(odcinek 111)

Wkrótce się okazało, że Edek wcale nie jest - wbrew powszechnym pogłoskom - z fabryki kredek, bo świetny z niego lekarz. Polecieliśmy na mecz pucharowy z Iraklisem Saloniki, czyli była okazja spotkać się z Miętowym. W składzie ekipy - Mario Piekario. W składzie ekipy, co nie znaczy, że w składzie meczowym. Piekarz - na trybuny! Nalatał się chłopaczyna, na wycieczkę wybrał, bo nie zagra.

- Jesteś chory - poinformował go Lorens.

Kiedyś, przed meczem z Włochami, Piechniczek wymyślił chorobę Piotrkowi Świerczewskiemu. Teraz ten sam szkoleniowy trik zastosował Edek. Żeby Mariusz chociaż katar ma to można byłoby uznać, że się pieści jak niemowlak. Ale on nawet kataru nie miał!

- Jesteś chory - brzmiała diagnoza doktora z Żar.

Za to na ławce usiadł Kecbaja z połamaną nogą. Chyba musiał dość obcisłą getrę założyć, żeby mu się tam wszystko nie posypało. Cóż, to Piekarz chyba w takim razie umierał, skoro Gruzin był od niego zdrowszy.

Zaczął się mecz. Wcisnęli nam trzy gole. Wtedy zrobiłem łądną akcję, minąłem gościa, posłałem długie podanie za głowy obrońców i kolega wyszedł sam na sam - gol, już tylko 3:1 dla Iraklisu. Czyli zaczyna dobrze iść. Strzelić gola na wyjeździe to połowa sukcesu. Edek robi zmianę - no ładnie, połamaniec szykuje się do wejście. Ciekawe kogo zmienią. Patrzę - mój numer. Bez jaj, jakaś pomyłka. Poczekam aż się zorientują. Tymczasem... oni czekali aż się zorientuję, że mam zejść. Tu już nie było przebacz. Kurwiłem na prawo i lewo, cisnąłem butelką o ziemię. - Jak kurwa można zrobić taką zmianę?! Jakiś kulawy wchodzi!!! - krzyczałem. Edek głuchoniemy - ani be, ani me. Udaje, że nie słyszy. A ja swoje - nie obrażałem go, tylko mówiłem, co sądzę o takich zmianach. Kowal z boiska, zdrowy Piekarz na trybunach, a inwalida na boisku. Ktoś tu z czymś tu na łby się pozamieniał.

Mecz z Iraklisem przegraliśmy 2:4, w rewanżu wygraliśmy 3:1 i przeszliśmy do następnej rundy. Najlepszy na boisku Sławek Majak. Później była przerwa w lidze na reprezentację, to Edek do Polski na cztery dni poleciał, bo co będzie z ogórkami na Cyprze siedział? Przecież jest tylko trenerem.

Wrócił w czwartek, jeszcze tego samego dnia była jakaś narada w klubie. W piątek rano odbieram telefon. Andrzej Czyżniewski, drugi trener, na linii.

- Wojtek, powiedzieli w radio, że zostałeś wyrzucony.

Hmm, Czyżyk by sobie jaj nie robił. Po chwili drugi telefon, Radek Michalski na linii.

- Wojtek, powiedziano mi, że zostałeś wyrzucony.

Czyli to prawda. Lorens wiedział dzień wcześniej, ale nie przyszedł, nawet nie zadzwonił. Następnego dnia - też nic. Zupełnie jakbym nie istaniał, jak gdybym nie był jego piłkarzem. Przyszedłem do klubu, zabrałem rzeczy z szafki, kierownik drużyny wręczył mi pismo informujące o zerwaniu kontraktu. Edek nawet nie powiedział "do widzenia" albo "pocałuj mnie w dupę". Wyrzucili Polaka, to nie jego sprawa.

