
Zgrupowanie niczym więzienie Alcatraz Trenerze Apostel, to nie tak Historia pewnego ataku (odcinek 56)
Ostatnim moim występem za kadencji trenera Apostela był mecz Francja - Polska. Selekcjoner strasznie wziął sobie do serca to spotkanie i postanowił zorganizować nam zgrupowanie w takim miejscu, żeby już za nic w świecie nie dało się rozkręcić choćby krótkiego powitania kolegów. A powinien wiedzieć, że Polacy to tradycjonaliści i skoro owe powitania były zawsze, to od reguły nie ma wyjątków. Zakwaterowano nas gdzieś pod Otwockiem. Las, cisza, normalny koniec świata. W związku z tym w nocy musieliśmy zamawiać taksówki. Strasznie droga impreza z tego wyszła, bo Warszawa wcale nie zaczynała się za rogiem. Oczywiście do Apostela jakoś doszło, że piłkarzy znowu nie było w pokojach.
- Co to ma znaczyć? Inaczej będziemy rozmawiać! Mamy mecz z Francją, a w hotelu nikogo. Nikogo! - wkurzył się trener.
- Panie trenerze, to było tylko powitanie kolegów, jednorazowe, więcej nic już się nie zdarzy. Może pan być spokojny - tonował Romek Kosecki.
- Trenerze, to nie tak, jak w Buku. Tu była pełna kultura, spokój. Posiedzieliśmy sobie, pogadaliśmy i tyle. Nie ma się co złościć - dodałem od siebie.
Apostelowi złość szybko przeszła i następnego dnia zachowywał się tak, jak gdyby sprawy nie było. Zresztą - naprawdę jej nie było. My cały czas trenowaliśmy na pełnych obrotach, a tamtej nocy nikt nawet się nie upił. Wszystko było tak, jak powinno być przed ważnym meczem. Dla mnie termin spotkania z Francją był niefortunny, ponieważ jeszcze nie zdążyła wystartować liga hiszpańska. Trener ufał mi jednak na tyle, że delegował mnie do pierwszego składu. Ja i "Józek" w ataku.
W całym meczu stworzyliśmy pół sytuacji podbramkowej. Podałem na pamięć, z obrotu do Andrzeja, a on strzelił gola. Bernard Lama może trochę zawalił w tej sytuacji, ale przecież w tamtych eliminacjach i my nie mieliśmy szczęścia do bramkarzy. Na szczęście w Paryżu Józefa Wandzika zastąpił Andrzej Woźniak. Tak sobie z Juskowiakiem staliśmy i patrzyliśmy, co też ten "Woźny" wyprawia w bramce. Chyba po naszym golu ani razu nie było okazji, aby chociażby odwrócić się w stronę bramki przeciwnika. Jak nas złapali, tak nie mogliśmy zrobić ani sztycha. A Woźniak szalał. Po dwie dobitki, po trzy, siniaki mu na twarzy wyskakiwały, a on wciąż bronił. Fenomen. Gdy Francuzi egzekwowali rzut karny, wszyscy wrzeszczęliśmy: - "Woźny, dasz radę!!!". I dał! Później wprawdzie zawalił gola, bo piłkę uderzoną z rzutu wolnego przez Djorkaeffa złapałby w zęby, gdyby stał tam, gdzie miał stać, ale nikt nie miał pretensji - dzięki niemu było 1:1, a nie 8:1.
Atak Kowalczyk - Juskowiak to było to! We dwóch rozumieliśmy się wspaniale, czego dowodem była właśnie bramka z Francją. Wiele osób mnie pyta, jak to jest z "Józkiem" - czy byliśmy równie zgrani poza boiskiem? Odpowiedź nie należy do łatwych. Nie jesteśmy takimi przyjaciółmi, żebyśmy do siebie dzwonili co tydzień czy co dwa. Zresztą, gdybym miał dzwonić do wszystkich ludzi z reprezentacji to w miesiącu musiałbym wykonać około czterdziestu telefonów. Natomiast na pewno Andrzeja lubię i to bardzo. Kiedy jest ku temu sposobność, chętnie się z nim spotykam. Na przykład kiedyś jako gracz Olympiakosu Pireus przyjechał do Sewilli na mecz pucharowy, więc odwiedziłem go w hotelu, spędziliśmy miło czas. Na zgrupowaniach reprezentacji też mieszkaliśmy czasami razem. Nigdy nie uderzyła mu sodówka, mimo że zaliczał się do najlepszych środkowych napastników świata. Nie, nie przesadzam. Fakt, że i jemu zdarzały się słabsze okresy, ale kto ich nie miewa? Może Mario Jardel, ale tylko dlatego, że gra w ogórkowej lidze.
