Zagrałem żenująco Buk, piekielna dziura Balkony zamiast drzwi (odcinek 51)

Lotnisko w Madrycie. Dwóch młodych ludzi ubranych w dresy. Ja i Roman Kosecki, grający wtedy w Atletico.

- Dobra, Kosa, trzymaj się, widzimy się w Buku.

PZPN wykupił nam miejsca w innych samolotach, gdzie indziej mieliśmy międzylądowania. Po kilku godzinach Roman był już na zgrupowaniu kadry. Ja miałem pecha, bo odwołano mój drugi lot i skończyło się tak, że dotarłem do Buku dzień później.

- O rany, Kowal, balonem leciałeś?! - przywitał mnie Romek.

To był mój powrót do reprezentacji Polski. Skoro dobrze radziłem sobie w lidze hiszpańskiej, trener Apostel nie miał wyboru i musiał mnie powołać - było zapotrzebowanie. Wcześniej wypadłem z kadry po porażce z Izraelem w Tel Awiwie 1:2. Już wtedy szykowałem się do zmiany klubu. Wszyscy mi powtarzali: - Co się będziesz, kisił w Polsce, tam masz poważną ligę, poważnych piłkarzy, poważne pieniądze.

Gdy ktoś mnie się pyta, czy warto wyjeżdżać za granicę, to mówię: - Lepiej jedź, zamiast się tu męczyć. Tu zwyzywają cię od sprzedawczyków i jeszcze ci nie zapłacą, a tam jest szansa, że ci zapłacą, a jak cię zwyzywają, to i tak nie zrozumiesz.

W Izraelu zagraliśmy żenująco. Wszyscy, ja też. Rywale właśnie wtedy powoli stawali się dość poważną drużyną, a my w porę tego nie dostrzegliśmy. Pojechaliśmy na to spotkanie dość dziwnym składem, takim bardziej ligowym - nawet Maciejewski zagrał, choć do wirtuozów piłki nigdy nie należał. Dobry piłkarz na kraj, ale raczej nie taki, żeby go po świecie wozić i pokazywać. Stało się, jak się stało i mecz wyszedł nam tragicznie. Atmosfera w drużynie też nie była specjalnie ciekawa - jak to w zwykłej zbieraninie, w której każdy każdego znał tylko z widzenia. Jakby tego było mało, w samolocie w drodze powrotnej doszło do kłótni Romka z dziennikarzami, prawie poszły w ruch pięści.

Może to i dobrze, że wtedy sobie odpocząłem od kadry. Mogłem skoncentrować się na początkach w Betisie i poczekać, aż zespół narodowy troszkę spoważnieje. Akurat los tak chciał, że powrót też wypadł na Izrael. Tremy oczywiście nie miałem żadnej. Wracałem jako piłkarz, który nikomu nie musiał się przedstawiać, znałem wszystkich i wszyscy znali mnie. Byłem w formie.

Stara tradycją w reprezentacji są wieczorki powitalne. To chyba nawet dość oczywiste, że jeśli nie widziało się kolegi przez kilka miesięcy, to trzeba z nim porozmawiać trochę dłużej niż podczas posiłku. Szczególnie pierwszej nocy. Nikogo chyba nie muszę przekonywać, iż Buk nie należy do stolicy polskiej rozrywki. Jest tam mordownia, dumnie i modnie nazywana "Night Clubem", żeby chociaż miejscowi zapaleńcy wpadli, kuszeni perspektywą zobaczenia dziewczyny tańczącej przy rurze. Tak naprawdę, ani rur tam nie było, ani dziewczyn, a cały lokal był raczej "dancingiem". Typowa dziura, w której skrzypią drzwi i kleją się stoliki.

