Czy jestem "goły"? Wszystkie moje zarobki Co robić z kasą... (odcinek 46)
 

Różne krążą o mnie plotki. Jedna z nich głosi, że jestem "goły" i tak zdesperowany, że już nawet musiałem swoje wspomnienia na łamach gazety drukować. Olewam to. Prawda jest taka, że kontrakt z Betisem ustawił mnie całkiem, całkiem... W Legii zarabiałem śmieszne pieniądze, tylko na koniec przyznano mi siedemset milionów premii za potrójną koronę. Hiszpania to już inny świat - najpierw dostawałem dwieście tysięcy dolarów netto. Jednak tylko przez pierwszy sezon, bo później klub był na tyle ze mnie zadowolony, że koniecznie chciał przedłużyć umowę na... osiem lat. - Spokojnie, po co na osiem? Podpiszmy od razu na dziesięć i będziecie mieli mnie z głowy - odparłem. Oni wniebowzięci - z miejsca podpisali! Sporządzono dwa kontrakty - jeden oficjalny, ten który wysłano do federacji, i drugi nieoficjalny, zgodnie z którym dostawałem pieniądze "na boku". Dzięki temu w praktyce nie płaciłem podatków, a miałem same zwroty. Jeśli ktoś myślał, że tylko w Polsce robi się takie machlojki, to się grubo mylił. Zresztą, w Hiszpanii się nawet mecze sprzedaje, do czego jeszcze wrócę w następnych odcinkach.

Oczywiście dostałem też znaczną podwyżkę - z dwustu do czterystu tysięcy dolarów na rękę, a z każdym sezonem miało być o dziesięć procent więcej. Betis płacił mi regularnie przez 3,5 roku. Kolejno: dwieście tysięcy dolarów, czterysta tysięcy dolarów, czterysta czterdzieści tysięcy dolarów i dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wszystko co zarabiałem, szło na konto. Godnie mogłem wyżyć z premii, to w zupełności wystarczyło. Później na chwilę źródełko wyschło. W Las Palmas nic poważnego nie odłożyłem, kasa rozchodziła się na duperele (zapytajcie piłkarzy, ile wydają na duperele - niektórzy po czterysta baniek miesięcznie). Gdyby naprawdę kasa mi się skończyła, nigdy nie wróciłbym do Polski. Siedziałbym w Sewillii i patrzył na rosnącą kupkę pieniędzy. Ale mi się nie chciało, mnie to nudziło. Na półtora roku skończyłem z piłką.

Ktoś powie, że wróciłem do futbolu, żeby znów mieć z czego żyć. W jaki sposób można wydać na Bródnie konkretną kupkę dolarów? W jaki sposób można wydać choćby sto tysięcy? Nie można, to nierealne. Nigdy nie kupiłem sobie samochodu, hazard mnie nie bawił, biedakom nie rozdawałem, a jedyną zachcianką, jaką sobie w życiu sprawiłem była budowa domu. Jak można przepić takie pieniądze? Nie wiem, co i gdzie musiałbym pić, żeby stracić połowę takiej sumy. Może ktoś ma pomysł? Może ktoś potrafi przeliczyć te dolary na litry czarnej whisky? Moim największym hobby jest zbieranie grzybów. A zapewniam, że samolotem na grzyby nigdy nie latałem... Nie wróciłem do futbolu dla pieniędzy. Wróciłem dla piłki, dla meczów, dla adrenaliny. Znudziło mi się siedzenia na tyłku i patrzenie w telewizor. Chciałem udowodnić sobie i innym, że jeszcze mogę być naprawdę dobry.

