
A może opowiem dowcip? Podbrożny, krok przed nami Golimy "Mandzieja"! (odcinek 36)
Janusz Wójcik odszedł. No dobra, był jeszcze Paweł Janas. Ci, których "Wujo" tępił, jak na przykład wspomniany wcześniej Grzesiu Wędzyński, poczuli się mocniejsi - wreszcie uwierzyli, że mogą zacząć grać. Na dobre odżyła rywalizacja w drużynie, choć i wcześniej była, a w dodatku doszedł do nas Jurek Podbrożny z Lecha. O tym, jak jego i Mirka Trzeciaka powitał Adam "Cięty język" Fedoruk, już pisałem. W końcu tak się jakoś złożyło, że Mirek u nas nie został. Do dziś nie wiem, dlaczego. Niektórzy twierdzą, że drużyna go nie lubiła, ale to nieprawda. Przecież Mirek to taka sympatyczna gaduła, która co drugie zdanie zaczynała od: "A może opowiem wam dowcip? ".
To bardziej "Guma" Podbrożny był tym, który miał kłopoty z aklimatyzacją. Wiadomo, że jeśli ktoś nie jest dostatecznie odważny aby samemu wykonać pierwszy krok, a nie ma "przewodnika" to raczej będzie miał problemy, aby się stać duszą towarzystwa. Jurek zawsze wolał usiąść z boku, jak typowy mruk. Ze względu na wiek, wiele osób sądzi, że trzymał on się głównie z grupą "rządzącą" ekipą Legii, czyli ze mną, Leszkiem Piszem czy Zbyszkiem Robakiewiczem. A to nieprawda. "Guma" wolał szukać towarzystwa wśród Piotrka Mosóra czy Marcina Jałochy. A z Mosórem to im tak jakoś do dzisiaj zostało... Podbrożny miał jeszcze jedną wadę - nie lubił piwa, tylko od razu przechodził do poważniejszych trunków. Kiedy my zaczynaliśmy spożywanie alkoholu, to on już miał kaca. A jak my mieliśmy kaca, to on już chciał grać mecz. Zawsze był ten jeden krok przed nami i chyba do końca życia będzie stawiał "białą" ponad piwem.
I jak tu nawiązać nić porozumienia ? Ale "Guma" nie izolował się od nas, często chodził z nami posiedzieć, tyle tylko, że zazwyczaj siedział i nic nie mówił. Kiepski z niego imprezowicz. Nikt pretensji nie miał, bo chociaż na boisku nie zostawał w tyle - co tu dużo mówić, Jurek jest zawodnikiem wielkiej klasy, wybitnym. Wiedzieliśmy jedno - może specjalnego wzmocnienia pod względem rozrywkowym nie stanowił, ale w grze nam się przydał i to bardzo. Mnie na tym szczególnie zależało, bo przecież miałem grać z Jurkiem w duecie.
Zimą wyjechaliśmy na obóz do Włoch. Chyba nikt do końca życia nie wyjawi, kto ten obóz organizował, ale za takie rzeczy powinno się trafiać do pierdla. Wylądowaliśmy w jakiejś wsi na południu, po dwudniowej jeździe autokarem. Wysiedliśmy w śniegu, hotel jeszcze nie w pełni oddany do użytku i bez czynnej stołówki. Nic, tylko przygotowywać się do walki o mistrzostwo Polski. To całe zgrupowanie byłoby nieprawdopodobnie mdłe, gdyby nie Julek Kruszankin, a raczej jego żona i to, co razem wyprawiali dziewięć miesięcy wcześniej. Pewnego dnia pojawiło się hasło - "Julek ma syna!". No to co trzeba z takim fantem zrobić? Oczywiście opić! Szast, prast, Julek szybko zorganizował zapasy zimowe i zaczęło się typowo polskie opijanie potomstwa. Śmiechy, jaja, w końcu patrzymy - Zbyszek Mandziejewicz usnął. - Coś się chyba Mandzia dawno nie golił... - wymamrotał "Piszczyk". Wkrótce wrócił z maszynką do golenia i Zbyszkowi starannie pielęgnowane wąsy ogolił, przy asyście Marka Jóźwiaka. Rano patrzymy, a jakiś typ schodzi na śniadanie. Z twarzy niepodobny zupełnie do nikogo, nie najmłodszy. Halo, co jest?! Nowego piłkarza kupili? Obcym wstęp wzbroniony! - Ja wam durnie dam wzbroniony - wypalił wkurzony "Mandzia". A Leszek go tylko podpuszczał.