Oficjalnie nie można było nawet pić piwa, ale trener dobrze wiedział, że są regulaminy i "regulaminy". Pierwsza noc była nasza, zawsze. Tym razem wytrzymałem i nikt do pokoju nie musiał mnie zanosić. Zresztą, nawet trudno byłoby nie wytrzymać tempa, ponieważ na pewnym karierze etapy pije się już inaczej, spokojniej. Przychodzi taki dzień, że wódka idzie w odstawkę, a jej miejsce zajmuje czarna whisky, przy której spokojnie można sobie rozmawiać. Nie chciałbym, aby ktoś nas sobie teraz wyobraził jako kilku rupieci siedzących przy markowych cygarach i rozmawiających o kursie ropy naftowej. Potrafiliśmy się też zabawić. Ot, choćby niedawno opowiadana przez Maćka Szczęsnego anegdotka o tym, jak jakiś gość, który nas strasznie irytował, zostawił przy stoliku obok białą marynarkę i poszedł tańczyć. Miał pecha, że ktoś grzebiąc we własnej kieszeni stwierdził, iż przypadkiem ma czerwony flamaster. Z marynarki zrobił się śliczny strój narodowy, z numerem dziesiątym na plecach i napisem "Polska". Tak, to właśnie było w Buku. Ekipa była wesoła, każdy każdemu przypadł do gustu. Na tyle polubiłem tę kadrę, że gdy wracałem ze zgrupowania do klubu, to po tygodniu brałem do ręki kalendarz i patrzyłem, kiedy znowu będzie jakiś mecz. Zakreślałem datę... czerwonym flamastrem.

Zazwyczaj na jednej nocy się nie kończyło, bo ciągle dojeżdżali spóźnieni koledzy, z którymi też trzeba było się przywitać. Trener Apostel chyba nic nie wiedział, bo akurat w ośrodku mieliśmy niskie balkony. To była w zasadzie jedyna możliwa droga, bo podłogi strasznie skrzypiały i dyskretne przejście korytarzem sporej bandy nie było możliwe. Nikt nikomu nie chciał wchodzić w paradę, więc skakaliśmy. Tak nawet było bliżej do wspomnianej mordowni. Trenera się nie baliśmy, dziennikarzy też. Wtedy były takie czasy, że gdyby nawet jakiemukolwiek dziennikarzowi chciało się dojechać do Buku, to by się do nas co najwyżej dosiadł i sączylibyśmy te whisky razem, choćby całą noc. Dłużej już nie, bo później był trening...

Erotomani - przechlapane Trener ma tego dość Wandzik zapomniał pobronić (odcinek 52)

Trener Apostel nigdy nie należał do specjalnie rygorystycznych. Może też wyznawał naszą zasadę, że kto się dobrze nie pobawi, ten dobrze nie zagra? Na początku zgrupowań mówił nam tak: - Jeśli chcecie, to pijcie. Ale jeśli kogoś złapię w łóżku z dupą, to pójdę i powiem jego żonie.

Nawet nie wiem, czy ktoś miał wcześniej taką wpadkę, ale i tak erotomani mieliby w Buku przechlapane, bo tam i tak takich dziewczyn nie było. Nas interesowały bardziej rozmowy, żarty, wspominki. Duszami towarzystwa byli Piotrek Nowak i Romek Kosecki. Słowa Apostela przyjmowaliśmy jako swego rodzaju przyzwolenie, że nie będzie nas ścigał za nocne Polaków rozmowy. Te rozmowy, jeśli mecz był w środę, kończyliśmy koło poniedziałku. I tak przez kilka dni można było wystarczająco się "nagadać". Sam trener co jakiś czas przypominał nam, że mecz coraz bliżej. Nie miał twardej ręki, ale potrafił powiedzieć: "Panowie, koniec. W środę gramy ważny mecz i nie chcę już słyszeć żadnych plotek". Plotek, ponieważ każdy z nas był na posiłkach, na treningach, niby wszystko normalnie. Jakoś musiało do niego dochodzić, że wymykaliśmy się balkonami.

Piłkarsko też nam Apostel jak najbardziej odpowiadał. Wiadomo, że każdy szkoleniowiec ma swoje wady i zalety. Na przykład Strejlau jest bardzo mocny taktycznie, Apostel trochę słabszy, a Wójcik jeszcze trochę słabszy, ale Wójcik jest świetny do mobilizacji, Apostel trochę słabszy, a Strejlau na końcu. I tak się to wszystko równoważy. Trener Apostel był więc po środku. Jego zaletą było to, że dawał nam na boisku dużo swobody. Mówił: "Drybluj, strzelaj, nie bój się! Daj to, co masz najlepszego! Podejmuj ryzyko!". Na odprawach przedmeczowych raczej umilał czas. Powtarzał, że jesteśmy silni. Podbudowywał.