Napisano, że podobno chlałem tak na potęgę, że aż mnie policja kilka razy aresztowała. To piramidalna bzdura, bo ani nie chlałem, ani mnie policja nie zatrzymywała. Owszem, chodziliśmy wszyscy razem na piwo, piliśmy whisky w normalnych ilościach, gdy była ku temu pora, ale nie było mowy o czymś więcej. Nie te lata, żeby nie chodzić spać po nocach. Po co miałbym ukrywać? Opisałem, jak się piło tu czy tam. Na Cyprze raczej się nie piło.

Sprawę w FIFA wygrałem, klub musi mi zapłacić pieniądze za cały sezon, czyli około 200 tysięcy euro netto. Nie mieli szans ze mną wygrać, bo miałem tę przewagę, iż wiedziałem, że policja mnie nie zatrzymywała, a oni twierdzili, że mają raporty. Jednak nie macie? To płaćcie! Próbowali nawet później kręcić, że z tymi raportami, to się nie zrozumieliśmy, że to nie tak...

Majak wyleciał za to samo - identyczne pismo, tylko zmieniona data. I też mu Lorens nie powiedział "do widzenia". Piekarz dostał jakiś absurdalny zarzut, że nie zależy mu na klubie czy coś takiego. Prawdziwy powód był oczywisty - kasa. Anorthosis był po prostu goły. Tylko Edek myślał, że jak już wszyscy wylecą, to może coś dla niego zostanie. Nie wziął pod uwagę, że sam wyleci. Wywalono go zresztą po konflikcie z połamanym Kecbają. Gruzin wyszedł z odprawy przed meczem, trzasnął drzwiami i powiedział, że z takim trenerem to współpracować nie będzie. I już nie musiał.

Długo bym i tak w Anorthosisie się nie nagrał, bo skoro przestali płacić trzy miesiace wcześniej, to nie wiem, ile jeszcze bym wytrzymał. Pewnie skończyłoby się jak z Betisem - wsiadłbym w samolot i poleciał do Polski. Niech najpierw poszukają kasy, a potem mnie. Cóż, nie zdążyłem!

Byliśmy wszyscy wkurzeni na Lorensa. Gdyby to był jakiś Niemiec czy inny Francuz. Jednak nie - to był Polak, którego my ściągnęliśmy. A on nam podkładał świnie. Człowiek bez honoru, Edek z fabryki kredek - zapamiętajcie to.

Anorthosis był ostatnim klubem, w jakim grałem.

(odcinek 112)

Siedzę w Warszawie, oglądam telewizję i czytam gazety. Trenuję, biegam po osiedlu, robię interwały. Gdy przyjdzie czas, wrócę do piłki. Mam 31 lat. Może dużo, może mało. Nie wiem gdzie, nie wiem kiedy, ale wrócę. Nie podbiję świata, ale chcę jeszcze strzelić kilka bramek.

Spisałem w tej książce, na wesoło, większość swojej kariery. Sami możecie ocenić, zmarnowałem swój talent, czy też nie. Ja sam wątpliwości nie mam - nie zmarnowałem, z dwóch powodów.

Po pierwsze - w piłce nie ma czegoś takiego, jak talent. Nie istnieje takie pojęcie. Po prostu jeden jest lepszym piłkarzem, bo nauczył się pewnych rzeczy, inny gorszym, bo się nie nauczył. To zwykłe rzemiosło i nie ma sensu mieszać w to sił nadprzyrodzonych. Talent piłkarski nie istnieje. Gdy inni siedzieli na lekcjach chemii, ja zdzierałem i tak zdarte już kolana, ćwicząc strzały, dryblingi, podania. I doszedłem do takiej wprawy, że potrafiłem dobrze wykonywać swoją pracę. Gdy ktoś mówi, że umiejętności dał mi Bóg, a ja je zmarnowałem, to śmiać mi się chcę.