- Ale głupio wyglądasz bez tych wąsów, ja bym swoich nigdy nie ogolił! Po co żeś to zrobił? - śmiał się.
- Lepiej, żebyś na treningu koło mnie nie przebiegał, bo ci nogi urawę! - burknął gołowąs.
No i rzeczywiście "Piszczyk" później już tylko koło Mandziejewicza skakał, bo bał się normalnie przebiegać. Zgrupowanie się w końcu skończyło i ruszyliśmy w powrotną drogę. A to była długa i ciekawa droga... Oj, jest o czym opowiadać...
"Zielek", wieczny karciarz Hazard wśród piłkarzy Jóźwiak rozbija telewizor (odcinek 37)
Jedziemy już tysięczną godzinę,
a na drogowskazach wciąż nie widać Warszawy. Gdzie my do jasnej cholery
jesteśmy? No tak, jeszcze we Włoszech, choć już na północy. Jacek Zieliński cały czas przycina całą drużynę w karty. Ma chłopak
zdrowie. Potrafił kosić tak, że wracając z meczu, na średniej
długości trasie, wygrywał drugą meczową premię. Bezwzględnie
najlepszy w te klocki! Czasami przypominaliśmy mu powiedzenie: "Kto
ma szczęście w kartach, ten nie ma w miłości" i rozpoczynały się
docinki. - Jacek, zadzwoń do domu, pewnie żony nie ma! - mówił ktoś.
- Zielu, a co twoja druga połowa teraz robi? - żartowano. A Jacek
nic, tylko trach, trach, trach i kolejna kupka pieniędzy przed nim.
On chyba więcej w życiu zarobił na kartach, niż na boisku!
Hazard do ciekawy temat. Niejeden piłkarz już stracił w nim
majątek życia. My akurat wtedy takich nie mieliśmy. Pomysł grania na
pieniądze pojawił się później, a normalnie grało się w kierki na
takich zasadach, że dwóch ostatnich zawodników stawiało na całą
drogę browary całej czwórce. Założenie było więc proste - nieważne
kto sponsorem, liczba butelek musi się zgadzać. Do kasyn chodziliśmy
rzadko, choć zdarzało się. Ja zacząłem w poprzednich sezonach,
głównie towarzyszyłem Darkowi Czykierowi i donosiłem drinki, gdy on
był zaaferowany kolejną życiową szansą. Chodziliśmy w różne miejsca,
ale chyba najczęściej do Sali Kongresowej. Zasadę miałem prostą -
kiedy Darek wygrywał, to mówiłem: - Chodź, na dziś już wystarczy,
wychodzimy! Byłem typową zrzędzącą opiekunką, tyle że chociaż
wiedziałem, co dobrego do picia trzeba zamówić.
"Lejba" przy
mnie wygrywał prawie zawsze. A jak już z nim nie poszedłem, to potem
mówił: "Wiesz, już byłem na plusie...". Jak każdy hazardzista. Mnie
to jakoś nie wciągało. Lubiłem tylko bingo i do dziś lubię. Jednak
akurat tam nie da się dużo przegrać, bo kupony kosztują dwa, pięć
lub dziesięć złotych. Wygrane też nie są duże, choć teoretycznie to
można trafić cały milion. Tylko że ja chodzę na bingo raczej dla
przyjemności, żeby posiedzieć sobie przy piwie, pogadać z kolegami,
a i w salonie bingo w Warszawie wszyscy mnie znają, więc atmosfera
jest miła.