Dla mnie mecz z Izrealem okazał się najlepszym występem w reprezentacji Polski. Gdy w szatni rozdawano numery, powiedziałem, aby dano mi pierwszy wolny. Akurat na ten mecz nie był powołany Waldek Jaskulski, więc zagrałem z dwójką. Przed spotkaniem publicznie złożyłem deklarację, że strzelę gola. Udało się! Tak naprawdę miałem jednak udział przy czterech trafieniach. Już na początku meczu skręciłem dwóch rywali, wyłożyłem piłkę Piotrkowi Nowakowi, a on huknął do siatki. Później nawet wyszedł mi strzał z 20 metrów, ale trafiłem w poprzeczkę. W ofensywie graliśmy świetnie i mieliśmy naprawdę niezłych grajcarów do strzelania goli. Gorzej, że... do przerwy przegrywaliśmy. Poszły dwie kontry, dwie bramki z niczego. Józek Wandzik zapomniał pobronić.

W szatni panowała grobowa cisza. Każdy był wkurzony. Dobrze graliśmy, tylko bramkarz nie działał. Trener też nic nie mówił. Chwilę postał w miejscu, chwilę nerwowo pochodził i milczał. W końcu stanął przed nami i powiedział jedno zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięci: "Panowie, to może być nasze ostatnie 45 minut". Wstrząsnęło nami. Sądzę, że każdy po cichu myślał, co będzie jeśli zmieni się trener - bo przecież może przyjść ktoś nowy, z nas zrezygnować, wziąć swoich ulubieńców. Teraz, gdy mamy naprawdę fajną paczkę. Dobrze się razem bawimy i dobrze gramy. Tylko bramkarz nie działa...

Na 2:2 strzelił Andrzej Juskowiak. Po mojej akcji bramkarz odbił piłkę przed siebie, a "Józek" nie zmarnował okazji. Następnie przyszła moja kolej - wyszedł mi przepiękny strzał głową w długi róg. Ktoś później napisał, że piłka skręciła na kępce trawy. Tymczasem w Zabrzu zawsze murawa była równiusieńka, a tak strzelić, żeby piłka zakręcała, to trzeba po prostu umieć. Ja umiałem. Na 4:2 podwyższył "Kosa". Na treningach ćwiczyliśmy takie akcje. Zagrywał piłkę z rzutu wolnego nisko, w długi róg, a ja przebiegałem i uderzałem w krótki. Akurat wtedy nie trafiłem w piłkę, ale całkiem zmyliłem bramkarza i był gol. Na chwilę mecz się uspokoił. Na chwilę, bo Wandzik cały czas stał popsuty. Strasznie się wtedy z nami bawił. Na szczęście potrafiliśmy strzelić więcej goli niż on.

I tak byłem wkurzony, że mimo czterech goli muszę zasuwać do ostatniej minuty. Gdy tylko usłyszałem końcowy gwizdek - przeszło mi. Wandzik to fajny gość, można się pośmiać, jak zaczyna gadać swoją gwarą. A przede wszystkim głupio jest się na kogoś złościć po wygranym meczu i strzelonej bramce. Zdołałem zaprezentować kołyskę dla swojej córki i to było najważniejsze.

Do Warszawy wracałem autokarem z kierownictwem i sprzętem. Kadra rozdzielała się już na stadionie, bo każdy chciał wykorzystać okazję i odwiedzić rodzinę. Kupowałem więc piwo na samotną, długą podróż i można było ruszać. Ile tego piwa? Z Katowic do Warszawy jest 300 kilometrów, więc jeśli nie ma korków, sześć buteleczek powinno wystarczyć.

Dla rodziny nie miałem wiele czasu. Przez cały okres gry w Hiszpanii katował mnie samolot z Warszawy do Madrytu - 6.55 rano. Kończyło się więc na krótkiej rozmowie, zostawieniu pieniędzy rodzicom i trzeba było jechać na lotnisko. Mogłem wracać do Hiszpanii dumny. Spełniłem bramkową obietnicę, strzeliłem gola dla córeczki, pokazałem wszystkim, że jestem kadrze naprawdę potrzebny. Wiedziałem, że tym razem po meczu z Izraelem nikt o mnie nie zapomni.

