
Pijaństwo zamiast meczu Piłkarz ucieka ze zgrupowania Dwaj wąsacze z mocną głową (odcinek 31)
Takich zgrupowań się nie zapomina. Pojechaliśmy do Zakopanego, żeby przygotować się do nadchodzącego sezonu i startu w Pucharze UEFA. Aż tu znowu bomba - oglądamy wieczorem telewizję i znów dowiadujemy się o kolejnych karach. Wykluczono polskie kluby z europejskich rozgrywek! No, ładnie misie z PZPN zaszalały ku chwale naszego futbolu! To był dla nas cios na szczękę. Tyle tylko, że po ciosie na szczękę od razu idzie się spać, a my musieliśmy jeszcze odreagować. Musieliśmy upić się z rozpaczy. Zdezynfekować nową ranę. Nie jesteśmy mistrzem, nie gramy w pucharach, minus trzy punkty na nowy sezon, masa kasy koło nosa.
Poszliśmy wszyscy w miasto, znaleźliśmy jakąś knajpę i siedzieliśmy do rana. Co jakiś czas ktoś się wykruszał i wracał do hotelu. Ja zawsze lubiłem zostawać do końca, więc całą noc spędziłem z kilkoma kolegami z kieliszkiem w ręku.
- Ty, jutro mieliśmy chyba z kimś grać, tak? Z GKS? - zapytał ktoś.
- A, niech se hanysy same grają!
I siedzieliśmy dalej. Dzień później, o godzinie 11.00, rzeczywiście mieliśmy stawić się na boisku i rozegrać mecz kontrolny z Katowicami. Przyszła godzina 11.00, a na boisku sami zawodnicy GKS. Trener Janas zaczął biegać po pokojach i wszystkich budzić. Nie było szans znalezienia jedenastu zdolnych do gry! Tym bardziej, że niektórzy o tej porze dopiero próbowali usnąć. - Nie po to się przed chwila położyłem, żeby wstawać... - mruknąłem. W zespole były same zrzuty! Wszyscy kompletnie nawaleni. Nawet nie było jak się dogadać z niektórymi, że mecz mają grać. A gra takiej ekipy mogła skończyć się w najlepszym wypadku drobną kontuzją. Jak sobie GKS chce, to niech gra. My tego dnia mieliśmy większy cel niż wygranie z katowiczanami - musieliśmy wygrać z kacem. Przez cały dzień toczyliśmy wyrównane boje, atakując przede wszystkim browarami, ale także czymś mocniejszym. Trenerzy chyba nie mieli pretensji, bo przecież też musieli odreagować i dobrze wiedzieliśmy, że nie siedzą w pokoju i nie czekają, aż ktoś poprosi o piłkę. Wreszcie, gdy już zapadł zmrok, trener wezwał nas na zebranie: - Dobra, panowie. Od jutra zapominamy o piciu, bo mimo wszystko trzeba się przygotować do tego sezonu. Dwa dni picia to wystarczająca dawka. Czeka nas ciężki rok. Mamy coś do udowodnienia. Musimy pokazać misiom z PZPN, z kim zadarli i żeby pilnowali własnych dup. Mamy minus trzy punkty, ale trzeba walczyć o mistrza. Zresztą, olać mafię z PZPN. Całej Polsce pokażemy, gdzie jest nasze miejsce, a gdzie miejsce frajerów. Niech znają swoje miejsce w szyku! My swoje znamy - pierwsze!