Dość tych opowieści o hazardzie, bo przed nami
był jeszcze szmat drogi autokarem do Polski. Zatrzymaliśmy się na
nocleg jeszcze we Włoszech. W hotelu oczywiście znów w ruch poszły
karty i butelczyny. Od słowa do słowa, ktoś coś źle policzył, ktoś
za szybko rzucił kartę i zrobiła się kłótnia. A że w butelczynach
nie było wody mineralnej, to niektórzy szybko się zagotowali. Nagle
Marek Jóźwiak chwycił za telewizor i jeb! Rzucił w Krzyśka
Ratajczyka. - Łap! - zawołał "Beret". "Rataj" oczywiście niczego nie
łapał, tylko zrobił unik i spojrzał na Marka jak na kretyna. A
telewizor... jak to telewizor rzucony przez wielkiego chłopa -
szczątki. Nagle "Beretowi" wrócił rozum.
- Czemu żeś tego
nie złapał?! - krzyknął do Krzyśka.
- A po co żeś rzucał!?
- No bo miałeś złapać!
- Ja miałem złapać?
-
Przecież gdybym wiedział, że nie złapiesz, to bym nie rzucał!
- Nie jestem kretynem, żeby telewizory łapać! Po co żeś
rzucał?
- Bo miałeś złapać!
I tak w kółko. Śmialiśmy
się z tej ich kłótni o to, który głupszy, do rozpuku! Następnego
dnia do śmiechu nie było już Markowi, bo musiał zapłacić 400 dolarów
za telewizor oraz lampkę, która poszła przy okazji. Stwierdził, że
prezentów nikomu robić nie będzie i te części telewizora zabrał
autokarem do Polski! Później mieliśmy przystanek w Wiedniu, gdzie
nawet rozgrywaliśmy mecz towarzyski. Jednak po tych wszystkich
ekscesach - imprezie za syna Julka, rozróbie w hotelu we Włoszech,
tam już nas dokładnie pilnowano. Co za dużo, to nie zdrowo. Przecież
przed nami była walka o udowodnienie dominacji w kraju. Czuliśmy, że
mimo wszystko zdołaliśmy świetnie przygotować się do
gry.
Dajcie chociaż 200 złotych Rysiu Wójcik drukuje Papierosa, proszę! (odcinek 38)
Mieliśmy po rundzie jesiennej sześć
punktów straty do Górnika, a przypomnijmy, że wtedy zwycięstwo było
punktowane tylko za dwa oczka. Wyjście na pozycję lidera wydawało
się nie lada sztuką, lecz wiedzieliśmy, że prędzej czy później
dopadniemy ich, a wtedy już nie popuścimy. Na dzień dobry
pojechaliśmy do Lubina i tam, po bardzo trudnym meczu, wygraliśmy z
Zagłębiem 2:1. Wtedy coś zaskoczyło i rozpoczęliśmy prawdziwą pogoń
za pozycją lidera. Górnik zaczął przegrywać jakieś śmieszne mecze i
był coraz bliżej. Już czuł nasz oddech, już się bał.
Przełom
nastąpił po meczu z Zawiszą w Bydgoszczy. Przyjechaliśmy tam dzień
przed spotkaniem, spaliśmy w stadionowym hotelu. Siedzieliśmy sobie
w knajpce, część chłopaków grała w karty, część w bilard. Obsługa
zacierała ręce - oho, szykuje się dobry interes, warszawiacy szybko
nie wyjdą! W pewnym momencie kelner wypalił: - Panowie, a może
byście tak poratowali chłopaków z Zawiszy i dali im ze 200 złotych,
bo im tu prawie nie płacą i chłopaki w ogóle do nas nie wpadają. A
tak, jak byście dali...
Leszek Pisz, zgodnie z prawdą,
odpowiedział, że jeszcze czeka nas niejedna impreza i wolimy kasę
przeznaczyć na nasze balowanie, niż na cudze. A chłopaki jak chcą
potańczyć, to niech stawią się punktualnie na boisku, to... już my z
nimi zatańczymy. No i zatańczyliśmy. Walnęliśmy im szóstkę,
specjalnie chcieliśmy osiągnąć taki wynik, jak w meczu w Krakowie.
