak to nie zagram?

- No jesteś zmęczony, więc nie ma sensu.

- Panie, ja zrezygnowałem z następnego meczu w klubie, mogę tam stracić miejsce. Tłukłem się jakimiś podmiejskimi samolocikami, stałem w korkach w slumsach Sao Paolo, a pan mi mówi, że nie zagram?!

- Zrozum mnie. Poza tym muszę dać nagrodę chłopakom za Wembley.

- Jaką nagrodę?

- No dla tych, co tak dobrze zagrali na Wembley.

- Ale tam było w ryj!

- Ale tylko 2:1!

- Ale w ryj!!!

Chciałem go udusić, ale już nie miałem siły. To ja zapieprzam przez pół świata, żeby komuś wręczyć nagrodę, bo akurat ładnie został wkręcony w glebę?! Jakby nie wiem co na tym Wembley zrobili. Kaszanę odwalili i tyle, bo przegrali wygrany mecz. Nie było sensu się kłócić. Upór to jedna z cech wieku starczego. A raczej chorób. Nieuleczalnych. Zostawcie ich, nie wiedzą, co czynią.

To nie będzie współpraca na najwyższym poziomie. Tego byłem pewny. Najpierw zielone kanapki w Moskwie, teraz to. Wkurzony poszedłem do pokoju. Piechniczek też już widział, że nie znajdziemy wspólnego języka.

Później na treningu nie spodobało mu się, że postanowiłem zostać trochę dłużej i ćwiczyć indywidualnie. Pomyślałem sobie tak - najpierw długa podróż, później mecz z ławki, podróż w drugą stronę. Jak mocniej sobie nie dołożę, to wrócę do klubu bez formy. Zostałem chwilę po zajęciach, zrobiłem z piętnaście stumetrowych przebieżek. Postrzelałem Grześkowi Szamotulskiemu na bramkę, a reszta chłopaków patrzyła z autokaru, kiedy skończę. Trudno, czekajcie.

Mecz oczywiście przegraliśmy, tylko 2:4, choć było już 0:4. Większość chłopaków nabawiła się kontuzji karku, jak Romario zaczął wszystkimi kręcić. A potem dali nam wiadomość: - Strzelcie sobie ogórki ze dwie bramki, bo nam się już nie chce. Najśmieszniejsza z całego spotkania była odprawa przedmeczowa. Stanęło dwóch znawców - Piechniczek i Kulesza - i zaczęło robić obrońcom wodę z mózgu.

- Uważajcie na rzuty rożne, bo Brazylijczycy grają tak, że jeden stanie, popatrzy, pocelebruje, a jak już wszyscy stracą czujność, to inny podbiegnie i uderzy!

No to w meczu rzut wolny. Nasi obrońcy stanęli i czekają, aż Brazylijczycy zaczną celebrować. A tamci szast-prast, jeszcze się mur nie ustawił dobrze, a gość ustawił, zagrał, dziękuję, piłka w siatce. Ronaldo czy inny Romario już się cieszy, a Polacy wytrwale stoją i oczekują celebracji. To nie tak miało być! Potem czekałem w szatni na jakieś sprostowanie ze strony naszego sztabu szkoleniowiego, ale nie złożono żadnego oświadczenia, czemu Brazylijczycy tak szybko zagrali.

Po meczu - wiadomo. Każdy z piłkarzy musiał rozładować napięcie po tak zaskakującym rozegraniu rzutu wolnego. Znaleźliśmy basen na dachu. Kto by pomyślał, że w takim obdarciuchu będzie basen? Sądziliśmy, że napis swimming pool to jakiś żart. No ale basen był. Urzędowaliśmy do rana, musieliśmy tylko kelnerowi sto dolarów odpalić, bo inni goście narzekali na hałas. W tym czasie stary niedźwiedź mocno spał.

