Słuchaj Jezu jak Cię błaga lud Dziwny mecz rywali Wiadomość z Poznania (odcinek 26)

Na Legii była wtedy popularna taka piosenka: "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud. Zrób z Legiuni, mistrza Polski zrób. My czekamy już ... lat. Jezu, Jezu, nadszedł chyba czas". W miejscu trzech kropek padała liczba lat, które minęły od 1970 roku. Wiadomo, że w latach osiemdziesiątych zawsze tytuł był o krok. Wystarczyło zrobić krok w przód, a drużyna robiła... krok w tył. Nie brakowało podtekstów. Sam mówiłem wtedy: - Trzeba rozpędzić tę zbieraninę, bo tym wieśniakom nie zależy na tytule dla Warszawy.

Gdy już sam byłem piłkarzem Legii i do tego wiodącym, nie mogłem pozwolić na to, żeby za chwilę znowu słuchać tej piosenki, z kolejnym dodanym rokiem. Nie, tego już za wiele, w końcu przecież trzeba wygrać tę ligę. Jakieś Szombierki i Zagłębia Lubin ją wygrały, a Legia nie? Ludzie byli spragnieni mistrzostwa, które przecież już tyle razy im się należało, a w efekcie wpadało w inne ręce. 23 lata to szmat czasu. 23 lata i... już wystarczy! Mieliśmy silną drużynę, z bardzo mocnym atakiem. Grałem w nim z Maćkiem Śliwowskim. "Śliwka" ładował gola za golem, ja mu dogrywałem, robiłem wiatr - jak to typowy skrzydłowy. Środkowym napastnikom zawsze się dobrze ze mną grało i przy mnie bili życiowe rekordy. Ja też swoje, kilkanaście bramek w sezonie, zawsze strzelałem. A w odwodzie mieliśmy jeszcze Grzesiaka - w ofensywie byliśmy piorunująco silni! Zespół się budował, ale na polską ligę w zupełności wystarczył.

Sezon 1992/93 ślimaczył się. Kolejne mecze bez historii, kolejne łatwe zwycięstwa, świetna atmosfera i ciągła niepewność - uda się, czy się nie uda? Pomagali nam czasami... rywale. Taki Krzysiu Łętocha ze Stali Mielec. Gdy go widzieliśmy, od razu było wesoło! Ten gość w życiu chyba strzelił trzy gole samobójcze w meczach z nami! Pamiętam, że po kolejnym swoim trafieniu, gdy wepchnął piłkę w zamieszaniu podbramkowym, podbiegł nawet do Julka Kruszankina i płaczliwym tonem zapytał: - Ale to ty strzeliłeś, tak? Julek spokojnie odparł: - Nie, ty. Ja nie dotknąłem. Gazety i tak zaliczyły bramkę Kruszankinowi.

W środku rundy rewanżowej doznałem kontuzji, wypadłem na kilka spotkań. Niestety, zanotowaliśmy głupie porażki, jedną z nich oglądałem z trybun, bo trener Wójcik kazał mi jeździć z drużyną na mecze wyjazdowe nawet wtedy, gdy o grze mogłem tylko pomarzyć. Jeszcze ze mną w składzie przegraliśmy na Hutniku Kraków, a później beze mnie na Śląsku. We Wrocławiu to był typowy mecz "na Legię!". Barany waliły głową w mur, aż w końcu jakiemuś gościowi zeszła piłka, wpadła po samych widłach - stadiony świata. Wygrywamy na Śląsku i ostatnia kolejka sezonu o niczym nie decyduje - jesteśmy mistrzami Polski. Ale na Śląsku przegraliśmy...

W przedostatniej kolejce mieliśmy tyle samo punktów co ŁKS. Kontaktowaliśmy się z Zagłębiem Lubin, żeby grali z łodzianami na maksa. Dzwoniliśmy do tych piłkarzy i prosiliśmy, różnymi sposobami. Padła w końcu odpowiedź - Zagłębie będzie walczyć z ŁKS na śmierć i życie. O to nam chodziło. W Lubinie była mocna ekipa, raczej nie wierzyliśmy, że po normalnym meczu ŁKS może tam wygrać. No i chyba już po 30 minutach było 2:0 dla Zagłębia. Łodzianie wyczuli, co się święci, Zagłębie też nie było w ciemię bite. I tak się jakoś dziwnie stało, że po 30 minutach jedna z drużyn się obudziła, a druga w tym samym czasie poszła spać. Mecz się skończył, Zagłębie - ŁKS 2:3.

