
Kwaśniewski chciał skopać tyłki Jałocha szczurem w kadrze? Bawcie się sami! (odcinek 21)
Oczywiście po finale nie wróciliśmy tak od razu do Polski. Mieliśmy jeszcze trzy dni wolnego na miejscu. W wiosce olimpijskiej był taki zwyczaj, że gdy Polak zdobywał medal, wtedy wszyscy zbieraliśmy się pod główną siedzibą i świętowaliśmy. Tamten dzień należał do nas. Pamiętam, że zdarzały się nam imprezy na przykład z Beatą Maksymow albo z szermierzami. Było wesoło, bo być musiało. I nawet pan Aleksander Kwaśniewski się wyluzował. On, jakoś w przeciwieństwie do Kazimierza Górskiego, był z nami cały czas. I mimo, że był byłym ministrem sportu, nie budował bariery. - No i jak tam? Dokopiecie im? Skopcie im tyłki! - mówił przed meczami. Lubiliśmy go, a on nas. Jak normalni, biali ludzie.
Jednak po samym powrocie ze stadionu, trzeba było trochę odsapnąć. Część chłopaków poszła zadzwonić do domów. Ja nie miałem gdzie. Na Bródnie nie mieliśmy telefonu, więc z rodziną mogłem porozmawiać dopiero po przyjeździe do Polski. Wpadł do mnie na chwilę "Wieszczu". - Ty, Kowal, 1:1! - powiedział. Legia akurat grała w Łodzi z ŁKS. Wkurzyłem się, że znowu bez zwycięstwa.
W końcu jednak zaczęliśmy wychodzić z pokojów, dobierać się w jakieś grupki. Po jakimś czasie zorientowałem się, że w zespole dzieje się coś dziwnego. Część chłopaków nie chciała rozmawiać z "Jałoszkinem". Marcin Jałocha zszedł w czasie meczu finałowego z powodu kontuzji. Siedzieliśmy wśród kawiarenek na deptaku. - To szczur, uciekł z tonącego okrętu - stwierdził Jurek Brzęczek. A reszta, zwłaszcza grupa poznańska z Grześkiem Mielcarskim w roli głównej, potakiwała. - Pieprzony symulant. Przez niego przegraliśmy! - padło po chwili.
Jechali z "Jałoszkinem", nie zostawiali na nim suchej nitki. Ejże, jak to? To po kiego my przed każdym meczem krzyczęliśmy "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego"?! Kto uwierzy w to, że Jałocha zasymulował kontuzję w finale olimpiady? - Przestańcie - rzuciłem. Nic. Brzęczek brnął dalej. - To szczur, nie gadamy z nim więcej. Zawalił nam olimpiadę - znowu powtarzano to samo. Skoro tak, to ja idę do Marcina! Walnąłem wszystkim o stół, rozlało się piwo, kilka osób odskoczyło. Mam was gdzieś. Nie po to mówiłem, że jeden za wszystkich, żeby teraz robić sobie z gęby cholewę. Przecież "Jałoszkin" był naszym kolegą, od początku do końca. A na olimpiadzie należał do najlepszych w zespole. Jechali z nim goście, którzy ledwo powąchali murawę. Bawcie się dalej we własnym gronie, możecie teraz jechać ze mną. Ja też pewnie specjalnie nie wykorzystałem jednej okazji w finale.
Właśnie od tamtego momentu nie przyjaźniłem się z Jurkiem Brzęczkiem. Byliśmy zwykłymi kolegami i nic więcej. On miał swoją grupę, ja swoją. Moja nie obgadywała. Jego może była trochę większa, ale moja lepsza piłkarsko. Oczywiście ta - z dzisiejszego punktu widzenia - krótka kłótnia nie zmąciła radości z mimo wszystko udanych igrzysk. Trzy dni wolnego, to były tak naprawdę trzy dni picia, opalania się, imprezowania. Zero snu. Na parkiecie najbardziej zadziwiali murzyni, w tym Marlene Ottey, słynna sprinterka. Szkoda, że koszykarze z NBA mieli swój hotel poza wioską olimpijską. Z chęcią wypiłbym z Jordanem. Ciekawe, czy wytrzymałby nasze tempo? Nie sądzę. Szybko nabieraliśmy kolorków. Nie tylko od słońca. Prawy do lewego, wypij kolego.
