
Koniec Waligóry "Jusko", Rysiu - przedstawcie się! Włosi, czyli zatrzymany walec. (odcinek 16)
Pierwszy gwizdek, pierwsze dotknięcie piłki, pierwsze brawa i gwizdy z trybun. Niby normalny mecz, ale każdy z nas miał świadomość, że olimpiada jest czymś więcej niż zwykłym kopaniem się po kostkach. Olimpiada jest kawałkiem historii, życiową przygodą, wielką szansą. Na dzień dobry dostaliśmy Kuwejt. Goście wyglądali tak, że 23 lata to może i mieli, ale kiedyś. Znaliśmy jednak zasadę - każdy frajer jest po to, żeby go ogolić.
No to goliliśmy, a z brzytwą biegał przede wszystkim Andrzej Juskowiak. Strzelił dwa gole. Mogliśmy wygrać jeszcze wyżej, ale w ostatniej minucie Waligóra nie wykorzystał rzutu karnego. To był jego koniec na olimpiadzie. W tamtym meczu jeszcze Darek Gęsior zagrał bodajże 45 minut, a potem wszedł za niego Marcin Jałocha. I tak "Jałoszkin" grał aż do samego finału. Część chłopaków była podłamana, że nie gra, część nie czuła się pewna, co dalej. - Ciekawe w jakim składzie zagramy... - mówili ci najmniej pewni. I czekali, aż ktoś powie: - No przecież ty na bank zagrasz!
Kuwejt, jak to Kuwejt. Była trema przed pierwszym meczem, ale nikt nie dopuszczał możliwości porażki. Liczyło się jedno spotkanie - z Włochami! Gdy słyszało się określenie "kelnerzy" w odniesieniu do nich, każdy z nas czuł, że coś jest nie tak. Co tu mówić, to nie były ogórki. W prasie jechali z nami strasznie. Tłumaczono nam gazety, a Włosi - ówcześni mistrzostwie Europy - mieli nas za ostatnich patałachów. Skoro już się muszą po nas przejechać, to się przejadą. Jednak bez specjalnej satysfakcji, bo woleliby przejechać się po kimś poważnym.
W tunelu zachowywali się pewnie. Nawet jak spluwali, to z jakąś pewnością siebie. Ale my też byliśmy naładowani. - Pierwsza minuta! Pokazujemy, kto tu rządzi! Jedziemy równo z murawą! Wślizg, wślizg, wślizg! Opierdalamy ich! Niech pamiętają ten dzień do końca życia! - krzyczał chwilę wcześniej Wójcik. My jeszcze dodaliśmy sobie otuchy stałym okrzykiem - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! W tunelu zdążyłem popatrzeć w oczy Francesco Antoniolemu, obecnemu bramkarzowi Romy. - Jak tam, ogóreczku? Pagliuca opowiadał ci o mnie? Mówił, jak go usadziłem? - pomyślałem sobie. Musiał mnie pamiętać z meczów Sampdorii z Legią. - Wtedy was, makaroniarzy, napocząłem, to teraz dokończę - wycedziłem, tak sam do siebie.
Zaczął się mecz. A każdy w głowie miał: - Pierwsza minuta, wślizg, wślizg, wślizg! Jedziemy! No i ruszyliśmy. Równo z trawą, tak, jak chciał trener. I stało się - w czwartej minucie Andrzej Juskowiak strzelił pięknego gola! 1:0! Cholera, mamy ich! I znów wślizg, wślizg, wślizg. Napędzamy się. Każde udane zagranie dodaje nam energii. Karmimy się ich słabością, ich frustracja jest naszą siłą. Wślizg, wślizg, wślizg. Nie ma czasu na odpoczynek, za dużo jest do stracenia. Nie, odpoczniemy później. Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek "ukłuł". No, panowie. Gdzie ta wasza pycha? Gdzie ci mistrzowie Europy? Gdzie ten piłkarski walec, dla którego przejechanie "Polaczków" jest tyleż oczywiste, co uwłaczające? Antonioli, gdzie ten twój refleks i pewny chwyt? Pagliuca już wie, jak grają Polacy, czas na ciebie! Poznaj moich kolegów! "Jusko", Rysiek - przywitajcie się!