No i ładnie... Zamiast wygrać na Hutniku czy na Śląsku, to teraz mieliśmy nóż na gardle. Ale bez dramatu - wystarczyło pokonać Wisłę w Krakowie. Mieliśmy przewagę w bramkach, byliśmy lepsi od ŁKS aż o trzy gole. To powinno wystarczyć. Oczywiście, o ile w Łodzi nie byłoby cyrku. Rozmawialiśmy o tym bezustannie. Był stres w drużynie, ale z drugiej strony przekonanie, że co mieliśmy spieprzyć, to już spieprzyliśmy. I skoro nie pomogło nam Zagłębie, to sami musimy sobie pomóc. Trener Wójcik ciągle myślał o zbliżającej się kolejce. Jednego dnia wszedł do szatni i powiedział: - Panowie, mam informację z Poznania co do ostatniej serii spotkań...

Oszuści z Olimpii Niech się martwi ŁKS Co tam się dzieje?! (odcinek 27)

Wiecie, co powiedział nam wtedy trener Wójcik? Jaką miał dla nas informację z Poznania? Uspokoił nas. Nie mogliśmy wyjść na frajerów stulecia i przegrać mistrzostwo, mimo trzech bramek przewagi. Trzeba było więc zadbać o szczegóły. Na przykład o Olimpię Poznań. To właśnie poznaniacy grali w ostatniej kolejce z ŁKS w Łodzi. Trener Wójcik wszedł do szatni i oznajmił: - Panowie, mam informację z Poznania. Jest dobrze, rozmawiałem z Bolem Krzyżostaniakiem i mówi, że Olimpia w Łodzi nie podłoży się. Wszystko ustalone, zagrają bez odpuszczania.

Uff. Rzeczywiście - jest dobrze. Skoro Olimpia jest umotywowana do gry, to nie ma siły, żeby ŁKS pociągnął ją dychą. Przecież poznaniacy mieli kilku całkiem niezłych piłkarzy, a łodzianie to żadne asy. Tak, będziemy mistrzem Polski. Jeszcze tylko trzeba pokonać Wisłę. Ale to akurat są leszcze, w dodatku już o nic nie walczą. Zniechęcone pierdoły - czyli musimy wykorzystać szansę. Pojechaliśmy do Krakowa na jeden z najważniejszych meczów w życiu. Z kolegami z drużyny ustaliliśmy tak: - Jak najszybciej strzelamy gola, atakujemy wszystkimi siłami. Jak nas skontratakują, to chuj! Trudno! Musimy strzelić gola. Wtedy przerzucimy piłeczkę na stadion w Łodzi. Niech oni się martwią. Nam powinno wystarczyć 2:0. Przecież Olimpia gra dla nas. ŁKS to nie Barcelona. Gdyby to była Barcelona, to byśmy się martwili.

"Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" - okrzyk przed meczem, jak zawsze. Wychodzimy na murawę pewni siebie, Wisła już w tym momencie przestraszona, już jest po niej. Nie nas się tak bali, tylko kibiców. Ci ciągle spekulowali, który z krakusów sprzedał mecz i za ile. A my zgodnie z planem - trzeba wygrać mecz. Jak trzeba wygrać, to się jedzie z frajerami. Jak się jedzie, to się strzela gole. Mieliśmy naprawdę dobrą drużynę. Postawiliśmy sprawę jasno - wy dzisiaj, misie, na boisku nawet nie piśniecie, bo my gramy o życiowy cel, a wy jak zawsze macie za sobą beznadziejny sezon. Nie pociągniecie nas na dno. Pada pierwszy gol - zgodnie z planem. Mecz się dobrze ułożył, bo szybko daje o sobie znać nasz atak - ja i Maciek Śliwowski. Jesteśmy nieprawdopodobnie naładowani - mobilizacja, jak przed finałem mistrzostw świata. A przeciwko nam leserzy. Też chcieliby pograć w piłkę, ale po pierwsze - nie potrafią, po drugie - mobilizacja tego, który "chciałby sobie pograć i nie skompromitować się", a tego, który myśli "wygramy, a potem choćby śmierć", to dwie zupełnie inne sprawy. Nieporównywalne. Prowadzimy 1:0, ale to mało. 2:0 i mamy pewność - mistrz Polski w stolicy. W końcu udaje się wcisnąć na 2:0. Wisła już nie dość, że załamana, iż ktoś kazał im grać, czyli położyć się przed nadjeżdżającym walcem, to jeszcze pod presją widowni. A krakowska widownia, wiadomo - "z kim jak z kim, ale z warszawką trzeba wygrać!".