Teraz też podobno już nic nie mam, jak mówią ci niby najlepiej zorientowani. Po powrocie do piłki grałem przez pół roku w Legii. Miałem kontrakt wynoszący 180 tysięcy złotych rocznie, po odjęciu świadczeń zostawała połowa. Czyli obłowić było się nie sposób, ale nie tak traktowałem grę w Legii. Liczyła się piłka, Legia, Warszawa. Na przejazdy wystarczyło. Do odejścia na Cypr jeszcze dojdę, ale po ponad roku w Anorthosisie wpłynęło na moje konto kolejne 200 tysięcy dolarów. Pytam się jeszcze raz - jak to wydać? Jeśli ktoś ma jakieś ciekawe pomysły, niech mi pomoże, może skorzystam! A przecież czekam na kolejne, przyznane mi przez FIFA, 200 tysięcy zielonych... No i jeszcze w czasie gry w piłkę coś zarobię. Wkrótce skończę 31 lat.

Nie wiem, czy mogę nic nie robić do końca życia. Po pierwsze - mam zamiar jednak coś robić, żeby nie umrzeć z nudy, po drugie - nigdy nie interesowało mnie wieczne jechanie na jakichś odsetkach. Mam kasę i tyle, jak mogę zapłacić, to płacę. Dedykuję to wszystkim tym, którzy chcieliby widzieć mnie bez grosza. Owszem, wydaję na razie sporo. Miesięcznie dwadzieścia tysięcy złotych - na mnie, kobietę, córkę, brata, ojca, matkę - musi iść. Pomogłem też siostrze kupić mieszkanie i tak dalej. Było trochę wydatków. A przecież gdyby nie ja, jedynym źródłem utrzymania dla wszystkich byłoby 500 złotych renty mojego ojca. Sądzę, że z czasem będę wydawał coraz mniej. Zabawa się znudzi, potrzeby znikną.

Już widzę niektórych "życzliwych" po przeczytaniu tego odcinka, jak im kable na szyi wyłażą. Tak panowie i panie, "Kowal" ma się dobrze. Nigdy w życiu nie myślał o pieniądzach. Wiedział, że i tak będzie bogaty. Wyjeżdżając do Hiszpanii chodziło mu tylko o grę w tamtejszej lidze.

Bez pożegnania Bigotes, bigotes! Źle wybrałeś Polaku (odcinek 47)

Wolę się witać niż żegnać. Dlatego wyjeżdżając do Hiszpanii zostawiłem wszystko za sobą tak, jak było. Wiedziałem, że te trzy godziny samolotem to nie tylko zmiana klimatu. To zmiana całego mojego życia. Wiedziałem, że nadszedł moment, od którego nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Nic. Nie będzie imprez, alkoholu, zabaw, spotkań w "Garażu". I nie tęskniłem, zanim jeszcze na dobre zdołałem wyjechać, nie odwracałem się trzysta razy na lotnisku w poszukiwaniu znajomych twarzy. Wszedłem na pokład samolotu zadowolony i pewny siebie. Moja dziewczyna była w trzecim miesiącu ciąży. Nowa piłka, nowa rodzina, nowy ja.

W Hiszpanii na mnie czekano. Już na lotnisku w Madrycie odebrał mnie menedżer. Pięć godzin jechaliśmy samochodem do Sewilli, nawet nie miałem okazji się przebrać, bo od razu zawieziono mnie na stadion. A tam... O cholera! Pięć tysięcy ludzi przyszło tylko po to, żeby zobaczyć jak wyglądam. Czekał też na mnie trener, prezes i cała drużyna. - Fakt, że nie jestem słaby, ale oni chyba mnie jednak z kimś pomylili - zaśmiałem się. Przeszedłem obok ustawionych w szeregu nowych kolegów, każdemu podałem rękę.

- Wojciech Kowalczyk - przedstawiałem się.

- Juan.

- Wojciech Kowalczyk.

- Rafael.

- Wojciech Kowalczyk.

- Pedro.