Zaczęły się nerwy Włochów, czerwone kartki. Kończyli mecz w dziewiątkę. A my robiliśmy swoje. Trójka do zera i Polska żegna... Tak, teraz już mogliśmy spokojnie, bez zbędnego zmieszania powiedzieć "FRAJERA". Teraz wystarczy nawet nikła porażka z USA, i wychodzimy z grupy. Ale nikt przegrywać nie miał zamiaru. Jesteśmy tu najlepsi, jesteśmy tu po medal!
Wychodzę z cienia Pieczęć "można strzelać" Świat u stóp (odcinek 17)
Awans mamy pewny, wystarczy się tylko nie skompromitować w spotkaniu z USA. A jak się skompromitujemy, to znaczy, że nic tu po nas i tyle. Wiedzieliśmy, że awansujemy, ale torby wciąż stały spakowane. Tak od samego przyjazdu. Jeden dzień mógł wszystko zmienić, jednego dnia mogło się okazać, że misja dobiegła końca. No i nawet nikomu nie chciało się wykładać rzeczy na półkę. Kto wie, co będzie jutro?
Z USA nie przegraliśmy. Remis 2:2 i wyjście z grupy. Eh, gram dobrze, nawet bardzo dobrze. W każdym meczu od pierwszej do ostatniej minuty. Zaliczam asysty. I coś nie mogę zdobyć gola! - Spokojnie Kowal, nie grzej się, ty tu jeszcze nie jednego usadzisz - myślałem sobie. Te bramki musiały w końcu przyjść. Czekanie na nie było o tyle nieznośne, że dużo strzelał Andrzej Juskowiak. Nigdy nie lubiłem być w cieniu. Jednak czułem się pewnie, wiedziałem, że jestem zbyt dobry, żeby przebujać się przez cały turniej bez trafienia. Ale konkurencja nie spała. - Kowal nie strzelił, może ja zagram? - zastanawiali się zapewne Mielcarski i Waligóra. Ja byłem o tyle przekonany, że wystąpię i w następnym meczu, bo nie dość, iż grałem dobrze, to w dodatku pasowałem stylem gry do "Jusko". On był egzekutorem, a ja tym, który robi wiatr.
Po wyjściu z grupy czekał na nas Katar. - Panowie, kataru to można dostać, ale na pewno nie dostać od Kataru! - mówiłem przed meczem. Wójcik jechał ze starą śpiewką: - Golimy frajerów! Wślizg, wślizg, wślizg! Ta adrenalina, przesyłana w słowach przez trenera, wszystkim nam się bardzo udzielała. Byliśmy tak naładowani, że nawet gdy krzyczeliśmy "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", to było słychać tę pozytywną agresję. To był brutalny okrzyk. Katar był dla mnie o tyle przełomowym momentem, że w końcu strzeliłem gola, pod koniec pierwszej połowy. Potem poprawił jeszcze Jałocha. Wygraliśmy 2:0, ale to nie był łatwy mecz. Katar nie grał w piłkę. Przeciwko takim zespołom walczy się ciężko. - Strzeliłeś gola, nadchodzi najpiękniejszy moment - marzyłem. A może "marzyłem" to nie najlepsze słowo. Lepsze byłoby "wiedziałem".
I przyszedł półfinałowy mecz z Australią, rewelacją turnieju. Ale skoro wyszliśmy z najtrudniejszej grupy, odprawiliśmy mistrzów Europy z Antoniolim, Albertinim i Dino Baggio w składzie, to... bądźmy poważni. Zresztą Wójcik nie po to chodził i bezustannie powtarzał, że wygramy tę olimpiadę, żeby dostać od gości, co na co dzień kopią się z kangurami. A czuliśmy, że naprawdę możemy tu zdobyć złoty medal. Hiszpanie grając z Włochami, tymi samymi, których zmiażdżyliśmy, niemiłosiernie się męczyli. Czyli jesteśmy silni.
