
Niech Kulesza przyklepie Rataj, to chore! Czy my nie przesadziliśmy? (odcinek 41)
Wreszcie... Wreszcie gwizdnął i jest koniec. Mistrzostwo Polski. Nagle na boisku pojawiły się tysiące ludzi. Jak ja dojdę do szatni? Panowie, koszulki nie oddam! Nie, nie ciągnij mnie za nią, nie oddam! Muszę mieć pamiątkę. Spokój, zostawcie, proszę was. No, dziękuję. Ktoś założył mi na szyję swój szalik, kolejne osoby klepią mnie po plecach. Nawet nie mówią do mnie nic specjalnego. Są zbyt szczęśliwi, żeby się wysilić na jakieś inteligentne pytanie. A ja jestem zbyt szczęśliwy, żeby inteligentnie odpowiedzieć. Zaraz wrócę. Tylko się przebiorę!
- Dobra, z tą radością to poczekajcie, aż Kulesza mistrza przyklepie! Kto wie, co tym razem cała Polska widziała? - mówił w szatni Marek Jóźwiak. Mimo to tego dnia przebój był prosty: "Kto został mistrzem, Kulesza kto został mistrzem?". Śpiewał to cały stadion, śpiewaliśmy my.
Po chwili wybiegliśmy na płytę, tam już czekały na nas tekturowe korony. Ustawiliśmy się wzdłuż trybuny krytej i raz jeszcze zapytaliśmy pana Rysia, czy może nie wie, kto wygrał ligę. Jednak pomeczowa zabawa była poważnie utrudniona faktem, że już trzy dni później czekał nas finał Pucharu Polski, przeciwko ŁKS. Trenerzy nie byli idiotami i wiedzieli, że tak czy siak - będzie picie. Trzeba je było tylko choć trochę ograniczyć. Pojechaliśmy po meczu do Konstancina - najpierw krótkie i sztywne spotkanie z panem Romanowskim, a potem zameldowanie w hotelu "Marta". Jeszcze nie zwariowałem, żeby mistrza z Martą świętować. I nie po to rezerwowaliśmy wcześniej stoliki w Ground Zero, żeby teraz miały się zmarnować. Zamówiliśmy taksówki i wszyscy pojechaliśmy do tej warszawskiej dyskoteki. Co tu dużo mówić - nikt raczej nie tańczył, bo każdy wolał pilnować miejsca przy stoliku, żeby go nikt nie podsiadł, albo - broń Boże - żeby go kolejka nie ominęła. Opłacanie doby hotelowej w "Marcie" było tego dnia raczej wyrzuceniem pieniędzy w błoto, bo relaksowaliśmy się w innych miejscach.
Pierwsza noc po meczu to było wielkie, choć w pełni zasłużone picie, ale przecież zbliżał się finał Pucharu Polski. W przypadku dubletu premia była dużo pokaźniejsza. Pan Romanowski to bogaty człowiek, więc trzeba mu zabrać. W związku z tym trenowaliśmy. Jednak z drugiej strony - przecież dopiero co zdobyliśmy mistrzostwo! Następnego dnia znowu impreza. Trenowaliśmy na kacu, kropli do oczu nawet nikt nie stosował, bo po co było udawać, że białe jest czarne. Balanga? Pewnie, że tak. Była! Znowu pojechaliśmy do Warszawy. W końcu nadeszła ostatnia noc przed meczem. Trenerzy się wkurzyli. Przy wyjściu z budynku ochroniarze. Przy drzwiach na korytarzu - ochroniarz. Gdzie nie pójdziesz, ktoś cię ma na oku. Ja w pokoju z "Ratajem".
- Krzysiek, przecież to chore, żeby nas, dorosłych chłopaków, jakieś typy pilnowały. Co to, kolonia?
- Weź, nic mi nie mów. Ale co to za różnica, i tak jutro mecz.
- Pokażmy im, ile są warci.
- Jak?
- Widzisz to drzewo?
Wyszliśmy przez okno, spokojnie po gałęziach drzewa zeszliśmy na ziemię. Następnie jak gdyby nigdy nic weszliśmy głównym wejściem. - Co jest?! - podskoczył ochroniarz, jak oparzony. No widzisz, odważniaku, kiepski z ciebie cieć. Musiałbyś nas przykuć do kaloryfera, żeby być górą. Jeszcze nikt "Kowala" z "Ratajem" nie ujarzmił. A teraz idziemy spać, bo jutro mecz. Patrzcie sobie na te klamki do rana.