Miał wtedy do nas dołączyć Janusz Góra ze Śląska Wrocław. Jednak gdy przyjechał do Zakopanego i zobaczył, co ta drużyna potrafi wypić i kiedy kładzie się spać, to się przestraszył, że nie wytrzyma tempa. Nawet nie zdążyliśmy go przetestować. Spakował się i wyjechał bez pożegnania! - Chłoptasiu, nikt po tobie płakać nie będzie. Jak chcesz jechać całe życie na Isostarze, to marnie skończysz - pomyślałem. Natomiast Adam Fedoruk i Zbyszek Mandziejewicz, mimo że w poprzednim sezonie nie grali u nas, szybko zrozumieli na czym polega ogrom tragedii i połączyli się z nami w rozpaczy. Patrząc na nich śmialiśmy się, że za mądrych to do Legii nie biorą. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu - dwóch wesołych wąsaczy z mocną głową i apetytem do żartów. No i do tego dwóch znakomitych piłkarzy. Wkrótce dołączył do nas także Darek Dziekanowski, ale to już była zupełnie inna historia...
Kłótnia z Dziekanowskim I kto tu rządzi? Straszne kary za alkohol (odcinek 32)
Wkrótce dołączył do nas Darek Dziekanowski. My
mieliśmy w pamięci nasz poprzedni mały konflikt. To było tak. W Legii dopiero
zaczynałem grać na dobre, ale już byłem znanym zawodnikiem i czołowym
napastnikiem w Polsce. Pewnego razu "Dziekan" przyjechał na Łazienkowską i
oczywiście spytano go się o ocenę mojego występu. A ten wypalił: - Kowalczyk? A
z którym numerem on grał?
Oż ty w życiu, już ja ci pokażę, z którym numerem. Pewnie, że z "dychą",
ślepaku! Oczywiście, gdybym nie odpowiedział, to bym chyba był chory. Więc lekko
pojechałem z "Dziekanem" i mu wspomniałem, żeby lepiej się nie nastawiał, że
kiedykolwiek numer dziesiąty odzyska, bo teraz nadszedł mój czas, a on jest już
tylko gasnącą w oczach gwiazdą. No i bodajże dodałem, że w obecnej Legii to by
się chyba nie łapał do składu. Może trochę przesadziłem, ale prasa podchwyciła i
zrobiła z tego wielką aferę.
Gdy okazało się, że "Dziekan" będzie u nas grał, znów dziennikarze ruszyli do
mnie. Ale już nic nie mówiłem. W końcu tak naprawdę się z Darkiem nie znałem,
nie chciałem wywoływać kłótni za wszelką cenę. Nie to, że się bałem o swoją
pozycję w drużynie, czy też o popularność. Byłem pewny swojego miejsca, czułem
się straszliwie mocny. Wiedziałem, że i tak jestem i będę numerem jeden,
czyli... numerem dziesięć. Choćby Dziekanowski stawał na głowie.
Darek pewnie nie spodziewał się takiego powitania w klubie. Przyszedł elegancik
do szatni, w gajerku za kilka pensji, z gazetką w ręku, pełen dystans. No wielki
pan z Wysp Brytyjskich! Pierwszego dnia poszedł właśnie z tą gazetką do toalety.
U nas był taki zwyczaj, że drzwi się nie zamykało. A jak ktoś zamknął, to
przyjmował wiadro wody od góry. "Dziekan" o tym nie wiedział. Ktoś akurat
wyszedł do kibla na papieroska, patrzy - zamknął się. No to po chwili był
okrzyk: "Zamknięte!". Markowi Jóźwiakowi nie trzeba było powtarzać dwa razy,
wiadro z wodą stało już przygotowane...
Ogólnie, wolałem grać z "Dziekanem", niż z nim nie grać, bo to był świetny
zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał
taki "Rataj" czy "Beret" na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca
zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. - Ty, Rataj, co ty jesteś, worek
treningowy? - śmiałem się z Krzyśka. No to ten jeszcze raz, a Darek swoje -
zasłonięcie, ramię, biodro, "Rataj" na ziemi. "Dziekan" miał mnóstwo
wyćwiczonych, piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył.