I tak dalej. Oczywiście nic a nic z tego nie zapamiętałem i następne trzy dni siedziałem nad skarbem kibica gazety "Don Balon" i wkuwałem na pamięć. - No, ty jesteś Pedro, cwaniaczku! O, a ty Rafael! - uczyłem się. Dla nich też ta moja prezentacja nie była zbyt owocna, bo następnego dnia usłyszałem tylko jak rzęzili: "Wo... Wojsc... Wojcsi... Ech... Kowalciz.... Kowalzi... Ech". - Polaco! - ktoś krzyknął i to był koniec nauki mojego imienia i nazwiska. Byłem "Polaco". Po kilku miesiącach, gdy już potrafiłem się porozumieć, powiedziałem im: "Chłopaki, ja jestem Kowal". Tylko, że "Polaco" tak już się zakorzeniło, że ten "Kowal" padał raz na dziesięć. Po jakimś czasie niektórzy wołali też na mnie "bigotes", co oznacza wąsy. Co szedłem pod prysznic, to mi pokazywali, żebym i wąsy ogolił. "Bigotes, bigotes!" - śmiali się i robili ruchy sugerujące, że powinienem pozbyć się tego zarostu raz na zawsze. No, troszkę się naczekali. Mniej więcej trzy lata. Ksywka "Polaco" była o tyle niewdzięczna, że tak w Sewilli mówi się na Katalończyków. I za każdym razem, gdy mnie ktoś z kolegów poznał w sklepie i wrzasnął "Polaco!", to się wszyscy klienci gapili. - A mi tam te Polaco pasuję, bo jestem za Barceloną! - odgryzałem się.

Pierwszego dnia w klubie, zaraz po prezentacji, miałem też konferencję prasową z setką pytań najzwyczajniejszych ze zwyczajnych oraz rozmowę z trenerem. - Wiem, jak grasz, obserwowałem cię od dawna i zrobiłeś na mnie duże wrażenie. Mam nadzieję, że będziesz stanowił spore wzmocnienie dla zespołu. Na razie będę starał powoli wprowadzać cię do zespołu. Nie miałeś z nami okresu przygotowawczego, spokojnie poznasz kolegów, zobaczysz, jak to wszystko wygląda, jak tu się gra. Ale spokojnie. Widziałem cię i wiem, że sobie poradzisz - wyznał. Nigdy, ani wtedy, ani przez następne lata nie miałem z tym szkoleniowcem problemów. To był prawdziwy profesjonalista, przesiadujący w klubie od rana do wieczora. Takie zaangażowanie jeszcze polscy trenerzy są w stanie sobie wyobrazić. Ale panowie, spokojnie! On siedział w klubie cały dzień i przez ten czas nie rozmawiał o kasie! Taktyka, taktyka, taktyka. Tylko to się liczyło. Zajmował się też najmłodszymi piłkarzami w zespole. Nie jakieś tam: "Kto chce, niech zostanie". Najmłodsi mieli zostać i już - ćwiczyli technikę, strzały, przerzuty.

Trener powiedział, że najpierw da mi trochę wolnego czasu. Przyleciałem do Hiszpanii w środku tygodnia i sobotniego meczu kolegów z Athletic w Bilbao nawet nie obejrzałem. Przez ten czas zwiedzałem Sewillę z dziewczyną i tłumaczką. - Źle wybrałeś! Już my ci pokażemy, że do niewłaściwego klubu trafiłeś! - zagadywali fani FC Sewilla. Kibice Betisu cały czas chcieli o czymś rozmawiać. Kurczę, szybko stałem się popularny! Myślę, że zdradzały mnie te "bigotes", niczym spadochron szpiega Stirlitza z ruskich dowcipów. A już wkrótce miały mnie zacząć zdradzać... gole!

Jeśli debiut, to gol Dezercja nauczyciela Problemy? Ja? (odcinek 48)

Zawsze miałem szczęście do debiutów. Gdziekolwiek grałem po raz pierwszy - zawsze strzelałem gola. Czułem, że tak może być także i tym razem. Problem tylko w tym, że pierwszy mecz ligi hiszpańskiej, który miałem widzieć z bliska, musiałem rozpocząć z ławki rezerwowych. - Polaco, spokojnie popatrz, jak tu się gra, spróbuj znaleźć miejsce dla siebie. Bez względu na wynik, wpuszczę cię w drugiej połowie - poinformował mnie trener. W szatni wszyscy mnie poklepywali po plecach. Nic nie rozumiałem, ale potakiwałem: - Si, si.