(odcinek 64)

Marek ma rzecznika prasowego - szok. Człowieku, co ci dziennikarze tobie zrobili? Z dziennikarzami to się zawsze imprezowało, a nie rozmawiało przez pośredników. Rzecznikiem tym jest mój ulubieniec z roku 1993, Tomasz Zimoch - o cholera, jeszcze lepiej! Nie mogłeś sobie już chociaż znaleźć kogoś mądrzejszego? Jak wcześniej wspomniałem, właśnie przed dwumeczem z Włochami poznałem Marka Citkę. Cała Polska huczała wtedy od plotek na jego temat. Spodziewałem się jednak normalnego gościa - a tu na dzień dobry pierwszy strzał, ma rzecznika...

Z czasem w kadrze zaczęto mówić, że Marek na zgrupowaniach nie rozstaje się z biblią, choć opowiadał komuś tam o swoich grzechach młodości, problemach w Białymstoku. Może chciał się oczyścić? Był przy tym raczej zamknięty w sobie i stronił od szerszego grona. Jakoś mi to wszystko nie pasowało do wizerunku piłkarza. To piłkarz chce być księdzem, czy ksiądz piłkarzem? Kilka lat już się w tym światku piłkarskim kręciłem i kogoś takiego nie spotkałem. Mało tego - o takich przypadkach nawet nie słyszałem. Co tu dużo mówić - dziwiliśmy się.

Umiejętności piłkarskie Marka były dla mnie zagadką. Wiedziałem, że wygrał wszystkie możliwe plebiscyty i podobno nawet redakcja magazynu dla dzieci do lat trzech, "Misia", przyznała mu jakąś nagrodę. Z drugiej strony, nikt w całej kadrze nie wiedział tak do końca, za co. Że wyróżniał się w polskiej lidze? Co roku wyróżnia się pięciu piłkarzy. No a może dlatego, że strzelił dwie bramki w przegranych meczach? Duża klasa! Pierwsza - na Wembley z pięciu metrów do pustaka. Druga - fakt, że ładna, z Atletico prawie z połowy boiska, ale Molinie takich bramek nastrzelało mniej więcej stu grajków. No tak, w Polsce wystarczyło uderzyć z czterdziestu metrów w światło bramki, przegrać 1:4 i zostawało się wielkim bohaterem. Co więc ten Citko prezentuje naprawdę? Byłem ciekaw.

Powiem szczerze - może kiedyś, na podwórku, jego gra zrobiłaby na mnie wrażenie. To był dobry piłkarz, dobry kiwak. Jednak ja wtedy od kilku sezonów występowałem w Hiszpanii, a tam się już tak nie grało. Cały świat dążył do tego, by piłka była jak najszybsza. A Citko na odwrót - jeździł całymi godzinami z piłką po murawie. Mógł, był na topie - ulubieniec Piechniczka. To w ogóle były śmieszne treningi, bo gdy taki napastnik jak ja - nauczony szybkiej, hiszpańskiej gry na dwa czy trzy kontakty - przyjeżdżał na kadrę, to piłkę dostawał raz na pół godziny. Obrońca podał do pomocnika - ten jechał sam. Stracił. Spadło pod nogi następnemu - jechał. Stracił. Zabierał się z piłką następny i jechał. Stracił. I tak w kółko. A napastnicy stali i patrzyli. Żadnych efektów. W zasadzie to można powiedzieć, iż to były zajęcia w ogóle bez piłek. Takie bardziej teoretyczne, wizualne - oto patrzcie, jak Marek czy Piotrek Nowak kiwają się. A że sami ze sobą? To nic. Ważne jak!

Gdyby ktoś patrzył na to z boku, nigdy by nie zgadł, że obserwuje reprezentację narodową. To wszystko wyglądało raczej na zbiórkę hobbystów, którzy postanowili pokopać sobie po pracy. Taka reprezentacja artystów polskich. Ze szczególnym uwzględnieniem jazdy figurowej na lodzie. Lub na murawie, wszystko jedno - piruet za piruetem, sport indywidualny.