Skok śmierci  dwaj piłkarze kadry... aresztowani! Wycieczka życia (odcinek 53)

Wtedy za Apostela mieliśmy świetną pakę. Oj, cóż to była za siła! W przodzie ja, Andrzej Juskowiak, Piotrek Nowak, Romek Kosecki, Tomek Wieszczycki - było z kim pasy powymieniać! Czy w związku z tym mógł kogoś dziwić wynik meczu ze Słowacją? Pięć do zera? Nikogo! Dla mnie to spotkanie było trochę mniej udane niż dla reszty chłopaków, bo w pierwszej połowie coś mi strzeliło w plecach i ledwo dograłem do przerwy. Po dojściu do szatni powiedziałem tylko: - Panie trenerze, ja dłużej nie dam rady!
Pamiętam, że przed meczem porozmawiałem chwilę z Dubovsky'm, największym gwiazdorem Słowaków. Podobnie jak ja grał w lidze hiszpańskiej, wymieniliśmy zwyczajowe pozdrowienia, poklepaliśmy się po plecach, życzyliśmy sobie zdrowia.

- Trzymaj się stary, powodzenia!

Wkrótce potem zginął... Skoczył tak nieszczęśliwie do wody, że chyba złamał kręgosłup.
Wkrótce po meczu ze Słowacją doszło do wyjazdu, który zapamiętam do końca życia. Środek wakacji, zawodnicy rozsiani po Grecjach, Cyprach, Seszelach i innych Dominikanach, aż tu nagle informacja - grasz mecz! Mieliśmy lecieć do Brazylii. Wiadomo, że Brazylijczycy to nie ogórki, więc sobie zażyczyli, że skoro mają z nami grać, to musimy przylecieć w najmocniejszym składzie. No to dostali, bandę wczasowiczów! Tomka Wałdocha ściągnięto w środku urlopu, chłopak kompletnie bez treningu, bez formy. Co tu owijać w bawełnę - żaden z nas nie nadawał się do profesjonalnego spotkania. Ja byłem w o tyle dobrej sytuacji, że dopiero co zakończyłem sezon w Hiszpanii. Jeszcze jakoś mogłem biegać.
PZPN chciał wtedy przyoszczędzić na biletach lotniczych, więc zorganizowali nam tam chyba dziewięciodniowy pobyt. Sama podróż była zwiastunem najlepszego! Wylot z Warszawy do Brukseli, tam marne dwanaście godzin czekania na kolejny samolot. W końcu jest - podstawili, "Brazylijczyk". Ludzi cała masa, każdy z wielkimi walizami, aż zwątpiliśmy, czy ten samolot w ogóle się podniesie? Ulga, jest, podniósł się! W środku napchane siedzeń tak, że na bank ktoś musiał przy tym wszystkim majstrować i dołożyć kilka dodatkowych rzędów. Trudno panowie, damy radę! Poszliśmy spać...
Lądujemy w końcu w Brazylii, wychodzę z samolotu, a tam policja. Patrzą się na mnie, dyskutują - zaraz, zaraz, jestem niewinny! Idę tak lekko speszony, ale o dziwo mnie nie zaczepili. Za mną "Kosa". Oho! Pan pójdzie z nami. Za chwilę Waldek Jaskulski - następny zawinięty! Cholera, co jest grane? Zgarnęli nam dwóch piłkarzy, wsiedli w samochód i pojechali. A ja stoję jak kołek na pasie płycie lotniska. No ładne jaja, ale cóż - nie moja sprawa. Wsiadamy do autokaru, który miał nas zawieźć na terminal, ruszamy...

- Trenerze, a co z "Kosą" i "Jaskułą"?
- A co ma być?
- Aresztowali ich.
- Co?!
- Przyszła policja i ich aresztowała.
- Jak to aresztowała?
- Normalnie aresztowała. Nie ma ich z nami!

Ciekawe, czy gdyby ktoś się wtedy nie odezwał, to czy kierownictwo nie zorientowałoby się na przedmeczowej odprawie, że kogoś do gry brakuje. Fakt, że sztab szkoleniowo-organizacyjny na końcu opuszczał samolot i mógł całego zamieszania nie widzieć. Po dotarciu do odprawy paszportowej spotkaliśmy "pensjonariuszy". Co się okazało - kiedy wszyscy poszli spać, siedzący obok siebie Romek i Waldek dyskutowali. Doczepić się do nich inny pasażer, iż mają iść spać, zamiast rozmawiać. "Kosa" po hiszpańsku wytłumaczył mu, że samolot został wymyślony z myślą o pokonywaniu sporych dystansów i szybkiemu przemieszczaniu się, a nie o spaniu - od tego są łóżka. Ta argumentacja jakoś nie trafiła do nadpobudliwego pasażera i rozgorzała kłótnia. Roman usadził typa i wyraźnie dał do zrozumienia, że pójdzie spać w momencie, gdy mu się zachce i ani minuty wcześniej. Tamten obraził się na amen i "zakapował". To wszystko działo się, gdy reszta kadry spała, niektórym pomogły środki nasenne przyjmowane przez dwanaście godzin na brukselskim lotnisku. Włos z głowy naszym dwóm asom nie spadł, policja przyjęła wyjaśnienia i tyle. My już wtedy wiedzieliśmy, że zgrupowanie, które tak się zaczęło, nie ma prawa być nudne...