Może i mówili, że niezły baran ze mnie, ale to "si, si" powtarzałem niestrudzenie. W końcu zaczął się mecz. Stadion - grywałem na lepszych. Ale nie powiem, ładny i duży. My w Polsce mamy albo ładne, albo duże. A tam potrafili połączyć przyjemne z pożytecznym. Na trybunach 45 tysięcy ludzi - jest dla kogo grać! Mija pierwsza połowa, w szatni trener nic mi nie pokazuje - cholera, jeszcze nie wchodzę. Poszedłem się jednak rozgrzewać - w końcu dał słowo, że mnie wpuści. 60 minuta - nic. 70 minuta - nic. Co jest grane? No, wreszcie! Kwadrans przed końcem trener mnie zawołał. Kilka klepnięć w plecy, zastępujących język hiszpański. - Dobra, teraz patrzcie! - i wbiegłem. Z trybun doszedł do mnie tumult braw, wiedziałem, że wszyscy patrzą właśnie na mnie. - Tylko dajcie mi piłkę - marzyłem. W końcu poszła akcja prawą stroną boiska, dośrodkowanie na krótki słupek. Uprzedziłem bramkarza i starałem się trafić pod poprzeczkę, ale kąt był tak ostry, że wydawało mi się, iż nic z tego. Uderzyłem. Chwila niepewności, ale ludzie się cieszą. Jest! Znowu gol w debiucie! Sporting Gijon rozgromiony.

Sędzia jeszcze nie zdążył wyjąć gwizdka z ust, a już koło mnie tłum dziennikarzy, na płycie boiska. I coś zaczynają paplać w tym swoim języku. - Przepraszam, nie mówię po hiszpańsku - stwierdziłem. - He? - zdziwili się dziennikarze, ale byli zadowoleni, że cokolwiek nagrali i będą mogli puścić na antenie radiowej. - No hablo espanyol! - powtórzyłem to samo, ale już w sposób dla nich zrozumiały i uciekłem do szatni. Tam oczywiście wszyscy zaczęli mi gratulować - piłkarze, trenerzy, prezes. Pod stadionem stał tłum kibiców. Wystarczyło, że lekko się wychyliłem, a już rozpoczęło się skandowanie: "Ko-wal-cik, Ko-wal-cik!". - No ładnie namieszałem - pomyślałem wesoło. Na rozmyślania nie miałem jednak czasu, bo zaraz przejął mnie menedżer: - Kowal, idziemy na kolację!

- Wszystko idzie na razie jak po maśle. Wydaje mi się, że na razie nie powinieneś mieć tu żadnych problemów. Teraz wyjeżdżam i musisz radzić sobie sam. W razie czego, dzwoń. Zawsze ci pomogę - powiedział mi w restauracji "menago". Był ze mną przez pierwsze 10 dni w Sewilli, ale w końcu musiał wrócić do swojego życia.

Nie wiedziałem, jak to wszystko będzie wyglądało. Był wrzesień. Patrzyłem w kalendarz i odliczałem dni do Świąt Bożego Narodzenia - do czasu, gdy znów będę mógł polecieć do Polski. Na razie zostałem sam z Ewą. Klub wynajął nam apartament w spokojnej dzielnicy niedaleko stadionu - sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych, dla nas nawet chyba za dużo. Nalegałem, aby odległość od obiektu Betisu nie była zbyt duża, bo chciałem spokojnie dochodzić sobie piechotką na treningi. Autobusy 162 akurat w Sewilli nie kursowały...