My słyszymy tylko jedno - prawie dwa tysiące kibiców śpiewa "Mistrzem Polski jest Legia". - No tak, przerzuciliśmy piłkę na stadion w Łodzi. Niech się martwią! - pomyślałem. A oni się nie martwili, tylko... ładowali. Z ławki pokrzykiwania. Trener macha rękoma. Ktoś tam blady przy krótkofalówce, ktoś inny z radiem w ręku zielenieje. - Co jest, do cholery?! Co ten ŁKS wyprawia? - zapytałem. A niech to, dali radę. Piłeczka znów jest na stadionie w Krakowie. To znów my musimy strzelić. Tyle tylko, że i my robimy się coraz bardziej zdenerwowani. Przerwa, trzeba zejść do szatni. Co się dzieje w Łodzi? Nie, nie będziemy frajerami. Mistrzem Polski będzie Legia!

 Umiesz liczyć, licz na siebie Wyżywający się trener No to dyskoteka! (odcinek 28)

Ja bym do Warszawy bez mistrza nie wrócił. Wstyd, hańba. Nie wróciłbym i już. Tyle że ten pieprzony ŁKS oszalał. Ładnie ta Olimpia dała nam cynk, pięknie. Dziękujemy wam, koledzy, za grę na całego i na pewno przy okazji postaramy się odwdzięczyć. Oj, na mecz z wami o naszą motywację nie musicie się martwić. Ze sportowym pozdrowieniem.

Jak zawsze - skoro Legia, to samotnie. Żadne Zagłębie, żadna Olimpia. Umiesz liczyć, licz na siebie. A ja liczyć umiem. Nawet jak graliśmy w karty, to zawsze ja liczyłem punkty. Teraz też potrafiłem pododawać. Brakuje nam goli. Wiemy jedno - w Łodzi dają ostro do pieca i Bóg jeden wie, kiedy skończą. Trzeba strzelać, ile sił w nogach. Jak ktoś ma zamiar teraz na boisku odpoczywać, akurat w meczu z Wisłą, to niech zmiata. Takich nie potrzebujemy. "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Wślizg, wślizg, wślizg. Z trybun słychać "Mistrzem Polski jest Legia". Naładowaliśmy się. Już my pokażemy tym ogórkom z Łodzi, z kim zadarli. Chcecie strzelać? Chcecie pojedynku? Śmiało, nie zdziwcie się, jak wam na tablicy świetlnej żaróweczek nie starczy. Jedziemy!

Zaczęła się druga połowa. Wiślacy z każdą minutą podłamani coraz bardziej i przestraszeni kibiców. Proszą nas, żebyśmy już przestali, bo ich tłum zlinczuje. Panowie, bądźmy poważni. Nie ma miejsca na litość w takim momencie. Im nogi plączą się ze zdenerwowania, a my mamy w głowie zakodowane trzy litery - "ŁKS". Wójcik przy linii jak zawsze wyżywa się na bocznym pomocniku i bocznym obrońcy. Czasami Krzysiek Ratajczyk prosił naszego kapitana, Leszka Pisza przed meczami - "Lesiu, wybierz tę połowę, żebym nie musiał na początku biegać po stronie Wójcika. Lesiu, proszę cię!". "Rataj" wolał biegać pod słońce, pod wiatr, w śniegu i błocie, byle nie widział go trener. Ci, którzy czuli na sobie oczy "Wójta", mieli przechlapane, ale w meczu z Wisłą - podwójnie! Krzyk był bezustanny: "Zapierdalaj!!!". A tak naprawdę nikomu tego nie trzeba było powtarzać. Jest gol. 3:0. Znowu. 4:0. W Łodzi nie odpuszczają, gnoją dalej tę Olimpię. My robimy swoje. Kończy się na 6:0. Ja strzeliłem dwie, "Śliwka" trzy, Darek Czykier jedną. Mogliśmy więcej, ale nie zawsze wchodziło. I nikt mi nie powie, że którakolwiek z naszych bramek była "dziwna". Kto oglądał ten mecz na spokojnie, ten wie, iż wszystkie gole zostały strzelone z normalnych, boiskowych sytuacji.