Zacząłem ja. Odebrałem piłkę obrońcy, przerzuciłem nad bramkarzem - 1:0. I to był już do końca mój mecz! Walnąłem raz jeszcze, Australijczyk po moim zagraniu wpakował piłkę do własnej bramki - to już trzy moje gole. Dograłem też Andrzejowi Juskowiakowi. W zasadzie przy każdym z sześciu trafień, ja gdzieś tam byłem, gdzieś tam tę pieczęć przystawiłem. Pieczęć z napisem "Kowal dotknął, można strzelać!". W czasie gry było widać świetne zrozumienie w trójkącie Staniek-Kowalczyk-Juskowiak. Do finału podchodziliśmy już jako uznani zawodnicy - "Jusko" był królem strzelców, ja i Rysiek prowadziliśmy w punktacji kanadyjskiej, nikt w sumie nie miał tylu bramek i asyst, co my.
- Panowie. Czeka nas dzień próby, ostatecznej próby. Cała Hiszpania będzie życzyła nam śmierci, prawie cała Polska zwycięstwa. Prawie, bo tych misiów z PZPN nie można liczyć. Te misie muszą nas popamiętać. Skoro gramy im na nosach od kilku tygodni, to zagrajmy do końca. Pamiętajcie, że przed nami mecz życia. Rodziny będą na was patrzyły, cieszyły się i płakały razem z wami. Panowie, czekają nas kolejni frajerzy do opierdolenia! - mówił trener. Finał. Przed nami wielki finał. Szczyt marzeń na wyciągnięcie ręki. Jakaś tam Polska, a pół piłkarskiego świata u jej stóp! Widzieliście półfinał z Australią? Widzieliście te sześć bramek? Widzieliście nas? Jesteśmy najlepsi. Każdy w to wierzył.
I co z frajerami? Wojtek, co ty zrobiłeś? Nie mam siły wstać (odcinek 18)
Finał, ludzie, telewizja, historia, olimpiada, sukces, kariera. Nagle chlast! Trener Wójcik wymierzył mi soczysty cios w plecy. Nie było czasu, żeby teraz rozmyślać, co będzie. Cios w plecy skutecznie leczył z takich stanów. Leczył zawsze i dobitnie. To był ulubiony sposób trenera, aby pobudzić zawodników. Plecy szczypały, ale poziom adrenaliny wzrastał lawinowo. Poza tym Wójcik lubił zadawać pewne pytania.
- Kowal! Co zrobimy z tymi frajerami?
- Jak to co? Opierdolimy!
To była najbardziej pożądana odpowiedź. Jeśli ktoś nie lubił przeklinać, mówił "ogolimy". Jednak "opierdolimy" było jak najbardziej na miejscu. To był miód na serce trenera. Ponieważ można było mieć pewność, że ja użyję właśnie tego słowa, w dodatku z szelmowskim uśmiechem na ustach, trener lubił zwracać się przede wszystkim do mnie. - Sto tysięcy ludzi jest teraz na trybunach, a 40 milionów Polaków przed telewizorami. No i te misie z PZPN. Sto tysięcy Hiszpanów plus misie kontra 40 milionów Polaków. Tymi Polakami jesteśmy my. My ich reprezentujemy, my będziemy dziś decydować o wszystkim. Karty są w naszych rękach. Król Hiszpanii nawet przyszedł. Jeszcze nie wie, że mamy zamiar opierdolić tych frajerów. Tak, Kowal? Co z nimi zrobimy? - pytał Wójcik.
- Oczywiście, opierdolimy! - odpowiedziałem z uśmiechem.
Jedni wiążą buty, inni poprawiają ochraniacze, jeszcze inni po prostu czekają. Do meczu minuty, sekundy, zaraz się zacznie. Za kilka chwil wyjdziemy na murawę najsłynniejszego stadionu świata, Camp Nou. Jeszcze nie teraz. Jeszcze okrzyk. - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - ryknęło w szatni. Już. Już teraz. Można iść. Trzeba! Wślizg, wślizg, wślizg - tak musimy zacząć. Przecież to potrafimy. Nie jednego barana już przegoniliśmy po całym boisku. Jest w nas agresja i odpowiedzialność. Hiszpanie też zdenerwowani, widać, że nas szanują. Może nie boją się, ale szanują. Na nich ciąży większa presja. My już i tak wykonaliśmy plan ponad normę. Jednak dziś normy nie istnieją. Nikt nie chce słuchać o planach minimum. Jeszcze tylko rzut oka na kapliczkę przed wejściem na boisko. Kto chce, ten się modli. Gwizdek. Jest. Biegniemy. Wślizg, wślizg, wślizg.