Tylko, że wkrótce - na zimowym zgrupowaniu - został wyrzucony. Rano mieliśmy
spotkanie z Markiem Polakowem-Stepanowem, wyjątkowo nielubianym działaczem. -
Podjęliśmy decyzję, że za wybryk z nocy Dziekanowski zostanie usunięty z klubu,
a Szczęsny dostanie dotkliwą karę finansową. Sprawa jest poważna, niech wszyscy
mają się na baczności - powiedział. Nawet nie wiem, co oni aż tak strasznego
zrobili. Wszyscy byliśmy zgodni w dwóch kwestiach - na pewno skoro byli razem,
to można było ich potraktować tak samo, czyli karą finansową. No i gdyby jeszcze
w klubie był Janusz Wójcik (a już zastąpił go Paweł Janas), to "Dziekana" nikt
by nie wyrzucił.
Nie wiem, jak oni wpadli? Może oknem chcieli wracać? Ja zawsze wracałem
drzwiami, co być może było elementem zaskoczenia dla trenerów i dlatego nikt
nigdy mnie nie wyrzucił. Maciek czuł się nieswojo - w końcu miał kolegę do
baletów, to mu go niemal na dzień dobry wyrzucili...
Gest Kozakiewicza do kibiców Przekładaniec Fedoruka "Rataj" wiedział, nie powiedział (odcinek 33)
W sezonie 1992/93 narodziła się Wielka Legia. W sezonie 1993/94 mieliśmy pokazać, że złodzieje z PZPN nie są w stanie jej zburzyć swoimi nawet najbardziej absurdalnymi decyzjami. Zamiast grać o Ligę Mistrzów, na sam początek wylądowaliśmy w strefie spadkowej - minus trzy punkty. Oczywiście szybko się z niej wygrzebaliśmy, ale to nie była nasza życiowa runda. Gdzieś jeszcze w zespole było to podłamanie, złość, która nie zawsze przekładała się na pozytywy. Przegraliśmy chyba dwa mecze - najpierw w Poznaniu z Lechem. Tam strzeliłem gola w pierwszej minucie, podobno pokazałem kibolom gest Kozakiewicza, choć z emocji już tego dobrze nie pamiętam. Ale pewnie tak - pewnie pokazałem. Lech miał naprawdę niezłych, głośnych kibiców, ale piłkarzy bez honoru - drużynę, która przygarnęła sobie tytuł mistrzowski, chociaż kompletnie na niego nie zasługiwała. Chcieli posmakować europejskich pucharów. No to posmakowali, ogórki. Dostali piątkę u siebie ze Spartakiem i tylko był z tego wstyd dla kraju. I jeszcze żądali od działaczy premii za mistrzostwo. Komedianci. A gdzie honor? Na premie to czekaliśmy my. Zasłużone. Podobno w Poznaniu, czego wtedy nie widziałem, kibice wywiesili transparent "Gratulujemy wicemistrzostwa". Gdybym wiedział wcześniej, to bym na mecz wyszedł z transparentem "Gratuluję ogórkom występu w europejskich pucharach". Nawet Adam Fedoruk szydził z tej ich gry z Rosjanami. Kiedy zimą przyjechali do nas Jurek Podbrożny i Mirek Trzeciak, to gdy tylko wysiedli z samochodu, "Fedor" głośno zawołał: "Oho, prijechali ogurcy! " (po rosyjsku - "przyjechały ogórki").
Poza tą porażką, graliśmy całkiem dobrze. Jak już napisałem, wzmocnienia składu w postaci Fedoruka i Mandziejewicza były poważne. Dwaj doświadczeni piłkarze w najlepszym dla siebie okresie. "Fedor" miał charakterystyczny zwód, tego swojego "przekładańca", na którego jakimś cudem nabierała się cała Polska. Polski Denilson. Kiedyś nas tego uczył na treningu. Stanął z boku, podparł się na piłce i patrzył. - Ej, bo wy się jeszcze połamiecie! - śmiał się. - Kowal, tylko nie stawaj na chałce! Hehehe - pouczał. Chałka to po piłkarsku "piłka", a wykonując ten zwód, rzeczywiście o stanięcie na piłce było łatwo. Ja spróbowałem dwa razy i uznałem, że każdy niech robi to, co potrafi najlepiej. Głupio byłoby się połamać, naśladując Fedoruka. Poza tym jego siła tkwiła w tym, że ja, próbując tak minąć kogokolwiek, prawdopodobnie zaryłbym w rywala głową, bo bym patrzył na piłkę. A on patrzył się, gdzie chciał!