Młokos szuka zastępstwa Ludziom nie można ufać 100 baniek i dwa samochody (odcinek 22)
Po wylądowaniu na lotnisku Okęcie, trudno było znaleźć kogoś trzeźwego. To jakiś problem, że piłkarze po wielkim sukcesie chcą poświętować? Mieliśmy na sobie te śmieszne, słomiane kapelusze. Część oficjalnego stroju. Tyle PZPN nam załatwił, więc docenialiśmy ten gest - każdy paradował w kapeluszu. W czasie kilku wywiadów zdążyłem zwolnić co drugiego działacza w Polsce, powiedziałem słynne "zmieniamy szyld i jedziemy dalej". Misie na pewno nie były szczęśliwe, że młokos szuka dla nich zastępstwa. Potem wsiedliśmy w autokar i pojechaliśmy na przyjęcie do pana Niemczyckiego. Tam przez jakiś czas trwała zabawa, ale nie jakaś brutalna, tylko wyważona. Przecież byliśmy u poważnego człowieka. Następnie czekała nas wizyta w PZPN. Ja już tam nie pojechałem. Nie chciało mi się, byłem zbyt zmęczony i "zrobiony". Zamówiłem taksówkę.
- Na Bródno! - to wystarczyło taksówkarzowi.
Podróż minęła błyskawicznie, być może się lekko zdrzemnąłem. W końcu wkroczyłem do domu. Rodzina czekała. Wcześniej nie mieliśmy żadnego kontaktu ze sobą. Nie rozmawialiśmy ponad miesiąc.
- Część, idę spać.
- Ale czekaj, Wojtek, opowiadaj! Wojtusiu!
- Opowiem jutro.
Zawiesiłem tylko medal olimpijski tak, aby rodzice mogli nacieszyć oczy. Poszedłem prosto do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko. Musiałem odespać. Odespać cały miesiąc. Jak to dobrze być znowu w Polsce!
Obudziłem się rano i od razu pojechałem na stadion Legii. W końcu dzięki naszym mądrym działaczom z PZPN, sezon już był w pełni. Na Łazienkowskiej - wiadomo, że powitano mnie z radością. Jak dawno nie widzianego kolegę, któremu się powiodło. Wszakże byłem jednym z bohaterów olimpiady, o którym dużo się mówiło. Po Barcelonie stałem się naprawdę popularny. Na ulicy rozpoznawało mnie coraz więcej osób. "Kowal, Kowal" - słyszałem, spacerując. Także w klubie odbierałem codziennie coraz większą porcję korespondencji. Starałem się odpowiadać, a przynajmniej wysyłać zdjęcie z autografem. Czekałem aż zbierze się większa sterta listów, szedłem na pocztę i wrzucałem do skrzynki. Natomiast jeśli ktoś mi pisał "Napisz mi proszę, co czułeś po strzeleniu gola w Barcelonie", to odpuszczałem. Takie pytanie padało w co drugim wywiadzie, wystarczyło kupić gazetę. Dostawałem też listy z prośbami o koszulkę, a jeden nawet o wsparcie finansowe. Po takiej korespondencji zawsze ma się mętlik w głowie. Raz wyślesz kasę, będziesz musiał później robić to w nieskończoność. A co, jeśli ktoś naprawdę potrzebuje? Chodziło to za mną wiele dni.
Gdy kilka lat później byłem w Hiszpanii, często pomagałem ludziom z Polski wrócić do kraju. Przylecieli na wakacje i przeliczyli się z możliwościami finansowymi. Dawałem im na bilet. Raz dałem takiemu gagatkowi, żeby sobie wrócił do kraju, a on po miesiącu, po jakimś meczu, znowu do mnie przyszedł, żebym mu dał raz jeszcze. Ludziom nie można ufać, zdarzają się takie ananasy.
Po olimpiadzie dostawałem nie tylko listy. Dostawałem też... samochody. Jeden za medal - Poloneza, i jeden za bramkę w finale - Cinquecento. Pierwszego odebrałem, bo mi przywieźli na Legię. Głupio nie odebrać, jak stoi obok. Złoty Polonez. Nawet gdybym potrafił, to i tak bym nim nie jeździł, bo zbyt się rzucał w oczy. Przez jakiś czas katował go Krzysiek Ratajczyk, w ogóle jeździło nim pół Legii. Ja się nie dotykałem. Po kilku miesiącach sprzedałem go, za 100 milionów. Ale takiego Arka Onyszkę jeszcze wiele lat później widziałem, jak złotym Polonezem zasuwał.