Jedyny kontakt z krajem miałem wtedy, gdy udało się ze mną skontaktować jakiemuś dziennikarzowi. Na co dzień zostawał mi tylko język hiszpański. Poznać go musiałem... sam. Mój nauczyciel - Polak - miał mnie gdzieś, odkąd poznał różnicę w zarobkach moich i jego. - Sam się pan ucz! - rzucił, odwrócił się na pięcie i tyle go widziałem. Okazało się, że nie jestem wcale taka ofiara losu, bo po trzech miesiącach w szatni spokojnie mogłem rozmawiać na tematy piłkarskie - na zasadzie "Ty podać Kowal, Kowal strzelić gola". Koledzy mnie lubili. Może dlatego, że gdy już się odzywałem, to starałem się nie puścić jakiegoś smętniaka, tylko wszystkich rozbawić. Mimo to czasami trener wzywał mnie na rozmowę.

- Polaco, masz jakieś problemy? - pytał.

- Ja? Problemy? Panie, ja nigdy w życiu żadnych nie miałem!

- Żadnych?

- Panie, sprowadź mi pan kolegów z Bródna to już na pewno mi pan wszystkie problemy rozwiąże!

- Br... Bród... Bródna?

- Tak tylko żartowałem.

Jestem królem Sewilli Sprzedajemy mecz! Wielkie premie za porażkę (odcinek 49)

W Betisie możesz strzelać gole każdemu, ale najważniejsze, abyś skaleczył FC Sewillę. Jeśli to zrobisz, jesteś kozakiem. Ja tym kozakiem byłem! Derby w tym mieście zawsze smakowały wyjątkowo, a ja od początku kariery doskonale się czułem w wyjątkowych meczach. Ten z Sewillą wygraliśmy 2:1, sam strzeliłem drugiego gola. Dostałem piłkę w polu karnym, nie miałem czasu, aby spojrzeć, jak ustawiony jest bramkarz. Uderzyłem na siłę, przypadkiem, bez celowania - wpadła gościowi między nogami! Tak to już bywa, że jeden będzie strzelać bez celowania całe życie i tylko sobie krzywdę zrobi, a inny jak nie kopnie, tak wpada - i do tej drugiej grupy należałem ja! Zresztą, tak szczerze, to prawie żaden piłkarz oddając mocny strzał nie celuje. Wie gdzie jest bramka i tyle - raz wpadnie po widłach, a raz pójdzie w sam środek. Takich, którzy potrafią naprawdę kontrolować dokładny kierunek piłki, jest na świecie bardzo niewielu - Sinisa Mihajlović i nie wiem, kto jeszcze. Nie tak dawno Sylwek Czereszewski strzelił w Krakowie bramkę po huknięciu w samo okienko. Nikt mi nie powie, że on tam celował. Po prostu prawie nie trafił w bramkę! Ot, i cała zasługa.

Po strzeleniu gola Sewilli stajesz się królem miasta. Ludzie kłaniają ci się w pas, a ty wiesz, że gdy jutro kupisz gazetę, to znów będziesz na pierwszej stronie. To jest jednak tylko jedna strona medalu w lidze hiszpańskiej. Jest też druga, pokryta cieniem, paskudna. Brutalna rzeczywistość - sprzedawanie meczów. Tak, tak, zgadza się. W Hiszpanii także ustawia się wyniki spotkań i udaje się, iż wszystko jest cacy. Właśnie ułożony mecz najbardziej kojarzy mi się z FC Sewillą. Ułożyliśmy go my, Betis. Mieliśmy przegrać...

- Chłopaki, w sobotę macie dostać w dupę od Sportingu Gijon. Tak zadecydowałem. Zrozumieliśmy się? - wypalił prezes klubu, zanim jeszcze na dobre wszedł do szatni.

- O co panu chodzi? - zapytał nasz kapitan.

- Jak przegracie ze Sportingiem, to Sewilla leci z ligi! - wytłumaczył swoją filozofię i wyszedł. - Żeby mi tylko nikt numeru nie wywinął, bo będzie skończony! - rzucił na koniec. No to ładnie wpadłem! Au! Chyba coś poczułem w nodze. Och, to na pewno groźna kontuzja. A jeśli nie groźna, to na pewno nie lekka! Zaraz, zaraz - przecież mnie nic nie boli. No to na pewno zaboli! - Panie trenerze, wydaje mi się, że sobie coś nadciągnąłem. Cholernie mnie "dwójka" boli - stwierdziłem. I w tym momencie zobaczyłem, że ból przeszył co najmniej połowę drużyny. - Oho, panie trenerze! Chyba ostatnim razem się nie wyleczyłem do końca! - dodał następny piłkarz. - Oj, skrzypi mi Achilles. Gdzie jest doktor? - padło pytanie z następnego końca szatni.