Ja też miałem swój zwód opanowany do perfekcji - zwód na zamach. Prosty, ale wyjątkowo skuteczny. Coś o tym może powiedzieć Krzysiek Ratajczyk, bo na treningach często graliśmy na siebie. Zawsze wyglądało to identycznie. On podbiega, ja robię zamach, on jedzie na dupie prosto w reklamy. I zawsze zanim dojechał do reklam, słychać było: "Kuuuurwaaaaa, wiedziałeeeeeeeem! ". I bach. A po chwili znowu: "Wiedziaaaaaałeeeeem! ". No i wszyscy w śmiech.
Przed ostatnim spotkaniem rundy mieliśmy cztery punkty straty do Górnika Zabrze, czyli prawie dokładnie tyle, ile na samym starcie rozgrywek - straciliśmy jeden. Wóz albo przewóz. Niestety, jeszcze tym razem przewóz. Przegraliśmy taki dziwny mecz na śniegu 2:1, w tych trudnych warunkach Maciek Szczęsny puścił gola prawie z czterdziestu metrów. Nikt nie miał pretensji, bo po co - po prostu następną rundę zaczyna w bramce Zbyszek Robakiewicz i koniec tematu. Nikt się nie spodziewał, że zimą dojdzie w klubie do rewolucji...
Olewam reprezentację Bako wpędza w kompleksy Koktajl rodem z kadry (odcinek 34)
Nie samą Legią człowiek żyje, chociaż akurat wtedy ja...
żyłem samą Legią. Warto na chwilę cofnąć się w czasie do decyzji o odebraniu nam
mistrzostwa Polski. Wtedy to zdecydowałem, że skoro PZPN mnie okradł, to ja mu w
wywalczeniu kasy za ewentualny awans do mistrzostw świata nie pomogę! Niektórzy
mówili: - Kowal, przecież reprezentacja to nie PZPN, tylko wszyscy kibice w
Polsce.
A ja to miałem gdzieś. Dla mnie reprezentacja oznaczała wtedy PZPN, a kibice
Legii i tak byli za mną. Powiedziałem, że jak ktoś będzie wysyłał powołania, to
niech się nie fatyguje, bo mam ciekawsze sprawy niż mieszanie się w złodziejskie
układy. No chyba, drodzy misie, że mi oddacie tytuł mistrzowski. Wtedy inaczej
porozmawiamy. Zresztą, misiom też to chyba było na rękę, bo jeszcze mogłem się
na zgrupowaniu nieodpowiedzialnie zachować i komuś nawrzucać. Wróciłem do
reprezentacji mniej więcej po pół roku, gdy już kadra nie miała szans na awans,
a Andrzeja Strejlaua zastąpił Lesław Śmikiewicz. Zagrałem mecze z Turcją i
Holandią. Za wiele z nich nie pamiętam, poza tym, że w Turcji nie wszyscy na
lotnisku wiedzieli, jak się nazywają, co mogło utrudniać pracę obsłudze. Mecz z
Holandią w Poznaniu, przegrany 1:3, też taki nijaki. Bez historii. Trener
Śmikiewicz był, bo był, ale już jak gdyby go nie było - wiedział, że jego robota
jest tylko tymczasowa i nawet nie ma sensu się rozpakowywać.