Najważniejsze jest jedno - mistrzostwo! Wszyscy jesteśmy w szampańskich nastrojach, kibice Legii szaleją. Dwa tysiące ludzi przyjechało tu razem z nami i razem z nami będą się cieszyć! Cóż za chwila. Jednak nie okazałem się lamusem, mogę z dumą wrócić do Warszawy. Z dumą i z tytułem mistrza Polski. No i jak tam w Łodzi? Jak tam ogórki z ŁKS? Na kolana przed mistrzem! Koronacja trwa! Nigdy więcej pieśni "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud..."! Pojechaliśmy autokarem prosto do Konstancina. Autokar pijany ze szczęścia. W Konstancinie, u pana Romanowskiego, mała imprezka. Dosyć sztywna, ale z tańcami na stołach. - Co robimy? - zapytałem. - Na dyskotekę - zadecydował Leszek Pisz. No to raz! Szybko znaleźliśmy się w Ground Zero. Jeśli zamykają równo z ostatnim gościem, to niech lepiej nastawią się na lokal całodobowy! Tylko wspomnianego "masera" nam wyrzucili, nie pozwolili mu się bawić tak, jak lubił... Trudno, on zawsze sobie poradzi. Piosenka "Mistrzem Polski jest Legia..." coraz bardziej zmieniała brzmienie. Gubiono literki, potem całe słowa. A na końcu to już nic się nie zgadzało, tylko stężenie alkoholu we krwi było odpowiednie. Ale było co świętować! Po 23 latach wróciliśmy na swoje miejsce! A przynajmniej tak nam się wydawało...

A może włączymy telewizor? Zabiłbym, jak psa Piguła od działaczy Legii (odcinek 29)

Nawet nie mieliśmy tamtego lata roztrenowania. Cel osiągnęliśmy, wszyscy szczęśliwi, a przerwa w rozgrywkach tak krótka, że trzeba było czym prędzej jechać na urlopy. Każdy piłkarz w swoją stronę. Ja ze swoją paczką pojechałem do Mikołajek. Nastawiłem się na świetny urlop, tylko trochę irytowali mnie ci pisarze, którzy robili aferę w prasie. Ale nic tam, niech szczekają. Wraz z Jurkiem, Piotrkiem, Leszkiem, Markiem i Pawłem wynajęliśmy sobie domek. To właśnie oni, koledzy z Bródna, byli ze mną przez całe życia - gdy przychodziłem do Legii i uczciłem to toastem, gdy wracałem z Genui, gdy stałem się sławny. Jednego dnia w Mikołajkach padło hasło: - Panowie, włączmy telewizor, zobaczymy, co się w świecie dzieje.

O 19.30 "Wiadomości". Patrzyliśmy w ekran i... oczom nie mogliśmy uwierzyć. - Legia Warszawa nie jest już mistrzem Polski w piłce nożnej. Polski Związek Piłki Nożnej po kontrowersyjnym zakończeniu sezonu 1992/93 postanowił odebrać Legii punkty z ostatniej serii spotkań, kiedy to warszawianie wygrali w Krakowie z Wisłą aż 6:0. Ten mecz, podobnie jak wygrana ŁKS z Olimpią Poznań 7:1, wzbudził wątpliwości działaczy - powiedziano... Szok... Cisza... Pustka w głowie... Zaraz, zaraz. Jak to nie jest mistrzem? O co tu chodzi? - Ty, Kowal, co to będzie? - zapytał kolega. I znów cisza... Co ma być? Siedziałem blady. Przecież to nie może być prawda - nie straciłem w jeden dzień tego, na co pracowałem cały rok. Wkurzony. Gdyby wtedy do pokoju wszedł ktoś, kto maczał palce w tej decyzji, zabiłbym go jak psa.