Andrzej to spokojny typ, ale na pewno nie mruk. Po prostu wcześnie się ustatkował, założył rodzinę i to było widać. Ale nie mruk... Mrukiem to był Dembiński czy Gęsior, co wynikało chyba z faktu, że nigdy nie wierzyli za bardzo w swoje umiejętności. Skryci, przestraszeni. Bali się, czy jak podpadną, to nie stracą miejska w składzie. A gdy ktoś jest dobry, to lubi się pobawić, pośmiać i nie trzęsą mu się nogi na myśl, że po piwie wpadnie głową w kraty. "Jusko" jest inny. Pozornie niewinny, ale gdy wskazało mu się kierunek zabawy, to rychło znajdował się w radzie nadzorczej.
Niektórzy też mnie zagadywali, czy akcja, po której strzeliliśmy gola Francuzom, była ćwiczona na treningach. Tak naprawdę nie mieliśmy opracowanych żadnych schematów. Gol z Francją też był wynikiem improwizacji. Schematy można opracowywać z pomocnikami, ale nie z partnerem z ataku, który na gazie wychodzi do kontrataku. Tu już się liczy tylko refleks i precyzja. Moją zaletą było to, iż wiedziałem, jak Andrzejowi należy podawać - najlepiej mocno, na woleja, prosto w niego. Uderzenie z powietrza ma czyściutkie i piorunujące! Wytrenował nawet takiego piłkarskiego pajacyka, przy którym uderza piłkę z obrotu, z woleja. Natomiast zabójstwem dla "Józka" są podania po ziemi na lewą nogę. Wtedy łatwo zakopać w trawę. Akurat we Francji Andrzej strzelił gola lewą nogą, ale ta piłka była bardziej pchana, niż czysto uderzona.
Andrzej w tamtych eliminacjach spisywał się wybornie. Miał jeszcze szansę na wielką karierę. Jednak moim zdaniem ten decydujący, fałszywy ruch zrobił kilka lat wcześniej - gdy przed olimpiadą podpisał kontrakt ze Sportingiem Lizbona. Jako król strzelców trafiłby na pewno do ligi włoskiej czy hiszpańskiej i dziś do nas wszystkich przemawiałby z łamów "La Gazzetta dello Sport".
(odcinek 57)
Podniosłem słuchawkę telefonu, wykręciłem numer Henryka Apostela.
- Trenerze, Kowal mówi. Jest taka sprawa. Czy mogę przyjechać na kadrę po lidze? Będę dwa dni później. Gramy z Meridą.
- Wojtek, to jest decydujący mecz. Nie ma takiej możliwości.
- Bo mi tu w klubie dupę trują, że muszę zostać.
- Nic z tego, przyjeżdżaj.
- Dobra, tylko jakby ktoś z PZPN mógł wysłać faks do Betisu, kiedy muszę być. W porządku?
- Nie ma sprawy, trzymaj się.
Tak też myślałem. Trener nie będzie szczęśliwy... W klubie chodzili za mną od kilku dni - "musisz zagrać z Meridą"! To był pierwszy mecz ligowy sezonu 1995/96. Byłem w strasznym gazie. Czułem, iż nadchodzi ten moment, kiedy na hiszpańskich boiskach mogę zrobić furorę. Drugi sezon, po zaaklimatyzowaniu się, najczęściej jest przełomowy - wóz albo przewóz. Byłem przekonany, że jednak wóz. - Polaco, na Meridę musisz zostać. Zorganizujemy ci lot do Polski od razu po meczu. Pięć godzin po ostatnim gwizdku będziesz już na zgrupowaniu - mówił mi prezes. Czułem się potrzebny i widziałem, iż wszyscy na mnie liczą. Byłem napastnikiem numer jeden - piłkarzem, od którego rozpoczynano skład. Swoją wartość potwierdziłem w czasie przedsezonowego turnieju, gdy zostałem królem strzelców. Piłki wchodziły jedna za drugą. A prezes zacierał ręce, że wcześniej przedłużyłem kontrakt do 2004 roku. To miłe uczucie.