Niech PZPN znowu odbiera punkty, jeśli chce. W tej samej kolejce
punkty stracił Górnik i okazało się, że w końcu - po raz pierwszy w
sezonie - wyszliśmy na prowadzenie. "Mamy lidera, w Warszawie mamy
lidera" - śpiewaliśmy co chwilę w autokarze w czasie drogi
powrotnej. Sezon układał się pięknie. Tak pięknie, że aż za łatwo
było to wszystko popsuć...
Tak się akurat złożyło, że zanim
rozstrzygnęliśmy z Górnikiem walkę o mistrzostwo, spotkaliśmy się z
zabrzanami w półfinale Pucharu Polski. W pierwszym meczu, w
Warszawie, zaprezentowaliśmy się kapitalnie. Patrzcie i uczcie się
chłopcy, bo później możecie nie mieć takiej okazji! Wygraliśmy 5:2,
pokazując dobitnie, ile lat świetlnych przed Górnikiem jest Legia.
Nie strzeliłem wprawdzie żadnego gola, ale pamiętam, iż redaktor
Atlas napisał, że to był jeden z moich najlepszych meczów w
karierze. Faktycznie, piłka nie odskakiwała od nogi, a jak już
podawałem, to koledzy strzelali gole. Rządził jednak "Piszczyk" -
strzelił dwie bramki i zanotował dwie asysty. - Jesteśmy w finale.
Nie oszukujmy się, wszyscy widzieli, co ten Górnik gra. W Zabrzu to
już nie czas Janów Urbanów, żeby przegrać tam 0:3 - powiedziałem
wtedy.
O mały włos, a bym się pomylił. Ledwie zaczął się
mecz, a Górnik dostał gola z rękawa. Widziałem wszystko z
perspektywy napastnika - biegnie nasz obrońca trzy metry od
zabrzanina, tamten się przewraca, a sędzia Ryszard Wójcik gwiżdże -
rzut karny! To był jeden z najbezczelniejszych karnych, jakie w
życiu widziałem, nawet kibice Górnika z początku nie wiedzieli, o co
chodzi. - No ładnie, gramy na dwunastu - pomyślałem. Po chwili, już
w normalnych okolicznościach, Górnik strzelił na 2:0. Jeszcze jeden
gol i będzie po nas. Rywal poczuł pismo nosem i wykazał
nieprawdopodobne zdziczenie. W roli głównej wystąpił Grzesiek
Mielcarski. Krzyśkowi Ratajczykowi zrobił obrzydliwą dziurę w nodze.
Mimo skarpety i ochraniacza, w nogę "Rataja" wszedł cały korek i ta
rana goiła się przez wiele następnych tygodni - rana z serii takich,
w które niewierny Tomasz mógłby wsadzić palec, żeby przekonać się o
powadze sytuacji. W wypadku Mandziejewicza konieczna już była
poważna operacja kolana. Oczywiście Zbyszek z decyzją o operacji
chwilę zaczekał, bo wtedy biorąc pod uwagę stan polskich szpitali,
każdy wolał się sześć razy zastanowić, czy czasem nie jest zdrowy.
Sędzia Wójcik stwarzał wrażenie, że nic nie widzi.
-
Co pan robi? Nie widzi pan co się dzieje?! - krzyczałem.
-
Żadnych dyskusji!
- To sędziuj po równo!
- Rozmawiam
tylko z kapitanem...
- Jak tak dalej pójdzie, to kapitan
wyląduje w szpitalu!
- Tylko z kapitanem...
- Ty
baranie...