Mecz z ŁKS nie układał nam się przez długi czas, choć graliśmy zdecydowanie lepiej niż z Górnikiem. Do przerwy jednak 0:0.
- Rataj, czy my nie przesadziliśmy z balowaniem?
- Sam nie wiem, źle mi się gra.
- No właśnie, nie mam siły. Cholera, zjedzą nas, jak nic nie zrobimy.
Dwie nieprzespane noce musiały dać o sobie znać. I dawały. Przegięliśmy pałę... 25 minut do końca i ciągle 0:0. Mijają minuty. Sił coraz mniej. "Rataj", weźmy się w garść. W końcu "Rataj" dorzucił z lewego skrzydła. Leci do mnie, leci! Przepchnąłem się i uderzyłem głową. Bardzo, bardzo mocno i jeszcze bardziej precyzyjnie! Jest! Od tego momentu kompletnie zapomniałem o zmęczeniu. Jeszcze jedna moja akcja, przedarłem się prawym skrzydłem na pełnej szybkości, podałem do Jurka Podbrożnego - do "pustaka" i 2:0! No to jeszcze jedna moja akcja, identyczna, znów prawą stroną na szybkości - do Leszka Pisza, ale on tym razem do "pustaka" nie trafił. Koniec. Legia na tronie, Legia w podwójnej koronie!
Ukręciłem bat na siebie Mięciel nie dał rady Szokujące zdjęcia (odcinek 42)
Podnosząc Puchar Polski, nie sądziłem, że to mój koniec w Legii. A tymczasem okazało się, że... ukręciłem na siebie bat. Każdy nasz sukces, każdy gol był kolejnym zobowiązaniem finansowym dla działaczy. Tamtego lata, jednego z najlepszych w historii klubu, zdobyliśmy jeszcze Superpuchar Polski, po pokonaniu w finale ŁKS 6:4. Premia za potrójną koronę miała być jak na tamte czasy imponująca - po 700 milionów złotych. A za tyle można już było kupić dwupokojowe mieszkanie. Ratunku finansowego upatrywano w awansie do Ligi Mistrzów.
Analizowaliśmy, na kogo nie chcielibyśmy trafić w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Byliśmy zgodni - tylko nie Hajduk Split. Ta drużyna była w koszyku ze słabszymi tylko dlatego, że przez poprzednie lata z powodu wojny nie grała. Jednak wiadomo, co wtedy prezentował futbol bałkański. W dodatku dochodziły do nas wieści, że Hajduk ściąga piłkarzy z zagranicy. My zostaliśmy niemal w tym samym składzie, bez wzmocnień. No, doszedł na przykład Piotrek Mosór, ale... zapomnijmy - zależy do czego on miał być wzmocnieniem. Tyle tylko, że kiedyś podobno przyjechał motorem na Legię i wyrżnął w drzewo. Aha, był jeszcze Marcin Mięciel, potrafił nam zaimponować na treningach strzałami z przewrotki, widać było, że będzie z niego piłkarz. Ale jeszcze nie wtedy, jeszcze nie miał szans na grę. "Miętowy" czy Mosór trzymali się w młodszej grupie. Dlaczego nie wkupili się do starszyzny, podobnie jak ja na początku? Może nie chcieli, a może... nie byli w stanie. Ja czułem się na siłach, by wytrzymać tempo kolegów, więc skorzystałem z zaproszenia. Mięciel raczej by nie nadążył.
Hajduk... Co tu dużo mówić. Byliśmy bez szans. W pierwszym meczu, u siebie, zamurowali się perfekcyjnie, wygrali 1:0. Nie miałem pół sytuacji! - Trafiliśmy za mocno - mówiliśmy jeszcze przed rewanżem. Niby nie czuliśmy się straceni, ale gdzieś tkwiło w nas, że... już po wszystkim. Przed wylotem do Splitu mieliśmy zgrupowanie w Konstancinie. Chwilkę pospaliśmy, bo już o czwartej rano trzeba było zapakować się do samolotu. Czwarta rano! Potem lot, hotel, trening, hotel, mecz i znów w środku nocy samolot. No bo skoro czarter, to trzeba lecieć! Co z tego, że żadna normalna drużyna nie podróżuje w takich porach? Legia podróżuje! Sam mecz ułożył się fatalnie, szybko czerwoną kartkę dostał Krzysiek Ratajczyk. Tamci pokazali, jak się gra - 4:0. Niby czołgi na ulicach, ale kopali zdecydowanie lepiej od nas.