Na początku przewaga Hiszpanów. Nie możemy
wyjść z połowy. Po chwili opanowujemy sytuację. Jedziemy z nimi. Może nie
jedziemy, ale przynajmniej oni z nami nie jadą. Jest dobrze. Nie są lepsi.
Możemy spokojnie nawiązać walkę. W końcu udaje mi się urwać obrońcom. Moment i
jestem sam przed bramkarzem. Nikt mnie nie dogoni. To wiem, jestem za szybki.
Jadę z piłką, jadę, bramka się zbliża. Podjechałem za daleko...
Zamiast oddać strzał, podbiegłem za blisko bramkarza i trafiłem w niego.
Kurwa!!! Przecież to był ten moment, kiedy miałem przejść do historii! To był
ten moment, w którym mieliśmy wygrać mecz! - Wojtek, co ty zrobiłeś? - tak sobie
myślałem. Gdybym miał jeszcze dziesięć takich sytuacji, wszystkie bym
wykorzystał. Ale mogę już nie mieć... W finale tak to już bywa. Masz jedną
szansę, aby przejść do historii. Nie przeszedłeś - trudno, przeszedł kto inny.
Nikt za tobą nie zapłacze.
Jak to "kto inny"?! To mam być ja, a nie jakiś hiszpański ogórek! Kowal, weź się w garść, jedziemy z nimi! Żar leje się z nieba, na termometrach chyba brakuje skali. Upał, parno, mokre koszulki lepią się do ciał. Trzymamy 0:0, więc nie jest źle. Chociaż szkoda tej sytuacji... Jeszcze minuta i będzie można odpocząć. Ruszam do przodu, a nuż coś się uda?...
Mam piłkę! Odebrałem obrońcy! Kopnął mnie dwa razy, ale utrzymałem się. Jestem już tylko ja i bramkarz. Kowal, nie myśl! Wal!
Jeeeeeest!!! I co? I co teraz? Kto jest najlepszy? Kto strzelił gola? No śmiało, chcę to usłyszeć z ust spikera. "Kowalcik!". Tak jest, zapamiętaj to nazwisko. Przeczytasz je, gdy złoci medaliści staną na pudle! Tylko dotrzymajmy, dotrzymajmy do przerwy! Z radości upadłem na murawę, przygnietli mnie koledzy. Jestem wycieńczony, nie mam siły wstać. Kończ!
Już się nie wywiną! Kłak siada na tyłek Tylko nie Górski... (odcinek 19)
Wycieńczenie, duma, przerażenie. Wszystkie możliwe uczucia zbiegają się w jedno i rozpierają każdego z nas. Jest przerwa, być może najważniejsza przerwa w naszym życiu. Prowadzimy 1:0 w finale olimpijskim z gospodarzami, z Hiszpanią. Pierwsza myśl - odpocząć. Część zespołu idzie pod prysznic, część do basenu. Szatnie Barcelony są olbrzymie, można w nich nawet popływać w zimnej wodzie. To działa kojąco na zmęczony organizm. Ochłodzić się! Na zewnątrz jest ze sto dwadzieścia stopni! Nieludzka temperatura!
- Brawo Kowal, jest dobrze. Teraz już się nam nie wywiną! Jedziemy dalej. Pamiętajcie, zostało nam tylko czterdzieści pięć minut. Czterdzieści pięć minut, w czasie których nie ma czasu na cokolwiek innego niż walkę. Napoczęliśmy ich. Dokończmy. To oni są teraz przerażeni. To oni mają nóż na gardle. A my swoje! Walka! Wślizg, wślizg, wślizg! - mówi Wójcik. Każdy z nas czuje na sobie oczy milionów ludzi. Każdy na swój sposób odczuwa tę presję. Jednych mobilizuje, innych przytłacza. Szatnia jest takim miejscem, w którym jesteśmy sami. W którym nikt na nas nie patrzy. Dobra, czas na drugą połowę!