Nie chciałem robić problemów trenerowi Apostelowi. W tamtych eliminacjach wystarczyło nam wygrać z Rumunią i wyszlibyśmy z grupy. I właśnie teraz kazali mi wybierać - kadra czy klub?
- Trenerze, oni mnie tu męczą - znowu zadzwoniłem do Apostela.
- Wojtek, to nasz najważniejszy mecz. Od niego wszystko zależy.
- Mówią, że zorganizują przelot. Od razu po meczu podstawią mnie do Buku.
- Dasz radę wypocząć do Rumunii?
- Tak.
- Dobrze, czekam na ciebie, ale dopilnuj tego przelotu.
- Nie ma problemu trenerze, dziękuję.
Kilka dni później znów chwyciłem za telefon. Była prawie druga w nocy. Bywają sprawy niecierpiące zwłoki.
- Nie przyjadę - oświadczyłem.
- Dlaczego? - zapytał tyleż zaspany co zaskoczony trener.
- Złamałem nogę...
Pamiętam ten ból, pamiętam ten trzask. Mecz z Meridą rozpocząłem oczywiście w podstawowej jedenastce. Odjechałem obrońcy z piłką, była trzydziesta minuta meczu. Poszedł prosto na moją nogę, nic go innego nie interesowało. Widziałem później tę sytuację wielokrotnie w telewizji. Celował tylko w nogę... Nie wiem, gdzie bym teraz był, gdyby nie ten mecz. Gdybym o czasie pojechał na mecz kadry... Na 45 dni trafiłem w gips, później długa rehabilitacja. Pół roku nie grałem w piłkę.
Zaniesiono mnie do szatni, na jednej nodze jakoś doskakałem pod prysznic. Później do szpitala i w pancerz po same jaja. W domu byłem bardzo późno.
- Co tak długo? - spytała Ewa, która już spała, gdy wróciłem.
- Długo, bo wolno.
Z początku nie zrozumiała o co chodzi, ale po chwili spostrzegła kule. Rzuciła okiem na moją nogę i już miała pewność. Tak to bywa w piłce. Wszystko idzie fantastycznie i wydaje ci się, że już trzymasz pana Boga za nogi - i wtedy słyszysz złowrogie "trach". Myślę, że to był jeden z przełomowych momentów kariery. Nie pozwolił mi kontynuować tego, co trwało od meczów z Sampdorią Genua - ciągłej wspinaczki na szczyt, przez polską ligę, olimpiadę, reprezentację Polski, ligę hiszpańską. Trach - i pęka bańka mydlana.
Mimo tych wszystkich doświadczeń, sukcesów, wciąż byłem osobą bardzo młodą - miałem 24 lata i nie załamywałem się. Wiedzialem, że jeszcze wrócę na boiska i jeszcze nie raz odjadę obrońcy tak, jak wtedy. Ale z drugiej strony pojawił się olbrzymi znak zapytania. Nie wiedziałem, jak będę wyglądał za pół roku, jak będę kopał piłkę. Nigdy nie miałem takiej przerwy. Chciałem wszystko wkoło roznieść. Miałeś być gwiazdą, Kowal, to miał być twój życiowy sezon! To miała być popisówka, twoja piłkarska wizytówka! I byłaby, na pewno... Jakie to wszystko jest ulotne. W jednej minucie meczu w Genui stajesz się gwiazdą i w jednej chwili tą gwiazdą przestajesz być. Zabłąkana noga i jesteś zwykłym pacjentem szpitalu na peryferiach wielkiej piłki.