Wkrótce po meczu przyszedł do nas trener Paweł Janas. Do nas, czyli do mnie i kilku innych wiodących zawodników - wiadomo, Leszek Pisz, Zbyszek Robakiewicz, Zbyszek Mandziejewicz, Krzysiek Ratajczyk. Wyjął jakieś zdjęcia.
- Podobno przed meczem z Hajdukiem piliście całą noc - stwierdził.
- Że co? - wyraziłem szczerze zdziwienie, bo akurat nie piliśmy.
- Dostałem zdjęcia.
Patrzymy, a tam fotki, co rzekomo znaleziono pod naszymi łóżkami. Znaleźliby ze dwie butelki piwa - dobra, mogło być piwo. Ale tam zawalone butelkami wódki, whisky... Całe stosy tego! Nawet nasza grupa nie byłaby w stanie tyle wypić, a co dopiero przed meczem.
- Panie trenerze, przecież mieliśmy wylot o czwartej rano. Gdybyśmy to łyknęli, to albo byśmy nie wstali na czas i spali do dziś, albo byśmy polecieli na ten mecz nawaleni. Sam pan dobrze wie, że na meczu byliśmy, a do samolotu weszliśmy o własnych siłach.
- No tak, wiem. Od początku w to nie wierzyłem.
Janas to mądry facet i doskonale zdawał sobie sprawę, że ktoś podłożył nam świnię. A może to rzeczywiście było pod łóżkiem, po poprzednich gościach hotelowych. Przecież w Konstancinie przez cały tydzień odbywały się jakieś kursy. Kto na kursach czyta książki?
To wszystko działo się przed meczem w Katowicach. Strzeliłem tam gola, mogłem dwa. Jak się później okazało - było to moje ostatnie trafienie w barwach Legii. W klubie zaczynało brakować pieniędzy - Ligi Mistrzów nie ma, za to zaległości są, sięgają już trzech miesięcy. - Wiesz Wojtek, przydałoby się kogoś sprzedać. Dobrze by było, gdyby jakiś wartościowy piłkarz wyjechał za granicę - powiedział mi niby przypadkiem Marek Polakow-Stepanow...
Wielkie panisko Sekretarka daje czadu Nawet bez kwiatów (odcinek 43)
Wojtek, trzeba kogoś sprzedać... No tak, takie słowa prawej ręki Janusza Romanowskiego sporo mówiły. Ze zdaniem Marka Polakowa-Stepanowa trzeba się było liczyć, choć Bóg jeden wie, co to za gość, skąd się wziął i czy ktokolwiek w życiu go lubił. Bo my go nienawidziliśmy. Krząta się, chodzi, zagląda wszędzie, wielkie panisko. A o piłce nie ma żadnego pojęcia! Żadnego! Cała jego działalność w klubie ograniczała się do kilku wyuczonych na pamięć kwestii, postaram się przytoczyć wszystkie: "Nie ma!", "Niestety, nie mogę pomóc", "Nic z tego", "Nie uda się", "Nie do załatwienia". W zasadzie wszystkie można podsumować jednym stwierdzeniem oddającym nastawienie tego gościa do piłkarzy - "pocałuj mnie w dupę". Gdy ktoś z nas musiał iść "na górę", żeby o coś prosić, trafiał go szlag! - Znowu trzeba się z tym bałwanem użerać! - mówiono w Legii. A ten wycwanił się na tyle, że zatrudnił w klubie swoją żonę jako sekretarkę. Ta to dopiero dawała czadu! Oprócz wyuczonych przez męża kwestii potrafiła także - sekretarka!!! - opieprzyć piłkarza, że jak on w ogóle śmie przychodzić po coś, skoro tak beznadziejnie gra! Kazała się przyłożyć do pracy i zmiatać. No ładnie. Ciekawe, czy chociaż telefony odbierała...
Polakow-Stepanow zasugerował mi, że wszyscy czekają na moje odejście. Dostałem propozycję z Betisu Sewilla. Przedstawiciele tego klubu kontaktowali się ze mną wcześniej, jeszcze zimą, ale powiedziałem im wtedy, że zanim przystąpimy do rozmów to ja muszę zdobyć z Legią mistrzostwo Polski, a oni muszą awansować do pierwszej ligi. Ja zdobyłem mistrzostwo, oni awansowali, zarzekali się, że mają ciekawy zespół. To była jedyna propozycja. Wiadomo, że prasa donosiła, iż chce mnie pół Europy (w tym pół ligi angielskiej), ale nikt poza Betisem bezpośrednio się do mnie nie zgłosił. W Legii o niczym mnie nie informowano. - Kowal, jedź. Nam zapłacą, tobie zapłacą, ciekawa liga - mówili mi koledzy. - Zarobisz i będziesz miał spokój na całe życie - dodawali.