Im bliżej było meczu, który musieliśmy przegrać, tym więcej dolegliwości pojawiało się w zespole i prawie nie było ludzi zdolnych do trenowania. Jeden z ostatnich poważnych piłkarzy przyszedł dzień przed meczem do trenera z informacją: - Nie wiem, co się stało, ale mam wysoką temperaturę.

No, ten to ruszył po całości. Nie udawał, że coś go pobolewa, tylko chyba biegał nago przez całą noc albo przynajmniej zjadł surowego ziemniaka. - Panowie, to przesada! Jak ja skompletuję jedenastu!? Nikt ma już nie zachorować, zrozumiano?! Proszę wszystkich, aby poważnie podeszli do zawodu i nie odnosili kolejnych kontuzji - oświadczył szkoleniowiec. I tak zostali mu do gry tylko juniorzy oraz rezerwowi. Siedziałem w czasie spotkania na trybunach i żal mi było tych chłopaków. Jeden z nich nawet miał dobrą sytuację do zdobycia gola. Nie ryzykował - walnął jak najbardziej w górę, byle dalej od poprzeczki. Skończyło się na 0:1, na własnym boisku. Gdy Sporting strzelił gola, kilkadziesiąt tysięcy fanów Betisu wyskoczyło z radości - FC Sewilla spada! Tymczasem po meczu koledzy, którzy musieli wystąpić, mieli łzy w oczach. W szatni panowała kompletna cisza.

- Brawo!!! - przerwał ją nagle nasz prezes. - Wszyscy macie dodatkowe, potrójne premie! To była fantastyczna robota. Dla każdego po milion pesos, jutro do odbioru! - krzyknął. Milion pesos można było w najlepszym wypadku dostać za pokonanie Barcelony czy Realu... - Nie chcemy tych pieniędzy - odpowiedział jeden z tych, którzy grali. Uśmiech zniknął z twarzy prezesa. - Kto nie chce? - spytał. - My - usłyszał. Ten kto chciał, miał podnieść rękę. Nie podniósł nikt... - Nie jesteście warci tego klubu. Skoro nie chcecie moich pieniędzy, to ja się was prosić nie będę - wykrztusił z siebie wkurzony szef. Zaczęły się kłopoty z płatnościami...

Bajeczny sezon i wspólne kolacje Zostaję ojcem Rany, gdzie byłeś?! (odcinek 50)

Pierwszy sezon w Betisie był bajeczny. Jako beniaminek zajęliśmy trzecie miejsce w lidze. Nie strzelaliśmy dużo bramek, chyba mieliśmy rekordową liczbę remisów 0:0, ale prawie w ogóle nie przegrywaliśmy. Grałem dobrze, może bardzo dobrze, choć na pewno nie tak, jak sobie wymarzyłem. W klubie byli jednak ze mnie zadowoleni. - Polaco, ty zarabiasz za mało. Nie możesz dostawać ledwie dwustu tysięcy dolarów. Dostaniesz podwyżkę, do czterystu tysięcy! - powiedział mi prezes. Nie protestowałem specjalnie i rzeczywiście moje zarobki wzrosły. W dodatku dzień po zakończeniu ligi dostałem wszystkie pieniądze - przyszedłem do klubu, wydano mi czek - i po sprawie! Tak, dobrze trafiłem.

Atmosfera w zespole była bardzo sympatyczna. Raz w miesiącu mieliśmy obiad z prezesem i trenerami oraz kolację, już we własnym gronie. Kolację stawiali ci, którzy najgorzej typowali wyniki ligowe. Trzech ostatnich płaciło za resztę. Raz też się załapałem, ale był taki gość, co przez kilka lat płacił bezustannie. W ogóle chyba nie wiedział, o co w tym wszystkim biega! Przy stole opowiadaliśmy sobie różne zabawne anegdoty. Czasami koledzy pytali mnie, czemu cały czas nie jeżdżę samochodem.