Na szczęście przejęliśmy inicjatywę. Na 1:2 przed
przerwą strzelił Pisz. Chyba chciał wrzucać, a wyszedł prześliczny
lob, przy którym ciała dał Marek Bęben. W tym momencie w praktyce
skończył się mecz. Na 2:2 strzeliłem ja. Podbiegłem do kibiców
Górnika, bo coś tak ucichli, że kompletnie nie słyszałem, co
śpiewają. - W ogóle tam jesteście? - zaśmiałem się. Obrzucili mnie
zapalniczkami. Panowie, jak rzucacie zapalniczkami, to zlitujcie
się. Rzućcie też papierosa. Z chęcią bym zapalił, będąc już
spokojnym o awans do finału Pucharu Polski. Co się tak denerwujecie?
Czyżbyście zrozumieli, kto rządzi w kraju?
Kompletny paraliż I co teraz zrobimy? Czy jest ktoś mądry... (odcinek 39)
Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałem.
Jedenastu chłopa zapomniało, jak się gra w piłkę - w tym ja. Trenowaliśmy
normalnie, mieliśmy zgrupowania i każdy wiedział, że nie można niczego
zaniedbać, bo czeka nas mecz o mistrzostwo Polski. Znów ten jedyny, decydujący.
Ostatnia kolejka sezonu. Górnik przyjeżdża do Warszawy. Jeśli będzie remis,
mistrz zostaje w stolicy...
Ciążyła na nas ogromna presja - gdyby stadion mógł
pomieścić tego dnia 60 tysięcy ludzi, to by zapełnił się w
komplecie. Kibice wisieli na jupiterach, pobliskich drzewach, przy
płotach widziało się twarz obok twarzy. I my - panowie sytuacji.
Tylko od nas zależy, czy będą cieszyli się ci, którzy nas kochają,
czy też ci, którzy na co dzień nazywają nas pedałami. Do tego PZPN.
Przecież musimy udowodnić tym złodziejom, że rok wcześniej zadarli z
najlepszą polską drużyną. Każdy z nas wiedział - oto nadszedł
moment, w którym wszystko, co było za nami, już się nie liczy.
Moment, w którym poprzednie remisy stawały się porażkami, a porażki
prawdziwymi wrzodami. Jest tylko 90 minut - być albo nie być.
Prawda, że to niesprawiedliwe? Harowaliśmy cały rok, cały pieprzony
rok! Gdybyśmy startowali bez minus trzech punktów, już bylibyśmy
mistrzem. A teraz udowadniaj znowu, że jesteś najlepszy. Udowadniaj!
Już udowodniłeś? Trudno, udowadniaj do skutku, aż misiowie z
centrali powiedzą: - Starczy.
- Będzie dobrze? - pytaliśmy
się nawzajem. - Będzie - odpowiadano. A po chwili ten, który
odpowiadał, zadawał to samo pytanie. Stres. Na mnie największe
wrażenie zrobiło pierwsze wyjście na boisko. To meczu były jeszcze
chyba ponad dwie godziny. Chcieliśmy się po prostu przejść,
przespacerować po murawie. Wyszliśmy z tunelu i szok. Stadion pełny.
Ludzie wstali z miejsc i zaczęli bić brawo. Skandowano moje
nazwisko. - Rany boskie. Ilu tu może być kibiców? Dwadzieścia pięć
tysięcy? Więcej? Rany... Musimy wygrać - pomyślałem, mając żołądek w
gardle. Każdy z nas się bał, że ten jeden raz w życiu zawiedzie i
będzie na niego. Mimo wszystko przed spotkaniem nie przeczuwałem, że
coś będzie nie tak. Krzyknęliśmy jak zawsze, że jeden za wszystkich,
wszyscy za jednego i wyszliśmy na boisko. To w końcu Górnik miał
problem. To Górnik musiał wygrać mecz. Dopiero co dostał przy
Łazienkowskiej 5:2...
Gdy zaczął się mecz, wnet wyszło na
jaw, że jeśli ktoś ma problem, to raczej my. Pierwsze zagranie do
mnie - pierwsza strata piłki. Nic nam nie wychodziło. I wszystkim
razem, i każdemu z osobna. Ci, którzy wcześniej mieli kiwkę, już jej
nie mieli. Ci, którzy potrafili strzelać, już o tym zapomnieli. Ci,
którzy normalnie wygrywali wszystkie główki, teraz nie mogli trafić
w piłkę. Nerwy, frustracja, złość. Mnie piłka odskakiwała raz za
razem, Leszek Pisz miał jakieś głupie straty.