Szczerze mówiąc, nie chciałem wyjeżdżać. Miałem dopiero 22 lata, świetnie - od wielu bramek - rozpocząłem następny sezon, w Warszawie zbudowano drużynę, która rok po roku mogła sięgać po mistrzostwo i w końcu awansować do Ligi Mistrzów. Kurczę, chciałem zostać! Z drugiej strony liga hiszpańska, moja ukochana. W Legii nie płacą od trzech miesięcy. Jeśli nie odejdę, to nic się nie poprawi - i mnie, i kolegom. Prezes nalega, aby wyjechał. Może ma rację? Może w kraju osiągnąłem już wszystko, co mogłem? - Kowalczyk powinien wyjechać - pisali przychylni mi dziennikarze. Hiszpania... Zgodziłem się.
Najpierw dzwoniła do mnie tłumaczka, potem do Warszawy przyjechali przedstawiciele Betisu. Załatwiliśmy wszystkie formalności w jeden dzień. Wreszcie zaczynałem zarabiać konkretne pieniądze - na początek 200 tysięcy dolarów za sezon. Hiszpanie zapłacili za mnie 1,7 miliona dolarów, co sprawiało, że byłem najdroższym piłkarzem i w historii Legii, i w historii Betisu. Wtedy taka kasa, to jak na dzisiejsze warunki 10 milionów. Doceniano mnie. To dobrze wróżyło na przyszłość. - Wojtek, wolelibyśmy, abyś już nie grał w żadnym meczu, bo jeśli odniesiesz kontuzję, to jeszcze może się tak zdarzyć, że oni nam nie zapłacą - poinformował mnie prezes Romanowski.
Niech to! Cały czas nalegałem, że chcę mieć pożegnalny mecz. Potem okazało się, że niepotrzebnie... To było spotkanie ze Stalą Mielec. Pogadałem chwilę z chłopakami w szatni, wyszedłem za nimi z tunelu. Stanąłem za bramką i... na tym się skończyło. Nikt mi nie dał żadnych kwiatów, nikt nawet nie powiedział publiczności, że jestem na meczu. Był piłkarz, nie ma - kop w tyłek na pożegnanie. - Cholera, do czego ja czułem ten sentyment? Do tych działaczy, pracowników klubu? Wszyscy tacy sami, uśmiechają się, bo widzą w tobie kasę - pomyślałem. Byłem wkurzony. Kibice raz na jakiś czas skandowali moje nazwisko, ale... nie tak to miało wyglądać. Nie tak sobie wyobrażałem ten ostatni dzień w klubie. Spojrzałem jeszcze po raz ostatni na stadion, na trybuny, na bramki. Tu się wszystko zaczęło. Łazienkowska 3.
Janas - jaki jest? Wizyta w domu Niepotrzebne schematy (odcinek 44)
Miałem żal do trenera Janasa, że nie pozwolił mi rozegrać pożegnalnego meczu w barwach Legii. Wiem, nieuzasadniony żal. Wiem, to nie była jego decyzja. Wiem, nie miał wyboru. Ale do niego było najbliżej. Nie myślałem racjonalnie, tylko grały we mnie uczucia. Mam teraz biegać za prezesem i go prosić, by wpuścił mnie na boisko? Jest trener - można się przecież na niego zezłościć. Paweł Janas zawsze miał jednak bardzo dobrą i poszukiwaną u trenerów cechę - potrafił się dogadać z piłkarzami. Wtedy też tak było. Porozmawialiśmy chwilę, ja ochłonąłem, on mi powiedział: - Wiesz Wojtek, po co masz złapać kontuzję? Jest dobrze tak, jak jest.