A Cinquecento nie odebrałem. Nie chciało mi się. Przychodzili do mnie, żebym pojechał do tej firmy i wziął papiery. Nawet rok później trener Janas mi mówił: - Wojtek, pojedź. To ci zajmie chwilkę i odbierzesz to auto.
Ale jakoś nie było mi tam po drodze. W końcu firma padła.
Dostałem jeszcze telewizor, 75 milionów premii od pana Niemczyckiego i bodajże 22 miliony z PZPN. Jak dodamy do tego stówkę za Poloneza, premia godna sukcesu. Ale ja jeszcze zarobię na sukcesie w klubie...
Trener poznany w autobusie Pierwsza kłótnia z Wójcikiem siedzicie! Dosiądę się! (odcinek 23)
Już wcześniej wspomniałem, że Janusz Romanowski coraz konkretniej interesował się Legią. Sezon 1992/93 był tym, kiedy zdecydował się poważnie wkroczyć do gry. Wiadomo, że udana olimpiada napędzała koniunkturę. W Warszawie Romanowski miał stadion, miał kibiców, miał Kowalczyka z Barcelony. Brakowało jednego - Wójcika. Jakoś na początku sezonu przegraliśmy mecz w Białymstoku. Nic wielkiego się nie stało, ale to był pretekst potrzebny do tego, aby wywalić Etmanowicza.
Dzień później jechałem na trening. Jak zawsze - na przystanek
162, kilka minut czekania i w autobus. Wcześniej kupowałem gazetki i w czasie
jazdy przeglądałem. No i właśnie w czasie jazdy autobusem patrzę - "Wójcik w
Legii!". Nawet nie wiem, co sobie wtedy pomyślałem poza banalnym "jest dobrze".
Ale uśmiechałem się już przez całą drogę. Wiedziałem, że skoro jest Wójcik, to
jest i sukces. Przy takich piłkarzach i z tym trenerem drużyna musiała
"zaskoczyć".
- No cześć misiu, znowu się spotykamy. Teraz będziemy razem golić frajerów w
polskiej lidze - powitał mnie w szatni, z uśmiechem, "Wujo".
Wtedy jednak nie byłem jego "synkiem", jak się mówi w piłkarskiej gwarze. Na to
musiałem jeszcze sobie zapracować. Wójcik lubił piłkarzy niepokornych,
kozaczków, którzy mieli własne zdanie. Taki Grzesiu Wędzyński, co bał się
trenerowi w oczy spojrzeć, nie miał czego szukać w pierwszym składzie. A ze mną
było inaczej. Jednego dnia odbywaliśmy trening strzelecki.
- Kowal!!! Na siłę!!! Laga!!! Armata!!! - wrzeszczy Wójcik.
Podbiegam do piłki, pyk technicznie i gol.
- Kowal!!! Miało być na siłę!!!! Lagaaaaaa!!! - wrzeszczy znowu.
Znowu podbiegam do piłki, znowu pyk technicznie i gol.
- Kowal!!! Bomba!!! Petarda!!! - słyszę.
A ja swoje - pyk technicznie i bramka.
- Kuuurwaaa, Kowal!!! Napierdalaj!!! - trener nie zmienia śpiewki. Tego było za
wiele.
- Jest kurwa gol, czy go nie ma? Wpadło czy nie?! - zapytałem zdenerwowany.
- Ale ty masz napierdalać! - stwierdził Wójcik.
- To niech trener sam sobie napierdala, ja będę strzelał gole! - stwierdziłem,
po czym było - pyk technicznie i gol. Małolat rozpoczął współpracę z nowym
trenerem. No ładnie, taki "Wędzyna" pewnie myślał, że popełniłem piłkarskie
samobójstwo. A to on popełnił, dając lagę, kiedy trener chciał lagę i lobując,
kiedy trener chciał loba. I mówiąc "pokonamy", kiedy trener się pytał, co
zrobimy z najbliższymi frajerami z ligi.