Frustrowałem się - ja zagrywam, wychodzę na pozycje, a on jedzie sam. Z takim stylem gry Marek nie miałby szans zrobienia kariery w poważnej lidze. W Europie po prostu już tak nie grano. No dobrze, podobno jeszcze jeden tak gra, ale właśnie leży w szpitalu. Citko poniekąd sam padł ofiarą swojej gry. Przy takim wożeniu się, nie było szans uniknąć kontuzji choćby na treningu. Nawet Zidane jak kiwa, a robi to bardzo dobrze, to po dwóch czy trzech zwodach ucieka z nogami, podaje do kolegi, bo mógłby jakiś drwal go pocelować. Inaczej się nie da. Późniejszy uraz, jakże poważny, był właśnie wynikiem tego, że Marek nie spotkał na swojej drodze trenera, który nauczyłby go poważnego futbolu. Z drugiej strony, szkoda, że jednak nie wyjechał za granicę. Usiadłby na ławce, może też złapał kontuzję, ale chociaż by mu płacili. A w Polsce to prezes kontuzjowanemu piłkarzowi nie da wypłaty, tylko co najwyżej w łeb!

Żal mi Marka - ta bajeczna oferta z Blackburn mogła sprawić, że inaczej potoczyłaby się jego kariera. A tak, równie pochyła. W Legii trafił na Okukę, który zawsze preferował szybką grę i tacy zawodnicy jak Citko czy Piekarski niekoniecznie mieli czego szukać. Podobnie grał kiedyś Leszek Pisz - on też lubił się bawić piłką. Miał jednak tę zaletę, że robił to wtedy, kiedy było można, a potrafił też dokonać błyskawicznego przerzutu z centrymentrową dokładnością. Taką, że dostawiało się nogę i był gol. Niby robił kółeczka, a wiadomo było, że kwestia przeniesienia akcji w pole karne rywala jest kwestią sekundy. Citko tego nie miał. Przesadzał.

Oczywiście Antoniemu Piechniczkowi to się podobało - jak cały futbol z 1982 roku. Nie zauważył, że czasy się zmieniły. Owszem, mecz Brazylia - Włochy w mistrzostwach świata był wtedy ładny, ale tam jeden obrońca wziął piłkę na szesnastym metrze, przegiegł całe boisko, stracił i z kontrą ruszył inny defensor - kontrą polegającą na osiemdziesięciometrowym biegu z piłką przy nodze. Kto sobie to wyobraża? Piechniczek myślał, że z Citką w składzie te czasy mogą jeszcze wrócić. A nie mogły.

(odcinek 65)

Piechniczek w całych eliminacjach wygrał jeden mecz - z Mołdawią, po ciężkich bojach oczywiście. Kluczowe były spotkania z Włochami, które następowały jedno po drugim. Nie czułem się dobrze w tej kadrze, bo wiedziałem, iż jestem niechciany. Piechniczek powoływał mnie tylko dlatego, że upominali się o mnie dziennikarze i chciał mieć święty spokój. Pamiętam, że przed pierwszym spotkaniem z Włochami rozgrywaliśmy mecz sparingowy na Stadionie Śląskim. Wygraliśmy chyba 5:1, ja strzeliłem trzy gole. Widocznie o trzy za dużo lub trzy za mało, bo przeciwko Włochom usiadłem na ławce rezerwowych. Byłem z Warszawy. Piechniczek nigdy nie lubił ludzi z Warszawy...

Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:0, mieliśmy nawet sporą szansę na zwycięstwo, ale Paweł Wojtala z bliska nie trafił w bramkę. Jak miał trafić, skoro na treningach głównie biegał? Przed rewanżem znowu wyglądałem dobrze, naprawdę dobrze. Znów strzeliłem chyba trzy bramki w sparingu i czułem, że to może być mój mecz. Kilka takich "swoich" meczów w życiu rozegrałem, wiedziałem, co to znaczy. I to mógł być mój mecz. Nadchodził konflikt z trenerem - to też czułem. Było tylko kwestią czasu, kiedy któryś z nas wybuchnie. Zła organizacja, beznadziejne treningi, latanie po kilka tysięcy kilometrów tylko po to, żeby kibicować kolegom, brak atmosfery - to wszystko się nakładało. Konflikt nadchodził. Wielkimi krokami.