Lubiliśmy się, zawsze było nam ze sobą po drodze - Janas był przy mnie, gdy spóźniłem się na przedolimpijskie zdjęcie, czy też wybuchła mała afera związana z rzekomymi dowodami pijaństwa przed Hajdukiem. Jeśli ustalimy, że w skali jeden do dziesięciu Janusz Wójcik lubił mnie na dychę, to Paweł Janas na dziewięć, a może dziewięć i pół. Pamiętam nawet, że kiedyś zaprosił mnie do siebie do domu, do Podkowy Leśnej. - Przyjedź, weź ze sobą dziewczynę, pogadamy jak koledzy - powiedział. Oczywiście skorzystałem, odwiedziłem go razem z Ewą. Przyjął nas bardzo miło, zaimponowała mi przede wszystkim jego kolekcja trofeów myśliwskich oraz pokaźny barek. O, takiego barku to dawno nie widziałem. Ale tyle moje, co się napatrzyłem. Nie piliśmy alkoholu, tylko bodajże kawę.
Janas to bardzo dobry fachowiec, a jego główną zaletą jest właśnie to, iż potrafi znakomicie porozumiewać się z zespołem. I to nie tylko z wąską grupą ulubieńców, ale także z tymi, którzy nie grają. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek piłkarz skarżył się na współracę właśnie z nim. Janas grał w piłkę, bardzo dobrze grał w piłkę i wie, co piłkarz czuje, kiedy nie gra, co czuje, kiedy coś mu nie wyszło, wie, czego potrzebuje w danym momencie. To po prostu w nim siedzi, taki ma charakter - tego nie da się wyuczyć. Gdy w zespole jest dwudziestu dorosłych mężczyzn, to każdy z nich ma swoje odmienne życie, w którym piłka jest tylko jakimś tam - mniejszym lub większym - epizodem. Trzeba umieć balansować między sportem a codziennością, trzeba umieć rozmawiać, robić atmosferę. Janas umie. I nie jest ważne, czy to klub, czy też kadra. I tu, i tu jest dwudziestu facetów.
Niektórzy trenerzy stawiają na ostrość - "zapieprzaj!" to ich jedyny sposób motywacji, gdy komuś nie wychodzi. Inni głaszczą po główce i pytają, czy czasem nie potrzebny sok albo fryzjer. Janas jest kimś pomiędzy. Ma też tę zaletę, że jest... normalny. Na przykład prowadząc Legię pracował z piłkarzami z którymi wcześniej grał w jednej drużynie - z Leszkiem Piszem czy Zbyszkiem Robakiewiczem. I oni, co było dla wszystkich zrozumiałe, zwracali się do niego na "Paweł". Po prostu, koledzy. A że jeden jest trenerem? Nie na tym polega zdobywanie autorytetu, aby nagle kazać się nosić w lektyce. Jak trudny jest przeskok na poziomie piłkarz-trener, zorientowałem się kilka lat później, gdy do Legii wrócił Dariusz Kubicki. On sobie z tym nie poradził. Są ludzie i ludzie.
Oczywiście pojawiały się w związku z tym głosy, że Leszek Pisz ustalał skład czy coś w tym stylu. Nie wiem czy tak było, szczerze mówiąc - nie sądzę. Przecież i tak w zasadzie graliśmy tą samą jedenastką przez cały czas.
Wiele osób teraz mnie pyta, czy wybór Janasa na selekcjonera jest właściwy. A ja się pytam - jaki wybór? To był jedyny rozsądny kandydat. Owszem, my Polacy, jakoś najczęściej tak mamy, że z grona czterdziestiu milionów futbolowych ekspertów wybieramy tego jednego jedynego, który o piłce nie ma pojęcia i dajemy mu do prowadzenia kadrę. A potem narzekamy, że nieudacznik. Z Janasem moim zdaniem tak nie będzie. Owszem, był jeszcze pod ręką Henryk Kasperczak, ale odłożył kadrę na później. Na później, czyli pewnie na zawsze - jak w wypadku Franciszka Smudy.
Paweł Janas nie ma samych zalet - to oczywiste. W następnym odcinku postaram się wyeksponować to, co w naszej współpracy nie do końca mi się podobało. Nie można przecież tylko słodzić, bo wtedy łatwo o mdłości!