Wójcik jest mistrzem tworzenia atmosfery w szatni. Gdy został trenerem, wezwał
do siebie Leszka Pisza, Maćka Śliwowskiego, Zbyszka Robakiewicza, no i Maćka
Szczęsnego - bo on zawsze i wszędzie musiał być - i wytłumaczył zasady
współpracy. Ja nigdy nie lubiłem chodzić na jakieś spotkania, należeć do rady
drużyny. Nawet gdy trener mówił, że po treningu chce ze wszystkimi piłkarzami
porozmawiać, to miałem dziwne przeczucie, iż to nie o mnie chodzi, ja się do
"wszystkich piłkarzy" nie zaliczam - i sobie wychodziłem. Trener lubił też nas
odwiedzać w "Garażu", czyli knajpce koło Legii. Wtedy jak się przychodziło tam o
13.30 w piętnaście osób, po treningu, to wychodziło się o 23.30. A Wójcik
czasami przyjeżdżał. - O, siedzicie! - mówił niby zaskoczony. - To i ja się
przysiądę - dodawał od razu. I tak sobie rozmawialiśmy, co nas czeka w trwającym
sezonie. Mistrzostwo Polski...
Pisz pił w czasie meczu Piłkarz-zagadka. Kto go wziął? Z piłeczką po skrzydełku (odcinek 24)
Cel był ambitny, to i gra musiała być ambitna. Drużynki przyjeżdżały na Łazienkowską, my pakowaliśmy im dwa czy trzy gole i odjazd. Następny proszę! Każdy mecz wyglądał podobnie - "od pierwszej minuty wślizg, wślizg, wślizg - niech się nas boją!!!". Założenie Wójcika było takie, że na początku rywale mają poznać siłę naszych łokci, a my wtedy coś zapakujemy. Jezu, jaki to był efekt! Wychodziliśmy z tunelu tak naładowani, że czasami mecze trwały dla nas zaledwie dziesięć minut. Przykłady? Proszę bardzo! Z Zagłębiem Lubin bramka w drugiej minucie, z GKS w szóstej, z Lechem w siódmej, z Zawiszą w ósmej, z ŁKS w piątej, z Siarką w czwartej, z Olimpią w piątej, ze Stalą Mielec w drugiej, z Widzewem w pierwszej, z Wisłą w ósmej. A to tylko jeden "wójcikowy" sezon! Pewnego razu zaczęliśmy jakiś mecz po swojemu, od ostrej jazdy równo z trawą, momentalnie sędzia dał nam ze trzy żółte kartki i się skończyło - przegraliśmy.
Atmosfera w zespole dzięki wynikom coraz bardziej się nakręcała, właściciele knajpki "Garaż" zacierali ręce, bo za morzem piwa płynęła rzeka legijnych pieniędzy. Dzień w dzień. Wtedy nie było obawy, że wsiadając po pijaku do samochodu trafi się do więzienia. Teraz tak zaostrzono przepisy, że pewnie nikt by sobie już tak nie folgował. Ale wtedy można było.
Mieliśmy zabawnego masażystę. Lubił sobie łyknąć i gdyby też odwiedzał "Garaż", to dziś pewnie mielibyśmy do czynienia z siecią restauracji o tej nazwie. "Maser Zbyszek" nie pojechał na olimpiadę tylko z powodu zakładu z Wójcikiem. Założył się, że szybciej niż trener przebiegnie połowę boiska. No i ruszył. Ponad sto kilo wagi w dramatycznym wyścigu. Sto kilo wagi plus kilkaset mililitrów alkoholu. Pędzi, trzęsie się ziemia, gna! Nagle - bum! Upadł, przewrócił się, zarył w murawę. Krzyk, złamany obojczyk. Olimpiada? Innym razem.
W sezonie 1992/93 doszło do innego śmiesznego zdarzenia. Zbyszek zawsze na mecz przygotowywał sobie w bidonie drinka. Może przesadziłem - nalewał do bidonu czystą wódkę. Gramy kiedyś mecz, druga połowa, wszyscy już wycieńczeni. Wreszcie przerwa w grze, ktoś kontuzjowany. Leszek Pisz podbiegł do ławki, żeby dali mu coś do picia. No i maser pomylił bidony - rzucił wódkę. Leszek, jak to zawsze robią piłkarze, najpierw wylał sobie pół zawartości na twarz, a potem wziął wielkiego łyka na przepłukanie gardła. Jakże nim wstrząsnęło! Przy takim wysiłku alkohol działa błyskawicznie. - Ty, Leszek, chyba na głodzie jesteś, bo pociągnąłeś strasznie z tego bidonu - śmialiśmy się z niego. A on blady. - Lesiu, na fantazji się dobrze gra - żartowali inni. Skończyło się tak, że na następnych meczach... też był bidon z wódką. Ale zawsze z naklejonym szerokim plastrem, żeby nikt się nie pomylił. Bidon z plastrem - dopiero po meczu!