Z kulami zamiast "Zizou" Maradona czy Drewnopoulos Od razu bramka kolejki (odcinek 58)
To normalne, iż pojawiły się myśli, że należało jechać na mecz z Rumunią i nie byłoby problemu, kontuzji. To się jednak łatwo mówi. A kto wie, czy Rumun też by nie złamał mi nogi? Nikt. Nie sprawdzę tego. Szczęście w nieszczęściu, że to wszystko stało się wtedy, gdy już byłem graczem ligi hiszpańskiej. W Polsce zapakowanoby mnie w gips, a na odchodnym w klubie usłyszałbym: "Synku, to za kilka miesięcy, jak będziesz się czuł na siłach, wpadnij do nas, potrenujesz". W Betisie było inaczej - dzień w dzień pod moje mieszkanie podjeżdżał samochód, który zawoził mnie na zabiegi rehabilitacyjne lub siłownię, a później odwoził do domu. Pociechą było dziecko, którym mogłem się częściej zajmować. Ale już chociażby spacery z wózkiem wykluczone.
W klubie ciągle pytali: "Polaco, jak zdrowie? Kiedy wracasz?". Trener też mnie zagadywał i mówił, iż prezes cały czas go męczy o mój powrót. Czekali na mnie. Mnie wkurzało przede wszystkim, iż przepadła mi gra w europejskich pucharach, do których awans był także moją zasługą. W ogóle w życiu nie miałem szczęścia do pucharów. Jest wielu słabiaków, którzy natłukli mecze z jakimiś drużynkami z Walii czy Malty, strzelając im po dziesięć bramek. A ja w życiu zagrałem gdzieś w dziesięciu meczach pucharowych! W Legii raptem sześć - Sampdorii strzeliłem dwa gole, Manchesterowi jednego, później nas zdyskwalifikowano, następnie szybko wyleczył nas Hajduk. W Betisie złamana noga, w Anorthosis rozwiązano ze mną kontrakt przed spotkaniami z Boavistą Porto... Tamtego lata, w Sewilli, przepadła mi między innymi możliwość zmierzenia się z Zinedinem Zidanem, grającym jeszcze w Bordeaux. Strzelił nam nawet gola z czterdziestu metrów, chyba zauważył, że nasz bramkarz zasnął. Irytował mnie także fakt, że dopiero co skończyłem okres przygotowawczy, a tu marne 30 minut i wszystko od początku - siłownia, potem bieganie w kółko. A piłka rzucona gdzieś w kąt.
Na pierwszym treningu po tak długiej przerwie byłem zaskoczony, że jednak piłka wciąż mnie się słucha, miałem trochę tej techniki w nodze. Oczywiście, nie wychodziły mi tak jak wcześniej czterdziestometrowe przerzuty, pojawiały się problemy z precyzją przy strzale, ale nie było dramatu. Widać, że przez cztery miesiące bez kopania piłki z Maradony nie zrobi się Drewnopoulos.
Co ciekawe, wkrótce po powrocie do gry strzeliłem przepiękną bramkę - w spotkaniu z Valladolid. Kolega zagrał mi na szesnasty metr, a ja uderzyłem z woleja, z obrotu, w boczną siatkę. Ileż razy później pokazywali to trafienie w telewizji - bramka kolejki i tak dalej. Jednak w Hiszpanii zdobyłem kiedyś ładniejszą, jeszcze w swoim pierwszym sezonie, zaraz na początku. W Pucharze Króla graliśmy z Realem Sociedad. Uciekłem z piłką na szybkości od połowy boiska. Przebiegam ze czterdzieści metrów, odwracam głowę, żeby zacentrować, a tam nikogo - wszyscy zostali na własnej połowie i spisali tę akcję na straty. Ruszyłem jeszcze do chorągiewki w narożniku boiska i poczekałem kilka sekund, ale nikt się nie pofatygował. Co za barany! I co mam teraz zrobić? Wkurzyłem się i kopnąłem piłkę z całej siły w stronę bramki. Patrzę, patrzę, a ona coś tak ładnie zakręca. Moje oczy robiły się coraz większe, a piłka skręcała coraz bliżej okienka. I o dziwo - wpadła! Cały stadion w szoku. Koledzy z drużyny stoją jak wryci, zamiast się cieszyć. Ławka rezerwowych oniemiała. Ja też tak stoję i patrzę... No, nieźle. Oni też musieli sobie pomyśleć, że nie najgorszy ten ich nowy Polaco. Dzień dobry, Wojtek jestem.