I w końcu
stała się rzecz tragiczna, ale taka, którą można było przewidzieć -
straciliśmy gola. Sytuacja była o tyle kuriozalna, że bodajże Jurek
Brzęczek wyjechał z piłkę za boisko. Ewidentnie. Każdy to widział i
gdyby wtedy było tyle piłek do gry jak w dzisiejszych czasach, to
pewnie chłopcy nie namyślając się rzuciliby piłkę do naszego
zawodnika. Nasz obrońca nawet stanął, bo przecież ten aut był mniej
więcej półmetrowy. A sędzia nic. Po chwili piłka była już pod nogami
Marka Szemońskiego. Ten strzelił przedziwnie. Jakiś taki niby balon,
w krótki róg, ale piłka odbiła się od słupka i wpadła w długi. I już
nawet nie wiadomo, czy rzucić się do odrabiania strat, czy też
czekać na przerwę. Nie wiadomo, co myśleć. Nie wiadomo, co się z
nami dzieje... Patrzymy na siebie jak barany. Czuliśmy na sobie oczy
grubo ponad dwudziestu tysięcy ludzi. Chyba gdyby ten mecz nie był w
Warszawie, byłoby nam łatwiej. Ten jeden raz presja nas przerosła.
Przecież może coś nie wychodzić dwóm, trzem, ale do jasnej cholery -
nie jedenastu! Traciliśmy wiarę...
- Pobudka!!! - wrzasnął w
szatni Paweł Janas. - Chcecie być mistrzem, czy nie?!
Mieliśmy piętnaście minut na postawienie właściwej diagnozy,
znalezienie lekarstwa i wyleczenie się. Zaczęły się przemowy Janasa
i Lucjana Brychczego. Każdy słuchał, jak nigdy. Może jest choć jeden
mądry w tym całym towarzystwie? Może...
Trudne równanie Lorens chce krwi Czy sędzia drukował? (odcinek 40)
Trener Janas w przerwie meczu z
Górnikiem stał przed arcytrudnym równaniem z jedenastoma
niewiadomymi. Kowalczyk - co on gra? Nie wiadomo. Pisz - nie
wiadomo. Fedoruk - nie wiadomo. Podbrożny - nie wiadomo. Ratajczyk -
nie wiadomo. I tak dalej. W dodatku gdzie jest ta awaria?! Biegać -
biegają. Walczyć - walczą. Chcieć - chcą. Grać - ni cholery nie
grają. Janas to widział, ja to widziałem, każdy był tak samo mądry.
Tego jednego dnia sytuacja nas przerosła. W piętnaście minut niczego
się nie zmieni. - Panowie, 45 minut zapierdalania. Dobrze wiecie, że
jesteśmy lepsi. Cały sezon byliśmy lepsi. W meczu pucharowym ich
zmiażdżyliśmy. Strzeliśmy im wtedy pięć goli! Teraz też możemy.
Wystarczy jeden gol i jesteśmy mistrzem. Jeden gol!!! Przecież
strzeliliście już ich dziesiątki! Jeden gol Górnikowi, który może
się od nas uczyć każdego elementu gry. Pokażcie wszystkim tym
ludziom, kto rządzi w Polsce. Ja wiem, że wy. Wy wiecie, że wy. Ale
do diabła nie trzymajcie tej wiedzy dla siebie! W szatni Górnika
jest teraz jeszcze bardziej nerwowo. Oni wiedzą, że my się
przebudzimy! - sądzę, że mniej więcej takie słowa wypowiedział wtedy
nasz trener.