- Napijmy się.

Zamiast kontynuowania zabawy, zrobiła się stypa. Jedna stypa, druga stypa, tak mijały dni. Tylko z rana szło się po gazety i nowe zapasy. A wiadomo, że im dalej od Warszawy, tym gazety ostrzej z nami jechały. "Brawo PZPN" i takie tam. Gdy teraz o tym myślę, chciałbym podejść do każdego z tych leśnych dziadów z PZPN i zapytać: - Dlaczego pan okradł mnie i moją rodzinę? Na jakiej podstawie?

Najbardziej gardłował wtedy Ryszard Kulesza. Wcześniej wspomniałem, że nie każdy magister musi być mądry, a ten - rozgarnięty jedynie fragmentarycznie - był szczególnym tego przykładem. Mówił, że "cała Polska widziała", choć meczu Wisła - Legia żadna ogólnopolska stacja nie transmitowała. W zasadzie Kulesza wypowiedział się za całą Polskę. Szkoda, że nie poszedł dalej i nie stwierdził "Polska to ja". Wtedy wyszedłby na kompletnego świra i zostałby potraktowany tak, jak na to zasługiwał. Niestety, ugryzł się w język...

Urlop - czyli stypa - minął szybko. Spotkaliśmy się w klubie. I tu nawet nie wiadomo, co powiedzieć, wchodząc do szatni. Różnie to było. Część mówiła: "No to się nagraliśmy w Lidze Mistrzów". Inni brali to na śmiech przez łzy: "Witam wicemistrzów Polski!". Jeszcze inni informowali, jaką czynność seksualną wykonaliby z Ryszardem Kuleszą. A na dzień dobry spotkaliśmy się z działaczami. - Chcieliśmy was poinformować, że nie dostaniecie premii za mistrzostwo, tylko za awans do europejskich pucharów - wypalili. No ładnie, jeszcze nie zdążyliśmy się ze wszystkimi przywitać, a tu taka piguła. Chłopaki wkurzeni. Niektórzy już zdążyli wydać tę kasę, której... nigdy nie dostaną. A chodziło o dobry kawałek grosza... Pół dnia rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło i o tym, co będzie. Najczęściej padały dwa nazwiska - Kulesza i Tomasz Zimoch. Zimoch to dziennikarz Polskiego Radia, jak się okazało - intelektualnie medialny odpowiednik Kuleszy, jeszcze jeden potwierdzający moją teorię o magistrach. Opowiadał nam o nim pochodzący z Łodzi Zbyszek Robakiewicz. Otóż pan Zimoch komentował mecz ŁKS - Olimpia i zachwycał się, jakie to piękne sportowe widowisko przyszło mu oglądać, piał nad kunsztem łodzian, a humor psuli mu ci skorumpowani warszawiacy, którzy kilkaset kilometrów dalej odstawiali cyrk. No ładne rzeczy! Koleś siedzi w Łodzi i opowiada o tym, co dzieje się w Krakowie! Skąd się tacy biorą? W kapuście raczej mądrzejszych znajdują. Jeśli chciał wiedzieć, jak było z tą Wisłą, to mógł ze mną porozmawiać. Opowiedziałbym mu. Ja swoich pieniędzy nie dałem... Ale o tym następnym razem.

Wisła nie za moją kasę Prokurator wzywa Leszka Pójdę z nimi do sądu! (odcinek 30)

O meczu z Wisłą mówi się do dziś. Czy był kupiony? A w zasadzie - za ile? Nie będę ukrywał - nie wiem. Nie wiem, czy był kupiony, bo ja żadnych pieniędzy nie dałem. Nikt mnie o nie nawet nie prosił. W Legii był fundusz stworzony z kar dla zawodników (a kary za wszelakie przewinienia były wyjątkowo potężne), jednak nie wiem, na co ta kasa szła. Gdzieś znikała. Może w klubowych gabinetach działaczy? Może jeszcze gdzie indziej? Nie mam wiedzy na ten temat, więc nie chcę udawać wielkiego speca - jak niektórzy ludzie z PZPN. Wiem jedno - specjalnych składek na końcówkę ligi nie robiliśmy. Mecz z Wisłą był dla mnie normalnym spotkaniem. Z nikim się nie umawiałem. Robiłem to, co potrafię. Strzelałem gole. I pamiętajmy o jednym - to nie my musieliśmy się martwić. To ŁKS miał do nas trzy bramki straty. A Olimpia miała grać na całego...