Kwestia organizacji ujawniła się zaraz po przylocie do Neapolu. Wchodzimy do hotelu, część chłopaków głodnych, więc padło hasło: "Od razu na obiad!". Kilku zdążyło już pobiec, a w tym momencie jeden z lekarzy dostał... ataku padaczki! Wszyscy w szoku, drugi doktor też w szoku, nie wie, co robić, tylko się patrzy. Większość jak to zobaczyła, to... "O Jezus Maria!" i w nogi. W całym tym towarzystwie był jeden przytomny człowiek, Piotrek Świerczewski. Wsadził palce w usta chorego, przytrzymał wszystko tak, aby pacjent się nie udusił. Nie wiem, czy uratował mu życie. Okiem laika wyglądało, że tak - uratował. A drugi lekarz stał i się patrzył. Ładna kadra - wszystko do góry nogami. Lekarz zamiast leczyć, to jest leczony, drugi nie ma pojęcia o zawodzie... A "Świerszcz" jak gdyby nigdy nic, gdy już było po wszystkim, poszedł i zjadł obiad, na który tak się wszystkim spieszyło. Zachowywał się, jakby codziennie kogoś ratował.

W przypadku doktora o mały włos, a sprawdziłoby się powiedzenie "Zobaczyć Neapol i umrzeć". Zapewniam, że nie warto. Jeden wielki brud, syf i malaria. Tak paskudnego miasta w życiu nie widziałem.

Jak się potem okazało, "Świerszcz" uratował lekarza, a lekarz nie uratował "Świerszcza". Sytuacja była dziwna i wydaje mi się, że wszystko zaczęło się na treningu dzień przed meczem. Już wtedy widać było, kto zagra. Ci, którzy mieli wystąpić, trenowali strzały na bramkę. A reszta miała się patrzeć. Ponieważ wydawało mi się, że także rezerwowym trening mógłby się przydać, bo przecież kto powiedział, iż nie wejdą na boisko, wraz z kilkoma innymi osobami poszedłem na drugą bramkę i "ćwiczyłem" Grześka Szamotulskiego. Piechniczek przybiegł z krzykiem: "Kto wam pozwolił strzelać?!". Zaraz, zaraz. Skoro oni mogą, to i my możemy. "Szamo" też stwierdził, że jemu to pasuje. I nie zważając na wiele, trenowaliśmy dalej. W końcu to chyba obowiązek piłkarzy, tak?

Następnego dnia okazało się, że obejrzę mecz z trybun. Informację taką przekazał mi kierownik drużyny. Po chwili do pokoju przyszedł "Świerszcz".

- Nie gram, wysłał mnie na trybuny.

- Czemu?

- Powiedzieli, że jestem chory.

- Jak to "powiedzieli"?

- No, powiedzieli. Nawet kataru nie mam! Ale lekarz powiedział, że jestem chory i nie mogę grać. Kurwa, kabaret!

Pięknie - teraz jeszcze piłkarzom choroby wymyślają. Moim zdaniem Piotrek podpadł głównie tym, że mieszkał ze mną w pokoju. To była jego największa wada - w pokoju z tym wstrętnym "Kowalem"! Nie czekając na nic, spakowaliśmy wszystkie rzeczy i opuściliśmy zgrupowanie! Po prostu przenieśliśmy się do innego hotelu, za który sami zapłaciliśmy, sami potem wykupiliśmy sobie takie bilety lotnicze, jakie nam pasowały i sami dzień później pojechaliśmy na lotnisko. W całej kadrze nikt z kierownictwa się tym nie przejmował. Że dwóch piłkarzy wyszło i nie wiadomo, gdzie są? Trudno. To tylko "Kowal" i "Świerszcz".

Mecz oczywiście obejrzeliśmy. Kupiliśmy bilety w kasie i usiedliśmy pomiędzy kibicami. Wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać - wyglądało to mało poważnie. Włosi na luzie zwyciężyli 3:0.

<--Poprzednie                                                                                                                                                                                            Następne-->