I co to zmieniło? Oczywiście, że nic. Całe
szczęście, że... Górnik był jeszcze gorszy. My byliśmy słabi, ale
tamci... Tamci to już duża przesada! Najbardziej żałosny mecz o
mistrzostwo Polski w historii naszego futbolu. Jedni zestresowani,
drudzy jeszcze bardziej. Tak naprawdę to my jednak lepiej
wytrzymaliśmy obciążenie niż Górnik. Po nich widać było, że wyszli
naładowani typowo lorensowską gadką - czyli jazda z warszawiakami po
kościach, im więcej dziur w nogach, tym lepsza wypłata, a jeśli przy
okazji udałoby się wybić kilka zębów... O, wtedy byłoby
fantastycznie! A więc dalej panowie, niech łokcie nie zatrzymują się
nawet na sekundę. Chcę widzieć krew! Lorens zapomniał jednak o tym,
że sędzia Wójcik tym razem siedzi przed telewizorem, a po boisku
biega Redziński. Pierwszy wyleciał Bałuszyński, bez żadnych
wątpliwości dwie w pełni zasłużone żółte kartki. Dziękujemy ci
Heniu, chociaż ty jesteś z nami w tych trudnych chwilach. Później
się okazało, że nie on jeden. Kolejne brutalne zagrania, kolejne
żółte kartki. Górnicy chyba chcieli nas przestraszyć, a my byliśmy i
tak na tyle otumanieni, że nam było wszystko jedno.
Upływały
kolejne minuty. Faule, faule, faule i poza tym nic, zupełna nuda.
Nadal nic nam nie wychodziło. Gdy Górnik grał już w dziewiątkę, w
końcu wywalczyliśmy rzut rożny. Dośrodkował Leszek Pisz, piłkę
strącił Jurek Podbrożny, a Adaś Fedoruk trafił w samo okienko! To
już nawet nie była radość. To był amok lekko przytłumiony poczuciem
ulgi. Ulga, że jednak się udało. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie
możemy stracić gola. Kolejny zawodnik Górnika wyleciał z boiska, a w
ósemkę to i AC Milan nic by nam nie wcisnął. Byliśmy mistrzami.
Trzeba było tylko odczekać te ostatnie dziesięć minut...
Oczywiście przez kolejne lata pojawiały się głosy, że to
wszystko dzięki sędziemu. Skoro tak, to czemu arbiter nie widział
autu w akcji, z której Górnik strzelił gola? Czemu akurat wtedy
"przydrukował" przeciwko nam? Wszystkie kartki dla piłkarzy z Zabrza
były słuszne, kto widział powtórki, ten nie może mieć wątpliwości.
Zresztą zabrzanie przy stanie 1:1 chcieli koniecznie dostać jeszcze
jedną czerwoną, bo wtedy byłby walkower 3:0 dla nas. Moim zdaniem
tak właśnie powinno się stać - powinien być walkower i "wyjazd,
frajerzy". Oczywiście nie jestem ślepy i dziś, gdy o tym myślę,
sądzę, że ktoś w PZPN chciał nam naprawić krzywdę, którą wyrządził
rok wcześniej. Moim zdaniem ktoś powiedział sędziemu Redzińskiemu,
że tego dnia ma nam się nie stać nic złego. I sędzia działał tak,
żeby nam pomóc. Tyle tylko, że nagle okazało się, iż... wystarczy,
że będzie rzetelnie i uczciwie wywiązywał się ze swoich obowiązków.
Nie wiem, jak on by sędziował, gdyby piłkarze Górnika nie grali jak
naćpani. Może wtedy rzeczywiście by coś wykręcił? Nie musiał.
Zabrzanie się podstawili. Sami przegrali ten mecz. Oczywiście inny
arbiter mógłby się przestraszyć stawki i nie pokazywać tych kartek,
ale to już inna sprawa - miał prawo pokazać, pokazywał.
Oczywiście później Lorens bredził, że jest moralnym mistrzem
Polski. Jakiś czas później na zgrupowaniu reprezentacji Polski temat
wrócił. Siedzieliśmy przy ognisku razem z piłkarzami Górnika. Adam
Fedoruk wyjął gitarę i zaśpiewał im utwór własnego autorstwa pt.
"Moralni mistrzowie". Łączymy się z wami w bólu, szanowni koledzy z
Zabrza...