Jak tam, bramkarzyki? Podróże z PZPN kształcą Ucięcie ręki za obrączkę (odcinek 54)

Żaden trener na świecie nie zmusi piłkarzy do trenowania w czasie urlopów. Panie, daj pan nam spokój i organizuj czas wolny komuś innemu. My mieliśmy urlopy. Stanęło więc na tym, że w Brazylii byliśmy chyba z dziewięć dni, a w tym czasie przeprowadziliśmy dwa treningi, no i rozegraliśmy spotkanie. Jeśli już rozmawialiśmy o meczu, to z naszymi bramkarzami: - Jak tam forma, bramkarzyki? Coś chyba szóstka to będzie lekko licząc! Kto wie, może rekordzik?
Jak tu myśleć inaczej, skoro po tamtej stronie konkretne grajki, a u nas jedno wielkie "jesteśmy na wczasach, w tych góralskich lasach"? Pogodzeni z faktem, że musimy zainkasować kilka brameczek, wykorzystywaliśmy wakacje, na które uczciwie zapracowaliśmy. Policja z góry nas uprzedziła: - Nie wychodźcie z hotelu, bo dla obrączki ktoś wam może rękę uciąć. W związku z tym pozostały hotelowe atrakcje. Całe szczęście, że w hotelu był basen. Ale ile można pływać? Niektórzy chodzili i przeklinali, prosili działaczy: - A nie da się wrócić do Polski wcześniej?
Nikomu nie uśmiechały się wczasy z serii "Podróże z PZPN kształcą", bo przecież czekały na nas rodziny. Nic to. Trzeba posiedzieć, to posiedzimy. Wlewaliśmy w siebie alkohol przez kilka dobrych dni! Bezustannie. Jedna, wielka, nieprzerwana impreza. Nawet nie wiedzieliśmy, jak nazywać kolejne dni. Było więc "przygotowanie do przygotowania rozpoczęcia zgrupowania", "przygotowanie do rozpoczęcia zgrupowania", "rozpoczęcie zgrupowania", "przygotowanie do przygotowania do zakończenia zgrupowania" itd. A co dzień, to okazja! Gdy niektórych chwyciła fantazja, to zrobiło się naprawdę wesoło. Jednego dnia Andrzej Juskowiak z Tomkiem Wałdochem nawet wynajęli sobie jacht, żeby pobawić się w wielkim stylu. Ja powiedziałem, że w to nie wchodzę, bo na bank zwymiotuję. Zostałem z Piotrkiem Świerczewskim na plaży. Zaczęliśmy sączyć jakieś ekskluzywne drinki z ananasowych skorup i tak nas trzepnęło, że zanim się zorientowaliśmy... skończyła się plaża. Gdy zaczynaliśmy tę fazę przyjmowania trunków, mieliśmy do morza dobre pięćdziesiąt metrów. Musiało nam się dobrze rozmawiać, bo zabrał nas przypływ!
Widząc, co się dzieje, trener Apostel oświadczył: - Panowie, zdaję sobie ze wszystkiego sprawę. Mam tylko jedną prośbę. Tego i tego dnia wyjeżdżamy z hotelu na lotnisko. Chciałbym, aby wszyscy byli obecni.