Jest źle. Zamiast 1:0, po chwili mamy 1:2. Publiczność szaleje, wskazała zwycięzcę. Jak ją uciszyć, jak zmienić ten werdykt? Robimy swoje. Przecież ani przez moment w tym meczu nie byliśmy słabsi. Dwa głupie gole. Mijają minuty, a my wciąż przegrywamy. Teraz to my mamy nóż na gardle, Hiszpanie robią swoje. Cały rok szykowali się do roli wielkich faworytów i wreszcie nimi są. Wreszcie prowadzą i złote medale prawie wiszą na ich szyjach...
Dostałem w nogę. Muszę na chwilę zejść. Jednak tylko na chwilę, lekarz pomoże!
Ułożyłem się przodem do boiska, chciałem dokładnie widzieć, co się dzieje. Nagle zamieszanie. Konsternacja na trybunach. Ktoś z naszych dostał piłkę, jest blisko bramki. Co tam się dzieje? Słabo widzę. Goooool!!! Rysiu!
Niewiele zostało do końca. Każdy z nas widzi, że Hiszpanie są kondycyjnie słabsi. Nigdy nie lubili biegać, a gdyby mieli to robić przez 120 minut, zamiast 90, to by chyba popadali jak muchy. Świetnie, teraz po naszej stronie jest piłeczka. Teraz to wciąż nas bardziej stać na wyprowadzenie śmiertelnego ciosu niż ich. Tylko ten sędzia. Z Maroka. Od początku lekko faworyzuje gospodarzy. Każde wątpliwe starcie jest osądzane na ich korzyść. Ale trudno. Poradzimy sobie. Minęła ostatnia minuta. Będzie dogrywka, a wtedy w najgorszym razie wygramy w karnych. Jeszcze jedna akcja. Hiszpan wybija piłkę poza boisko. Zacznie Kłak. No nie! Rzut rożny. Jak mógł dać rzut rożny skoro piłkę wybił Hiszpan?! Niech mu będzie, poradzimy sob... Kurwa mać... Strzelili... Cieszą się... Koniec... Już nie odrobimy. Sekundy do końca. Przecież Kiko strzelił tam, gdzie stał Olek! Czemu on usiadł na dupie? Wpadłaby mu prosto w ręce. Wpadłaby... Koniec.
W szatni cisza. Ci, którzy nie zagrali, pocieszają tych wykończonych. - I tak zrobiliśmy swoje. Mamy medal, pamiętajcie - mówi Tomek Wieszczycki. On nie zagrał ani minuty w całym turnieju. Musi być z tego powodu zły, a jednak pociesza innych. W końcu coraz częściej słychać, z różnych stron szatni: - Niech ta porażka nie przesłoni naszego wielkiego sukcesu.
No tak, w końcu i tak zrobiliśmy furorę. Mieliśmy wrócić do Polski po tygodniu, a tymczasem przegraliśmy złoty medal olimpijski w ostatniej sekundzie finału. W końcu drzwi do szatni otwierają się. Wchodzi Kazimierz Górski. - No nie, jeszcze tego tu brakowało! - pomyślał sobie każdy z nas i spojrzał złowrogo...