Czy "Tomek" ma rację? Raul też pali Bezsensowna odprawa (odcinek 45)
Jan Tomaszewski zarzuca Pawłowi Janasowi, że ten gdzieś tam przed jakimś meczem nie upilnował piłkarzy. Cóż, moim zdaniem akurat tym razem nie ma racji. Piłkarzy nie da się upilnować. Uciekali za Strejlaua, Apostela, Piechniczka, Wojcika, pewnie za Górskiego też. I za Janasa też będą uciekali. Co może zrobić trener? Musiałby siedzieć pod drzwiami, a najlepiej w pokoju zawodnika, żeby ten czasem oknem nie wyszedł. To wszystko mrzonki. Powiedzieć w szatni, że jedno wyjście i wywalenie z kadry? A co zrobić jak dziesięciu wyjdzie, jak to zawsze bywa? Dziesięciu wyrzucić? A skąd wziąć następnych? Co to ma być, wylęgarnia talentów? Gdybym był trenerem, też przymykałbym oczy. Piłkarz ma prawo wyjść z kolegami i w sympatycznej atmosferze, trzy dni przed meczem, porozmawiać sobie przy piwie czy nawet whisky. Trzeba tylko znać porę, znać umiar czy też własne możliwości. Jeśli ktoś zna - proszę bardzo, liczy się to, co pokażesz w meczu. Nie można traktować dorosłych, 30-letnich facetów jak uczniów na "zielonej szkole". Na tej zasadzie powinno się też zabraniać piłkarzom palić papierosy. Tylko po co, skoro ten kto będzie chciał i tak zapali? Prosinecki palił trzy paczki dziennie i grał w Realu. Raula też widziałem z papierosem. Mieliby się zamykać w toalecie?
Jakie więc wady ma Paweł Janas? Będąc szczerym, to szukać ich trzeba głęboko, bo naprawdę "Janosik" zna się na fachu. Na pewno niczego nie można mu zarzucić w kwestii treningów. Te Janas zawsze miał perfekcyjnie zorganizowane i charakteryzował się tym, iż wybornie współpracował ze swoim sztabem. Wiadomo było, kto za co odpowiada. Jeden przygotowywał obrońców, inny bramkarzy, kolejny zajmował się techniką. Każdy piłkarz w czasie zajęć miał świadomość, iż nie ma zmarnowanej kropelki potu - to jest robione z głową, więc gdzieś się w końcu przyda.
No, może nie wszystko. Jeśli chodzi o wady, to wymieniłbym wadę wszystkich polskich trenerów, w tym Janasa. Nigdy nie mogłem zrozumieć, po co na odprawach rozrysowują schematy akcji ofensywnych. I jeszcze każą grać według nich, jak Antoni Piechniczek. Chwila, zaraz. Narysował pan, jak ma to wszystko pięknie wyglądać, ale pan na tej tablicy poustawiał rywali! Na boisku też pan ich poustawia? To może od razu zetrzemy ściereczką bramkarza, będzie łatwiej strzelić gola. Albo chociaż narysujmy, w którą stronę się rzuci. Rozumiem, że można tak jak Strejlau rozrysować schemat krótkiej akcji, jednego podania, obiegu - to ma sens. Jednak gdy widzę, że piłka ma przejść przez pięciu zawodników, ten ostatni ma wykonać przerzut do szóstego, a szósty odegrać do siódmego, który wszystko zakończy strzałem, to nie wiem, gdzie oczy podziać. Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się na boisku znaleźć w takiej sytuacji, jak na tablicy. Nigdy! Nie mówię, że akurat Janas przywiązywał do tego specjalną wagę, bo tak nie było, ale zdarzają się tacy trenerzy. "Janosik" też czasami te akcje rozrysowywał, co chyba wynika z faktu, że nasi szkoleniowcy chcieliby czuć większą odpowiedzialność, za wszystko, co dzieje się na boisku, niż to jest możliwe. W Hiszpanii mi mówiono: - Jesteś napastnikiem, dobrym napastnikiem, ty masz kreować akcje, wszystko zależy od twojego instynktu, wyobraźni.
A u nas trenerzy czasami całe życie czekają, aż kiedyś wyjdzie przez przypadek schemat z tablicy i wtedy, po czterdziestu latach, na konferencji prasowej opromienieni krzyczą: "Sprawdziło się!". Choćby nawet przegrali 1:8 - sprawdziło się!
Zawsze uważałem, że tego typu odprawy to strata czasu. Oby Janas, który już wcześniej takich rysuneczków nie eksponował, kompletnie o nich zapomniał. Trenerze, to nie ma sensu. Jeśli jakikolwiek piłkarz z piłką przy nodze będzie szukał rozwiązania narysowanego wcześniej kredą, to trzeba z niego zrezygnować - to słaby piłkarz, który nigdy prochu nie wymyśli. W reprezentacji Polski nie powinni grać kopacze piłkarsko niedouczeni, ale ludzie z futbolowym zmysłem, iskrą pozytywnego szaleństwa.