I tak nam mijał rok na zabawie połączonej z goleniem frajerów. Ekipa była zgrana, a jak ktoś nie pasował, to... szybko wypadał. Na przykład Jarek Jedynak. Przyszedł tuż przed trenerem Wójcikiem. Nikt nie wiedział, co to za gość. Żaden z nas wcześniej o nim nie słyszał, w polskiej lidze zupełny anonim. Podobno wcześniej występował gdzieś w Niemczech. Na Łazienkowskiej dostał najwyższy kontrakt w drużynie - miliard złotych. Przypomnę, że ja miałem 25 milionów. A ten od razu miliard! Kto to jest? Jakiś Romario uchował się w tajemnicy? Ale nie - przychodzi na trening i widzimy, że koleś ma zerowe pojęcie o piłce. Nic, fajtłapa, patałach, łamaga, drewno! Tyle tylko, że wielkie chłopisko. Co oni, od centymetra mu płacili?! Do tego jak raz się spóźnił na trening i przyszedł mocno zmęczony, to stwierdził, iż to wszystko przez to, iż musiał wziąć lekarstwa przeciw gorączce.
Zagrał w naszej drużynie raz. Raz i wystarczyło. To był debiut Janusza Wójcika, mecz z Olimpią w Poznaniu. Siedzimy w szatni. Wójcik prowadzi odprawę. Mówi długo, zawile. A my słuchamy. Trener był strasznie przejęty debiutem, więc zdążył chyba powiedzieć wszystko, co tylko można - kto na kogo gra, kto kogo kryje, kto jakie ma mocne strony, jak atakujemy, przez kogo gramy piłki, i tak dalej! - Są jakieś pytania? - padło na koniec. I wtedy Jedynak wypalił: Ń Panie trenerze, a czy ja mogę tak raz na jakiś czas ruszyć z piłeczką po skrzydełku?
Z piłeczką po skrzydełku! Jak cała szatnia buchnęła śmiechem, to koncentrację diabli wzięli. A Jedynak w końcu w czasie meczu ruszył z piłeczką po skrzydełku. Wpadł centralnie na naszego obrońcę, Krzyśka Ratajczyka. To było zderzenie pociągów towarowych. Na ten widok, mimo że to przecież mecz profesjonalnej drużyny, wszyscy piłkarze polewali!!! Na ławce rezerwowych prawie nikt nie mógł usiedzieć ze śmiechu. Po chwili Jedynak zszedł, więcej nie zagrał. Jak się posypały na niego kary, to nie wiem, czy z tego miliarda cokolwiek mu zostało. I nie mam pojęcia, gdzie później ruszał z piłeczką po skrzydełku.
Jak Gmur promował Kucharskiego Nieprzespane noce "Rataja" Krople do oczu obok piłki (odcinek 25)
Jarek Jedynak tak szybko zniknął, jak szybko się pojawił. Co innego Arek Gmur, który przez sezon 1992/93 jeszcze się utrzymał, a zaraz na początku następnego poszedł w odstawkę. Potrafił wyłączyć z gry Vialliego, żeby potem zagrać ostatnie dno w polskiej lidze. Też - jak wypadku Jedynaka - wystarczył jeden mecz i było po nim. Graliśmy z Siarką Tarnobrzeg, prowadziliśmy 4:0 i wtedy na boisko wszedł Arek. Co zrobił? Wypromował Czarka Kucharskiego! Jak go pokrył, to "Kucharz" błyskawicznie strzelił dwa gole i wypracował rzut karny. Skończyło się na 6:3 dla nas i "menago Gmur" już za Wójcika nie wystąpił. - Ty, misiu, teraz promuj sobie rywali innych drużyn - usłyszał.