Na hasło "Holandia" przypominają mi się zawsze mecze rozegrane wcześniej,
jeszcze za kadencji Strejlaua. Wtedy starsi koledzy poznali moje walory boiskowe
i pozaboiskowe. W Rotterdamie, gdzie zremisowaliśmy 2:2, zdobyłem świetnego gola
- po dośrodkowaniu Romka Koseckiego uderzyłem piłkę z ostrego kąta, w długi róg,
z kozłem. To jest moja klasyka! Każdy bramkarz, który ze mną trenował, wie, że
uwielbiam takie strzały i tam nie było mowy o przypadku. Stanley Menzo frunął do
mnie niczym ptak, więc musiał go "nawrócić" po rogu. Całe szczęście, że
rozstawił nogi. Ogólnie nie mam nic do Murzynów, ale moim zdaniem bramkarze
powinni być biali. Ten nie był, więc się nadział.
A propos bramkarzy i Murzynów. Wtedy w naszej bramce bronił Jarek Bako. Słynął
głównie z tego, że gdy się przebierał, to w szatni panowała konsternacja. I na
pewno większość Murzynów, patrząc na przyrodzenie Jarka, też popadłaby w
kompleksy. Gdy Bako szedł po prysznic, to się krzyczało: - Można wejść, czy też
Bako zajął wszystkie miejsca?! Nikt nie chciał dostać po... kolanach.
Po meczu w Rotterdamie trener podobno powiedział dziennikarzom coś, co mnie
zagotowało - że zasymulowałem kontuzję, bo już mi się nie chciało grać do końca.
Otóż, panie trenerze, dziś mogę panu powiedzieć, że nie zasymulowałem. Inna
sprawa, że i tak bym wkrótce zszedł, bo - skoro mecz był w Holandii - trzeba
było wpuścić na boisko Włodka Smolarka. Miałem wtedy 20 lat i sobie myślałem: -
Nieźle, dopiero co występowałem w Polonezie, a już zdążyłem trafić do jednego
drużyny z Koseckim, Kubickim, Tarasiewiczem czy właśnie Smolarkiem!
Jak już wspomniałem, udowodniłem także swoją wartość pozaboiskową, a było to po
spotkaniu z Holandią w Eindhoven, kiedy nie miałem jeszcze 20 lat.
Zremisowaliśmy 1:1, strzeliliśmy gola w ostatniej minucie i - jak to Polacy - w
ostatniej dostaliśmy, od Dennisa Bergkampa. W hotelu przyszedł po mnie "Kosa" i
powiedział: - Kowal, chodź, zapoznasz się ze starszyzną. Tylko weź całą
zawartość barku!
No to szybciutko wziąłem piwo z barku i poszedłem do wskazanego pokoju.
- A co to ma być, Kowal?! Piwo?! Na co nam piwo?! Miała być zawartość barku,
cała!!!
- Dobra, zaraz wracam.
- Wróciłem do pokoju, wziąłem co było i znowu w tę samą stronę. No teraz miałem,
co trzeba i poznałem tajemny przepis. Jeśli ktoś organizuje imprezy, nie jest on
zastrzeżony - bierze się całą zawartość wszystkich możliwych barków - cokolwiek,
co tylko jest cieczą - i wlewa do wspólnego pojemnika, na przykład wiadra. Do
tego dodaje się sok pomarańczowy i wychodzi z tego wyśmienity, wyjątkowo
poniewierający koktajl przywołujący nieludzkiego kaca... - Ostre chłopaki -
pomyślałem. - Chyba szybko znajdziemy wspólny język!
Wielka bomba w Legii! Nocne pożegnanie Wójcika Czyżby jakieś cynki? (odcinek 35)
W końcu w Legii wybuchła bomba. Nasz kapitan, Leszek Pisz, któregoś zimowego wieczoru odebrał telefon.
- Cześć Leszek, tu Janusz Wójcik. Słuchaj, hmm, odchodzę. Waszym trenerem będzie teraz Paweł Janas. Uprzedź chłopaków - mocne uderzenie na dzień dobry w słuchawce.
- Zaraz, zaraz. Jak to? Gdzie pan odchodzi? Dokąd? - zapytał Leszek.