Niech on zmiata! Dlaczego nie lubiliśmy Górskiego? Kto jechał na dopingu? (odcinek 20)
Już widzę teraz twarze oburzonych ludzi. Kowal nie szanuje świętości, Kowal to kretyn, który potrafi oczernić nawet Kazimierza Górskiego! A przecież pana Kazimierza nie wolno, pan Kazimierz jest święty. Wiecie o czym marzyliśmy, gdy wszedł do szatni po finale olimpijskim? Żeby zmiatał. Po prostu, jak najszybciej, zmiatał! W podskokach! Nie mieliśmy ochoty na niego patrzeć. Ale on wszedł. Zadowolony, uśmiechnięty od ucha do ucha. - Gratuluję medalu - powiedział dumnie. Medalu? Medal to my mieliśmy już od wielu dni. Chodziło o złoto. Czy on tego nie wiedział? Czy nie wiedział, że tylko nas irytuje tymi gratulacjami i swoim szczerym uśmiechem? Ostatni raz widzieliśmy go chyba na lotnisku po przylocie na olimpiadę. Potem ani przez moment się nami nie zainteresował. Prezes PZPN poleciał z piłkarzami do Barcelony i jedyny raz widziano go cieszącego się po przegranym meczu finałowym. No, poza tym, że nasz kochany związek nie potrafił niczego zorganizować, poza startem rozgrywek ligowych, gdy jeszcze olimpiada się nie skończyła. Misie z PZPN i szef misiów, pan prezes Górski...
Naprawdę nikt nie myślał o jego osiągnięciach z 1974 roku. Dla nas liczyło się tylko to, że nie był z nami, nie był naszym przyjacielem. A kto nie był z nami, ten był przeciwko nam. I właśnie dlatego, gdy wracaliśmy do Polski samolotem, wznosiliśmy ironiczne toasty: - Zdrowie Kazimierza Górskiego! Zdrowie naszego kochanego prezesa! Zdrowie!
Ten cały PZPN wiecznie robił problemy. Tuż przed olimpiadą chciano zwolnić trenera Wójcika. Bo niby za mało doświadczony na tak poważną imprezę. No i wypłynęła nagle sprawa rzekomego dopingu. To było typowe podłożenie świni. Jasne, doping u bramkarza (niby po co?), defensywnego pomocnika i rezerwowego bez szans na grę. Już widzę, jak Kłak, Świerczewski i Koseła szprycowali się po nocach, a potem w czasie olimpiady byli sprawdzani po czterysta razy i nikt niczego nie wykrył. Wszyscy braliśmy odżywki, jak to w profesjonalnej drużynie. Jednak to były typowe witaminy. I jeśli ktokolwiek jechałby na dopingu, to by złapano 23 piłkarzy. Tymczasem niby złapano bramkarza z rezerwowym. I dziwnym trafem potem się okazało, że nie ma pewności, iż cokolwiek brali. No i dziennikarze nagle o sprawie zapomnieli i nie pociągnęli tematu. Ktoś chciał narobić niedobrego szumu wokół nas i tyle. Nie każdemu na rękę były sukcesy Wójcika. Misie z PZPN też nie czuły się z tym dobrze. Jeśli teraz tak wszyscy zaczną sobie wszystko załatwiać na własną rękę - jak Wójcik, który sam znalazł sponsorów - to po co my? Tak pewnie myśleli. Jedyne na co ich było stać, to jakieś głodowe premie, które i tak malały z każdą rozmową. Skończyło się bodajże na jednej czwartej obiecywanej sumy. A prezes pokazał się raz. "Gratuluję medalu". Jakże bym chciał mieć w tym momencie złoto w garści! Chciałbym mu je pokazać i obserwować znikający uśmiech.
Gdy wysiedliśmy na lotnisku w Warszawie, mocno zawiani, nie baliśmy się mówić prawdy. Oświadczyłem wtedy, że pan Kazimierz Górski powinien odejść i przestać pełnić funkcję prezesa PZPN. Rozległy się głosy oburzenia. Kowalczykowi odbiło. Strzelił kilka bramek i mu kompletnie odwaliło! Pewnie po pijaku nie wiedział co mówi. A Kowalczyk wiedział i choć może nie chodził tego dnia prosto oraz "jaskółki" by nie wykonał, o Kazimierzu Górskim miał wyrobione zdanie. Podobnie jak wszyscy olimpijczycy. Nie wiem, ile bym musiał wypić, żeby zapomnieć o wygłoszeniu akurat tej opinii. Owszem - nie byłem trzeźwy, jak każdy z nas - młodych chłopaków - po wielkim sukcesie. Przyjąłem akurat tyle, aby powiedzieć całą prawdę - czas Kazimierza Górskiego minął w chwili, gdy koła samolotu dotknęły warszawskiego lotniska...