Arek to była ciekawa postać. Mówiliśmy na niego "Twarz rzeźbiona przez wiatr". I miał nieprawdopodobną zdolność - zawsze kiedy jechał na trening, to widział wypadek. Zawsze! Tylko wchodził do szatni i mówił: - A wiecie, jakiej katastrofy byłem świadkiem?! Tu ten tego, trach, bach, olaboga.
Później do tych jego opowieści się tak przyzwyczailiśmy, że gdy tylko się pojawiał, padało pytanie: - No i gdzie dzisiaj wypadek widziałeś?
Jednego dnia mówi: - A tutaj, tuż koło Legii, przy Torwarze!
No nie, niemożliwe. Trzeba go sprawdzić, żeby nas nie czarował dzień w dzień. Patrzymy - przy Torwarze wypadek! Gdy Arek wychodził na ulicę, policja powinna wstrzymywać ruch w trosce o bezpieczeństwo obywateli.
Patrząc na jego umiejętności piłkarskie - ogólnie rzecz biorąc był drewniany. Niemniej potrafił godzinami podbijać piłkę o wąski fragment ściany. Zawsze trafiał tam, gdzie chciał. Tak to już bywa, że ludzie mają całą masę kompletnie bezużytecznych zdolności. Jak taki Chomontek, co piłki prosto nie kopnie, tylko w górę potrafi. "Gmurek" miał mimo wszystko swoje pięć minut w Legii. Szkoda, że do imprez nie pasował. Codziennie przyjeżdżała po niego żona. Gdyby imprezował, to może by się jeszcze dało go odratować i wkupić w łaski trenera.
Byli w tamtych latach w Legii piłkarze, którzy dobrze grali, ale nie balowali i tacy, którzy byli przydatni na wszystkich frontach. Tylko ten drugi typ zawodników mógł się tak naprawdę sprawdzić. Na przykład szybko przypasował do nas Krzysiek Ratajczyk. Ekipa hermetyczna nie była, szukała wrażeń i chętnie werbowała nowych członków. "Rataj" na tyle znalazł z nami wspólny język, że wnet nie wiadomo było, kto jest liderem grupy, a kto outsiderem. Brakowało nam żółtych koszulek lidera! Plus tego był taki, że nie było dnia, żeby ekipa rozrywkowa liczyła mniej niż pięć osób. W szatni zawsze były dwie rzeczy - gumy do żucia i krople do oczu. O zapas kropli dbał właśnie "Rataj". Jak ktoś miał zmęczony wzrok po całej nocy, to ratunku szukało się u niego. Krople były w szatni tak samo oczywiste jak ręczniki czy buty piłkarskie.
"Rataj" miał wtedy dość często "problemy ze wzrokiem", wykazywał - podobnie jak ja - sporą tendencję do unikania snu w nocy. Zdarzyło się też Krzyśkowi wpaść w tarapaty. Akurat przy tym nie byłem, ale prasa pisała, że pobił jakiegoś taksówkarza, bodajże złamał mu nos pod hotelem "Marriott". Pamiętam, że następnego dnia przyszedł do szatni jak gdyby nigdy nic - usiadł, mówił o tym, co zawsze, w ogóle nie chciał się przyznać. Potem sprawa wypłynęła, więc i on nie robił tajemnicy. Twierdził, że to taksówkarze go napadli, a on się tylko bronił. A że jak "Rataj" się broni, to przeprowadza zmasowany atak, to już inna sprawa. Skończyło się tak, że ci taryfiarze chcieli od niego kilka dobrych "baniek" za wycofanie oskarżenia, a my żartowaliśmy: - Krzyśka na żadną imprezę nie bierzemy, bo bije ludzi.
Wbrew pozorom on nie jest mrukiem, lubi sobie pogadać. To przecież nie było tak, że spotykaliśmy się, ja - jako gaduła - ciągle nawijałem, a Krzysiek słuchał. Nie, "Rataj" to normalny gość. Ale to wszystko działo się po meczu. Gdzieś tak na trzy dni przed następnym spotkaniem odpuszczaliśmy. Zresztą, cel był zbyt ambitny, żeby go przepić. Chcieliśmy być mistrzem Polski. Mijały kolejne mecze, a my wciąż podążaliśmy we właściwym kierunku. Sezon 1992/93 zbliżał się do końca.