Odprawa przedmeczowa w podobnym tonie. Apostel wiedział, że ma do czyniania z zespołem pieśni i tańca, a nie piłkarskim. - Przyjechaliśmy tu, żeby się nie skompromitować - stwierdził. Miał rację. Sam sądziłem, że jak nas złapią, wyczują frajerów, to będę błogosławił dzień, w którym zostałem napastnikiem, a nie obrońcą lub co gorsza bramkarzem. Nikt nie obstawiał niskiego wyniku. W naszych przewidywaniach było tylko "od piątki w górę". I co się okazało? Mogliśmy wygrać!
W pierwszej minucie zostałem tak ścięty w polu karnym, że myślałem, iż mi nogi urwie. Takie faule powinni nagrywać dla sędziów i pokazywać - "Oto jest wyznacznik faulu, za który trzeba dyktować jedenastkę". Oczywiście miejscowy sędzia, Brazylijczyk, nie miał o tym pojęcia. Skończyło się wynikiem 2:1 dla Brazylii, co mogło świadczyć o tym, iż oni też mieli podobne zgrupowanie. Niemniej trzeba przyznać, że spotkanie nam wyszło. Brazylijskie gazety zachwycały się "Wieszczem", pół ligi chciało go brać za każde pieniądze. Cóż on tam z nimi wyprawiał! Na boisku krawaty wiązał, kręcił jak baranami, siatki zakładał. Padali przed nim, nie wiedząc o co chodzi. Istny cyrk! Później Andrzej Juskowiak, który akurat strzelił kolejnego swojego gola, tłumaczył nam z gazet teksty o genialnym Tomku W. Kto wie, jak to spotkanie by się skończyło, gdyby nie mania Maćka Szczęsnego, aby stawiać obrońcę tylko przy jednym słupku. Jeden do słupka! Gol... Co było później - wiadomo. Jeden do słupka! Gol... Obie bramki takie same!
Trener Apostel z powodu wyniku był wniebowzięty. My też, ale szybko przeszliśmy nad tym do porządku dziennego i wróciliśmy do zajęć w podgrupach. Roman Kosecki jako jedyny coś nie mógł zapomnieć o meczu i ciągle przykładał sobie lód do lekko rozbitej nogi.

- Idę, położę się z tym lodem.
- Siedź, co będziesz chodził?
- Poleżę i wrócę.

Lekko się przeliczył, bo był już na tyle zmęczony, iż z tym lodem usnął. Obudził się po dobrych dwóch godzinach z odmrożeniem! - Jak ja się w klubie pokażę?! Co im powiem, że się upiłem i usnąłem z lodem przy nodze?! - marudził. I ciągle powtarzał, jak go boli. - Czemu mnie nie obudziliście?! Wiedzieliście, że tak będzie! - narzekał. Jeszcze czego, żebym chodził i sprawdzał, czy Roman sobie nie robi epoki lodowcowej w pokoju.

Kulesza nie płaci rachunków Kadra i obiad w fast-foodzie Przymknięte oko Strejlaua (odcinek 55)

Przesympatyczne zgrupowanie w Brazylii dobiegało końca. Żegnaj kraino miodem płynąca. No, może nie tylko miodem. Jeszcze przed samym wyruszeniem z hotelu doszło do małego zamieszania - ktoś nie zapłacił za piwo! Jeśli mam być dokładnym, ktoś nie zapłacił za kilkadziesiąt piw. Podejrzani byli młodzi mężczyźni, w wieku od 20 do 35 lat, widywani w biało-czerwonych dresach.

Wszyscy siedzieliśmy już w autokarze, gdy nagle przybiegł kelner.
- Stop! Zaraz, nieuregulowany rachunek! - krzyknął podenerwowany.
- Uuuuuuu - rozniosło się po autokarze. My, piłkarze, nie kryliśmy oburzenia.
- A z jakiego pokoju?
- 628.
- Kto miał pokój 628?
- (cisza)
- Kto miał pokój 628?!
- Prezes Kulesza! - krzyknął ktoś.
- Ooooooooooooo - rozległo się znów w autokarze, a po twarzy pana Ryszarda spłynął rumieniec, ale widać też było w oczach zaskoczenie.
- A co to za rachunek? - zapytano.
- Kilkadziesiąt piw!
- Uuuuuuuuuuuu - piłkarze kręcili głowami. - No ładnie panie prezesie, no ładnie!