- Słuchaj, jutro porozmawiamy. Jadę do Emiratów Arabskich. Wiesz, w Polsce jest jak jest, a dostałem dobrą propozycję. Kasa, misiu, kasa...
No tak, kasa. Trener Wójcik wszystko robi na maksa. Jak kogoś lubi, to podwójnie. Jak kogoś nienawidzi, to też podwójnie. I pieniądze też kocha podwójnie. Zespół go rozumiał - odebrane mistrzostwo, zła atmosfera w PZPN wokół niego, wieczne pretensje. Typowe polskie bagienko. "Wujo" chciał się z niego wygrzebać. Następnego dnia spotkaliśmy się w klubie. Trener tłumaczył nam: - Panowie, jadę do bardziej cywilizowanego kraju, mam tu na myśli działaczy piłkarskich. No i bardzo dobrze tam płacą. Dziękuje wam za wspólną pracę.
- Kowal, chodź na chwilę - zawołał mnie. - Robię małe pożegnanie. Zapraszam ciebie, Leszka, "Mandzię" i Robaka. Dobra? U mnie na Mokotowie, wieczorem - powiedział. Oczywiście nie odmówiłem, choć trochę mi było przykro, że trener wyjeżdżał. Pojechaliśmy we czterech. U Wójcika w mieszkaniu czekała nas mała nasiadówka, w odpowiednim towarzystwie - z jakimiś komendantami policji, bo trener wszędzie miał znajomości, oraz przede wszystkim z dwoma butelkami whisky. Takimi butelkami, co się nigdy nie kończą - na widełkach. Potrzeba kilku lub kilkunastu godzin na ujrzenie dna. Samolot Wójcika był w środku nocy, więc było o czym pogadać i co wypić. - Misie, ja wam mówię, że zaraz wracam! Wy tu mi żadnych numerów nie róbcie, bo będę kontrolował - mówił, a mundurowi potakiwali głowami. - On jest niemożliwy - pomyślałem, uśmiechając się w duchu. W końcu trzeba było przyspieszyć z tymi buteleczkami, bo zbliżał się termin odlotu. Gdy wybiła ostateczna godzina, wszyscy wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy pożegnać trenera na lotnisku.
A tam - wiadomo. Obściskiwanie się, obślinianie, ostatnie... groźby. - No misie, pamiętajcie, że ja tu jeszcze wrócę zrobić porządek! Szykujcie się na kadrę, bo mam was zamiar zaraz powołać. Kowal, żebyś mi tu wstydu nie przynosił! Co będziecie robić z frajerami? - zapytał na Okęciu. - Jak to co? Opierdalać! - odpowiedziałem. Przynajmniej mu się na sam koniec miło w duszy zrobiło, że nie pozostawił po sobie spalonej ziemi w Warszawie. Zapamiętał Wojtuś wskazówki trenera! - Dobra, panowie, lecę! Pamiętajcie o reprezentacji! - i poszedł. Jak wiadomo, "trochę" na tę reprezentację przyszło mu jeszcze zaczekać. Mnie jeszcze zdążył powołać, ale "Piszczyka", "Robaka" i "Mandzi" już nie...
Miałem mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałem, że przecież nie mogliśmy całe życie razem pracować. Ale z drugiej strony, coś krótko trwała ta przygoda z Legią. Zaledwie półtora roku. - Jest jeszcze Paweł Janas, więc w porządku. Będzie tak samo dobrze, jak było - pomyślałem. I potem raz na jakiś czas trener Janas wchodził do szatni i pozdrawiał nas od Wójcika. - Mówi, że widział wasz mecz i macie tak dalej golić frajerów - przekazywał. Raz chyba nawet "Wujo" zadzwonił do Pisza, jako kapitana. Pocztówek nie wysyłał. Myślę, że nigdy nie miał do tego... hmm... predyspozycji. - Misiu, szykuj się na kadrę, my się wkrótce spotkamy! - to zdanie chodziło mi po głowie. Może miał jakieś cynki?