Najwięcej zamieszania narobiłem w swoich pierwszych występach po powrocie do gry po złamaniu nogi. Mieliśmy mecze pucharowe z Atletico Madryt. W pierwszym, na wyjeździe, zremisowaliśmy 1:1 i byliśmy o krok od awansu. Jednak w rewanżu sędzia nas "skręcił", ja go oskarżyłem... Oj, było gorąco.
Moje szokujące oświadczenie Odwiedziny Ryszarda W. Polscy sędziowie -co sądze ? (odcinek 59)
To był piękny druk. Profesjonalny. Na wszystkich frontach. Najpierw nie został wyrzucony bramkarz Atletico za to, że obronił strzał naszego zawodnika już poza polem karnym. Sędzia udał, że to była interwencja głową. Później karny z rękawa, na koniec czerwień dla naszego z powietrza. Odpadliśmy z Pucharu Króla, a Atletico sięgnęło później po dublet. Na boisko leciały pomarańcze, butelki, zapalniczki. Publika wyła.
Byłem nie mniej zagotowany niż kibice. Oszukano nas! Starasz się, walczysz, ale z takim gościem nie wygrasz. Był zbyt bezczelny. Nie interesowały go kamery wideo, cała ta otoczka. Miał swoją misję do spełniania. Spełnił. Wbrew piłce.
- Panie Kowalczyk, co pan myśli o poziozie sędziowania? - spytał mnie jeszcze na boisku dziennikarz.
Umiałem już wtedy swobodnie posługiwać się językiem hiszpańskim, ale znałem przede wszystkim słowa, których używałem na co dzień. W sprawach typowo piłkarskich lub życiowych moglibyśmy rozmawiać. Ale co sądzę o arbirze?
- Sędzia był załatwiony - powiedziałem. "Załatwiony" było jedynym słowem, jakie przychodziło mi do głowy. Zwłaszcza w momencie, gdy cały czas latały pomarańcze, a z tumultu kibiców dało się usłyszeć tylko przekleństwa. Dziennikarz grzecznie podziękował. No, takiego hitu nie oczekiwał!
Dzień później jak gdyby nigdy nic przychodzę do klubu. Rano umyłem się jak zawsze, ubrałem się jak zawsze, zjadłem jak zawsze i nic nie powinno sprawić, bym rzucał się w oczy. Tymczasem na stadionie od magazyniera, przez odźwiernego, po piłkarzy - wszyscy się na mnie dziwnie patrzą.
- Co jest?
- Polaco, nieźle dałeś do pieca.
O co chodzi? Ani nie dałem do pieca, ani tym bardziej w palnik - bo w Hiszpanii w ogóle nie dawałem. A, niech się gapią. Poczytam gazetkę. Patrzę - a tam moje zdjęcie od pierwszej strony. Polak oskarża działaczy Atletico o skorumpowanie sędziego! Co gazeta, to samo. Afera na pół ligi. U prezesa w gabinecie konsternacja.
- Co ty żeś nagadał?
- Nic nie nagadałem.
Nasz prezes wcale nie był ode mnie gorszy, bo w przeprowadzanym na żywo wywiadzie telewizyjnym nazwał pracę arbitra zwykłym złodziejstwem. Jemu to uszło płazem, ale żeby taki Kowalczyk się wychylał? Jesus Gil, prezes Atletico, podobno wpadł w furię. Pojechał ze mną w telewizji. Tym akurat średnio się przejmowałem, bo dopiero co szydził z Roberto Carlosa. - Piłkarza to on nie przypomina, raczej fajną małpkę z ZOO - śmiał się, trzęsąc tym swoim wielkim brzuchem. Skończyło się na tym, iż jeszcze tego samego dnia musiałem pojechać do stacji radiowej i oficjalnie przeprosić działaczy Atletico za to, że powiedziałem, iż kupiony sędzia był kupiony.