- Bo nie umiem - mówiłem.

- Ale mówiłeś, że masz prawo jazdy.

- Bo mam.

- Masz i nie umiesz jeździć?

- Zgadza się. Kupiłem.

Tłumaczyłem, że naszym sponsorem w Legii było FSO. Przyszedł do mnie człowiek, mówi, że za 300 dolarów załatwi mi prawko, zupełnie normalne, a ja nie będę się musiał ruszać z domu. Proszę bardzo, kolego. No i rzeczywiście. Bez jazd dali mi dokument, widocznie widzieli, że - normalnie - twarz wykapanego kierowcy! - Dziękuję - powiedziałem. Dla Hiszpanów to było dziwne, tak jak dla Polaków dziwne było, iż Hiszpanie do trzeciej rano dzień w dzień siedzieli w restauracji i pili wino, a o dziewiątej rano byli na treningu.

Dla mnie pierwszy rok w Betisie jest pamiętny nie ze względu na atmosferę czy też sukces sportowy. Wtedy wydarzyło się coś znacznie ważniejszego - urodziny córki, Karoliny. W klubie już wcześniej poinformowano mnie: - Widzieliśmy, że twoja partnerka spodziewa się dziecka. Wszystko już załatwiliśmy. Masz się stawić do tego i tego szpitala, to elitarna, droga placówka.

Gdy już Karolina przyszła na świat, dostałem dzień wolny, drużyna przyniosła mi prezent dla córeczki - złoty łańcuszek ze złotą tabliczką z wygrawerowanym "Carolina" oraz datą urodzenia. Spędzałem sporo czasu na spacerach z wózkiem, mogłem się wykazać w roli kucharza - o czym zawsze marzyłem - choć to może za duże słowo w odniesieniu do osoby, która przygotowywała jakieś niemowlęce papki. Przypomniało mi się też moje dzieciństwo i byłem dumny, że mogę wychowywać dziecko w odpowiednich warunkach - że mogę iść do sklepu i po prostu wybrać najładniejszą zabawkę. Moją zabawką były trampko-korki, z każdym miesiącem coraz bardziej zdarte. W domu nigdy się nie przelewało i należało oszczędzać każdy grosz. A już na pewno nie wydawać na takie głupoty, jak sprzęt do grania w piłkę. Niemniej zawsze sobie jakoś radziłem - starałem się szukać dorywczych prac, aby zarobić parę złotych. Przenosiłem jakieś paczki, pomagałem rozwozić towar. Moje dziecko nie musiało szukać kasy. Już ją miałem.

Przypomniała mi się też inna sytuacja. Kiedy byłem jeszcze strasznym gnojkiem, rodzice zostawili mnie w domu z rocznym bratem. - Tylko siedź przy nim i uważaj, żeby sobie krzywdy nie zrobił! - pouczyli. No tak, ale... moja Olimpia miała mecz. Co tu zrobić? Przyszedł po mnie trener. - Proszę pana, nie mogę jechać na mecz. Muszę zostać z bratem - powiedziałem. - To weź go ze sobą! - odrzekł. To było ważne dla nas spotkanie, musieliśmy wygrać. Miał rację - przecież mogę wziąć brata ze sobą! Wszystko skończyło się tak, że ja biegałem po boisku i pakowałem golę, a trener stał z kołyską obok i zabawiał grzechotkami mojego brata. Wygraliśmy!

- Tato, wygraliśmy! - krzyknąłem zadowolony.

- Rany Boskie, gdzie ty byłeś? Miałeś opiekować się z bratem! Co z nim?! Już wezwaliśmy policję!

Teraz sam miałem wystąpić w roli ojca. Podobało mi się to. Chciałem nim być.

<--Poprzednie                                                                                                                                                        Następne-->