Kto wie, czy właśnie wtedy Kulesza nie wydał ostatnich pieniędzy. Okazało się bowiem, że gdy przylecięliśmy do Belgii i znów wyszło na jaw, że mamy czatować na lotnisku kilkanaście godzin, dostaliśmy... jakieś drobne pieniądze i kazano nam zjeść posiłek w McDonaldzie. I to zjeść dużo, bo nie wiadomo, kiedy będzie następny! Spojrzeliśmy się na siebie, kilku chłopaków mimo wszystko prowadziło zdrowy tryb życia i preferowało trochę inne restauracje, ale cóż - jak trzeba, to trzeba. Ciekawe, czy jeszcze kiedykolwiek reprezentacja Polski jadła w posiłki w lotniskowym fast-foodzie?
Żeby jednak tak ciągle nie ganić tego PZPN, to trzeba przyznać, że na noc, którą mieliśmy spędzić w oczekiwaniu na samolot z Belgii do Polski (który to już był dzień zgrupowania, osiemdziesiąty?), wykupiono nam miejsca w hotelu. Wchodzę razem z Andrzejem Juskowiakiem do pokoju, a tam - niestety - podłoga się rusza.
- Dziękujemy bardzo, ale prosilibyśmy pokój bez tych małych przyjaciół. Następnego dnia byliśmy w Polsce. Sami. Kierownictwo kadry znalazło sobie wcześniejszy lot.
Ilekroć myślę o Brazylii, przypomina mi się także inny wypad do Ameryki Południowej, jeszcze za kadencji Andrzeja Strejlaua. To samo! Jakoś nasi spece od organizacji w PZPN nie byli mocni w tym kierunku. Wtedy lecieliśmy do Ameryki krajowym składem, taka bardziej Liga Polskich Rodzin, niż reprezentacja Polski. Pamiętam, że wszyscy byli już w Moskwie, gdzie mieliśmy przesiadkę, a ja i Marcin Jałocha dolecieliśmy później, ze względu na mecz w ekstraklasie. Zawieziono nas do niby-hotelu, w którym reszta kadrowiczów oczekiwała na lot. Drzwi do pokojów pootwierane, bo po pierwsze śmierdziało, po drugie - strach zamknąć, mogą się nie otworzyć. Wylot mieliśmy o jakiejś skandalicznej porze, czwarta czy piąta rano. Na wstępie stewardessa nas poinformowała: - Drodzy państwo, będziemy lecieć około 24 godzin.
Chwila, zaraz, o co chodzi? Dookoła świata zasuwamy, czy jak? Droga pani, to jakaś pomyłka, nie pracuje pani w sterowcu! Później się okazało, że mamy trzy międzylądowania. No ładnie, w takim razie trzeba się zaszczepić. Zaczęliśmy pić piwo, ale ile można to robić, skoro kolejka do ubikacji się wydłuża? Przerzuciliśmy się na drinki mocniejsze, ale mniej moczopędne. 24 godziny w samolocie! Pierwsze międzylądowanie - wyspa, a na niej lotnisko, sklep bezcłowy i kibel. Tak, piękne miejsce. Cały samolot ruskich zrobił zakupy, ciekawe czy chociaż piloci lecieli na trzeźwo? Znowu startujemy, znowu ulga, że się udało. Poszedłem spać. Każdy może się zmęczyć w samolocie.

- Kiedy następne międzylądowanie? - spytałem Piotrka Świerczewskiego po przebudzeniu.
- Już było!
- Jak to było? Przecież nie wysiadałem.
- Słuchaj, Kowal, to było tak. Nie mogliśmy cię obudzić i powiedzieliśmy, że zostajesz. Przyszła stewardessa, też nie dała rady, w końcu przyniosła latarkę, podniosła ci powiekę i sprawdziła, czy żyjesz! Wszyscy poza tobą wyszli, wrócili po kilkudziesięciu minutach, a ty tu lizałeś rany. Chyba wbrew przepisom, ale nikt cię nie chciał nosić.

Trener nie miał pretensji, bo każdy zachowywał się spokojnie. Nikt nie tańczył, nie rzucał butelkami, nie wymiotował. Po prostu z czasem kolejne osoby się wyłączały i szły spać. Kto miał dość podróży - skracał ją sobie wszystkimi dostępnymi środkami. Cóż, wybór środków nie był zbyt bogaty, ale to już nie była nasza wina.
Liga Polskich Rodzin nawet tak źle tam nie pograła, chociaż z drugiej strony pierwszy raz w życiu poniosłem porażkę w meczu kadry - dopiero w dziewiątym występie. Powiózł nas przede wszystkim młody Redondo, uświadomił niektórym na czym polega różnica między kopaniem piłki a graniem w piłkę. Później nawet wygraliśmy z Urugwajem 1:0.

<--Poprzednie                                                                                                                                                      Następne-->