Muszę przyznać, iż wolałem polskim sędziów niż hiszpańskich. Hiszpańscy po prostu psuli mecze. Na przykład za bardzo do serca brali sobie nowinki FIFA i czasami z byle powodu pokazywali czerwone kartki. Normalne spotkanie nie mogło się skończyć bez przynajmniej ośmiu żółtych, a jeśli doszła do tego jedna czerwona - standardzik. Normalne spotkanie! Akurat w Hiszpanii przepisy są takie, iż pauzuje się jeden mecz po każdej piątej żółtej kartce. Czyli w praktyce można dostawać i dostawać, a Bóg jeden wie, kiedy ta kara przyjdzie. Gdybym w skrócie miał ocenić poziom sędziowania w Primera Division - bardzo słaby. Za dużo błazenady i głupiego pozerstwa, zamiast zwykłej pracy.
Z drugiej strony, nawet w Hiszpanii spotkałem się z polskim arbitrem, którego nie mogłem zbyt dobrze wspominać z czasów gry w Legii - Ryszardem Wójcikiem. Wspomniałem wcześniej, że z powodu złamanej nogi przepadły mi mecze Pucharu UEFA z Bordeaux. W Sewilli sędziował właśnie Wójcik. Po meczu poszedłem się z rodakami przywitać, niekulturalnie byłoby chociażby do nich nie zajrzeć. No to zajrzałem. Okazało się, że nasi sędziowie - podobnie jak piłkarze - w torbach sportowych nie woża tylko butów i ręczników.
- O, Wojtuś, chodź na jednego! - zawołał mnie wesoło pan Rysiu.
Wypiliśmy po małym, porozmawialiśmy chwilę i każdy poszedł w swoją stronę. Nie pamiętałem, kiedy wcześniej - poza zgrupowaniami kadry - chociażby spróbowałem inny alkohol niż wino do obiadu czy piwo. W Hiszpanii kompanów nie miałem, do lusterka nie pijam, dopiero musiała polska delegacja przyjechać.
Wójcik przekręcił nas w półfinale Pucharu Polski w 1994 roku, ale byli i tacy sędziowie, których szczerze... hmm... lubiliśmy. Na przykład Zygmunt Ziober czy Marek Kowalczyk. To byli sędziowie, przy których z założenia Legia... nie przegrywała. Oczywiście zdarzały się wyjątki, ale wtedy mieliśmy pewność, że nie wynikały one ze złej woli któregoś z arbitrów. Widocznie nie dało się inaczej. Ja osobiście lubiłem także Romana Kostrzewskiego, choć on czasami nas całkiem konkretnie tępił. Na boisku więcej gadał niż gwizdał. Ciągle komentował, tak nas słownie szczypał, docinał, żartował. Czasami można było się zastanawiać, po co w ogóle na tym boisku się zebraliśmy - kopać piłkę, czy słuchać Kostrzewskiego? No i miał te swoje słynne w całej lidze galotki. Biegał tylko w nich przed meczem w budynku klubowym, chodził do masażystów na zabiegi. Najpopularniejsze galotki w całej lidze!
Oczywiście były też takie typy, które krzywdziły mnie na boisku częściej niż powinny wedle statystyki. Ale to zazwyczaj były smutne typy, nawet nie pamiętam ich nazwisk.
(odcinek 60)
W czasie, gdy ja składałem nogę do kupy, Henryk Apostel razem ze swoją kadrą przegrywał eliminacje do kolejnej wielkiej imprezy. Jak zawsze - jeśli o stawkę, to bez Polaków, jeśli dobry trener, to bez wyników. W Polsce trwał sąd nad Romkiem Koseckim. Tak, jakby nie wszyscy mogli zrozumieć, iż nie zawsze świeci słońce i nie zawsze w życiu podejmuje się same dobre decyzje. Roman i tak w swojej karierze był niemal zawsze na szczycie. Gdy inni zawodzili, on grał. Gdy inni nie mieli już ani sił, ani chęci biegać, on krzyczał: "Dalej!". Z drugiej strony, to normalne, iż czym wyżej zawiesisz sobie poprzeczkę, tym bardziej bolesny jest upadek przy nieudanej próbie przeskoczenia. Roman zawsze tę poprzeczkę miał bardzo wysoko. Trochę mi go było żal, ale z drugiej strony - kto by się przejmował. Popiszą, pomarudzą, a co w życiu zrobiłeś na boisku, to twoje.