PZPN to chora instytucja. Dla tych leśnych dziadków nieważne były dowody i to, że jednym głupim podniesieniem ręki nie wybierali herszta swojej bandy, tylko zabierali ludziom cały rok pracy, marzeń i ogromne pieniądze. A że wszystko oparte było na podejrzeniach? Nic to. Mogą się cieszyć, że w Polsce tylko oni działają na zasadzie domniemania winy, bo w przeciwnym razie sami już odsiadywaliby długie wyroki. Trzeba podkreślić jedno - Wisła przeciwko nam grała o czapkę gruszek, a my o życiowy sukces. My musieliśmy, oni mogli. Ich łapała zadyszka, my wypluwaliśmy płuca. Zwycięstwo 6:0 nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdyby w polskiej lidze wszystkie drużyny chciały wygrywać jak najwyżej i strzelać jak najwięcej goli, to co tydzień jakieś spotkanie kończyłoby się właśnie takim rezultatem. Ale po co, skoro wystarczy 2:0? Nam tamtego dnia nie wystarczyło. Musieliśmy strzelać. Poza tym później wygrywaliśmy na wyjeździe równie wysoko i nikt się nie czepiał.

Gazety z nami jechały. Jestem ciekaw, czy ci dziennikarze choć raz zadali sobie pytanie: - No dobra, a co bym napisał, gdyby Legia wygrała tylko 2:0 i straciła mistrzostwo? Ja wiem, co by było w prasie. Nie, nikt by nie krzyczał, że ŁKS kupił mecz. Tu nie chodziło o gole, ale o Legię, Warszawę i trenera Janusza Wójcika. I też byłaby jazda z Legią - "Frajerzy stulecia", "Banda nieudaczników", "Kretyni!!!". Tak źle, tak niedobrze. Różnica taka, że przy drugim wariancie Kulesza przyjąłby tytuł honorowego obywatela miasta Łodzi.

Kiedyś nam tego mistrza zwrócą - kiedy tylko w PZPN zmieni się pokolenie i przyjdzie młodszy rocznik. Zaraz po decyzji o odebraniu trzech punktów - w praktyce mistrzostwa - mieliśmy spotkanie z Januszem Romanowskim. Powiedział wtedy: - Prokuratura zbada sprawę. Jeśli wyjdzie na nasze, to PZPN zwróci nam tytuł. Wtedy zaskarżymy ich z powodu strat finansowych. Nie odpuścimy odszkodowania, wy też swoje dostaniecie.

Prokurator przesłuchiwał Leszka Pisza i kilka innych osób. I umorzył śledztwo. Dziadki z PZPN miały dwa wyjścia - albo oddać mistrzostwo, albo schować się pod stół. Wybrały drugie. A jeśli kiedyś zmądrzeją, to ja im nie popuszczę. No, cwaniaczki, płaczcie i płaćcie. Przecież gdyby nie wasze złodziejstwo, ja bym w tamtym sezonie odebrał premię za mistrzostwo, awansował do Ligi Mistrzów, zdobył Puchar Europy i przeszedł do Barcelony! Wiecie, ile płaci się w najlepszych klubach świata? Panowie, oj grubo mnie nacięliście.

Po decyzji PZPN tylko kilka dni drużyna spędziła w Warszawie. My trenowaliśmy, kibice pikietowali pod PZPN, ale niestety, spalili tylko drzwi, nawet nie skopali żadnego złodzieja. W końcu wyjechaliśmy na zgrupowanie do Zakopanego, gdzie dopiero miało wydarzyć się najgorsze. Niektórzy piłkarze tak się przerazili, że zrezygnowali z gry w klubie. Ostro było...
 

<--Poprzednie                                                                                                                                                                                          Następne-->