Czasami pojawiają się głosy, że w kadrze nie powinni grać "źli chłopcy", ludzie zbyt nieprzewidywalni, choćby tacy Koseccy z meczu ze Słowacją. Nieprawda. Kadra nie jest klasztorem. Nie jest miejscem dla ludzi, którzy dzień w dzień będą całować narodową flagę i ze łzami wzruszenia patrzeć na orła w koronie. Nie trzeba chodzić do kościoła i oddawać hołdu sztandarom. Trzeba tylko dobrze grać w piłkę. Mieścić się wśród jedenastu najlepiej kopiących spośród czterdziestu milionów rodaków. Trzeba być gościem z jajami. Roman nim był. Ja też nim byłem.
Z "Kosą" w Hiszpanii spotkaliśmy się kilka razy, ale raczej od święta. Do Madrytu miałem sześćset kilometrów, a przy codziennych treningach i przede wszystkim braku samochodu była to odległość niemożliwa do pokonania. Zdążyłem jednak zrobić sobie z nim zdjęcie jeszcze w moim pierwszym sezonie w Hiszpanii - ja w koszulce Betisu, on w koszulce Atletico. Niestety, gdy kilka lat później przeprowadzałem się z Hiszpanii do Polski, firma przewozowa zgubiła... sześćdziesiąt pudeł z prywatnymi rzeczami. Dotarły meble i inne duperele, ale zginęły rodzinne fotografie, pamiątkowe koszulki z różnych klubów i kadry, puchary i odznaczenia. Jeśli ktoś będzie jechał z Polski do Hiszpanii, mam prośbę - niech rozgląda się w czasie drogi. Kto wie, może gdzieś tam, na poboczu, zwróci jego uwagę jakiś szary, pewnie już zabrudzony kontener. Tak, niby profesjonalne firmy przewozowe potrafią zgubić kontener prywatnych rzeczy. I jak im teraz wytłumaczyć, że koszulka z ważnego meczu w kadrze ma dla ciebie inną wartość niż koszulka tej samej firmy w sklepie? A dla mnie ten zgubiony kontener miał wartość słynnej zaginionej Bursztynowej Komnaty. Nawet rozmiar podobny.
Pamiętam, jak z Romkiem spotkaliśmy się przed meczem Polska - Słowacja. Zgrupowanie zaczynało się w niedzielę, a my byliśmy w Warszawie już w sobotę rano. Uznaliśmy, że zjemy sobie obiadek na starówce. Zamówiliśmy prosiaka, winko. No to co robimy? Przejedziemy się rykszą!
Ludzie szybko nas poznali, więc na ulicach Warszawy, jadąc takim niecodziennym pojazdem, wzbudzaliśmy spore zainteresowanie. - Wiesz co, Kowal, podoba mi się to.
- Mistrzu, zatrzymaj się na chwilę - zagadał pedałującego "Kosa". - Ty, a za ile do Buku?
Miał chłopak fantazję, zawsze trudno go było przebić. W dodatku miał tę zaletę, że potrafił żartować do czasu, a gdy przyszedł właściwy moment - wyłożyć kawę na ławę. W rozmowach z prezesami czy trenerami nie było twardszego! Jako piłkarz Galatasaray wykazał się nie lada charakterem, rzucając pieniędzmi w trybuny - w proteście, iż klub wypłaca mu inną kasę, niż obiecał. W takim razie nie chciał żadnej. Myślę, że nawet ja - ze swoim dość sporym temperamentem - miałbym obawy przed takim ruchem. A on stał przy linii bocznej i rzucał banknoty kibicom.
Podoba mi się też to, co Roman robi teraz, ucząc dzieci gry w piłkę. Może kiedyś też do niego dołączę? Może zapiszę się do tej jego szkółki jako trener? Gdy teraz o tym myślę, to chyba najrozsądniejsze. A już na pewno rozsądniejsze niż papranie się w tym "wielkim" futbolu do końca życia.