Po drugie - mniejszą czy większą, ale zrobiłem jakąś tam karierę. Od czasów Bońka nikt nie zrobił większej. A raczej od czasów Bońka nikt nie zrobił prawdziwej kariery. Darek Dziekanowski był lepszym piłkarzem niż ja i co osiągnął? Nic. Tyle tylko, że był, nawet niczego nie wygrał. Andrzej Juskowiak? Miał grać w najlepszych klubach świata, a nie zagrał w klubie lepszym niż ja. Gdzie tam Wolfsburgowi czy Sportingowi Lizbona do Betisu, który ze mną w składzie zajmował trzecie i czwarte miejsce w lidze hiszpańskiej? Jusko też po prostu był. Olisadebe robi karierę? W Panathinaikosie jej nie zrobi, a wygląda coraz gorzej...

Zbigniew Boniek był w czołówce piłkarzy na świecie, z powodzeniem grał na mistrzostwach świata, występował w wielkich klubach, na najpiękniejszych stadionach. Tego nikt nie powtórzy, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Czasami słyszę - no tak, ale to mogłeś być ty! Nie mogłem. Byłem za słaby. Skoro nie zrobiłem furory w Betisie, to oznacza, że nie byłem takim grajcarem, jak mogłoby się wydawać. Nie zostałem jakąś tam wielką gwiazdą Betisu, a gdzie Betisowi do Realu, Barcelony, Milanu czy Juventusu? A to właśnie te kluby oznaczają prawdziwą karierę.

Moim zdaniem moja kariera potoczyła się bardzo dobrze. Pozwoliła mi na zapewnienie sobie bytu w późniejszym życiu. Dziś jestem szczęśliwy, a przecież mogło być gorzej. Mogła być nieskończona szkoła, niezrobiona kariera, niezarobione pieniądze. Mogłem stać teraz gdzieś pod sklepem monopolowym. Tak nie jest i z tego mogę być dumny. Wielu chciałoby widzieć mnie w roli kloszarda albo beja przegrywającego swoje życie na Służewcu. Wielu jest wkurzonych, że śmiem być zadowolony z siebie i z tego, co osiągnąłem. Najchętniej zabraliby mi jeszcze te wszystkie medale i puchary. Niech tak uważają, niech tak piszą. Dla mnie najszczęśliwsza ma być rodzina, a to, czy ktoś mnie lubi, czy też nie - jego sprawa. Mam to gdzieś.

Wielu uporczywie twierdzi - mogłeś więcej! Może na stare lata tak właśnie sobie powiem - mogłeś więcej. Ale może też po chwili dojdę do wniosku: - Przecież wtedy byś się tak dobrze nie bawił. I to się wyrównuje, bo piłka nie jest jedynym celem życia. Ja do futbolu zawsze podchodziłem na zasadzie jakiejś tam fajnej przygody, która kiedyś się skończy, a zacznie się nowa. Jeden zbiera znaczki, inny gra w reprezentacji Polski. Inna sprawa, że traktowałem tę przygodę bardzo poważnie. Naprawdę są większe przyjemności niż siedzenie przez kilka lat samemu w Hiszpanii albo leczenie dwa razy złamanej nogi. Znam lepsze zabawy.

No więc czemu? - zapytacie. Czemu nie podbiłeś świata? Alkohol? Nie. Alkohol był tylko wtedy, gdy grałem w polskiej lidze, bo taka to była liga. I byłem wtedy najlepszy w kraju. W Hiszpanii w ogóle nie piłem, zajmowałem się tylko piłką i nic wielkiego z tego nie wyniknęło. Na pewno argument "bo piłeś!" nie ma sensu. Charakter? Kto wie, czy gdybym nie był taki, jaki jestem, nie mówił tyle, ile mówię, to czy w ogóle potrafiłby kopnąć piłkę? Czy gdybym był cichy jak Karwan i nie dotykał alkoholu niczym Jurek Brzęczek grałbym lepiej? To wcale nie jest powiedziane. Wszakże to mnie, a nie ich, nie zżerała trema w najważniejszych meczach. To ja w tych meczach błyszczałem. Ze mną w gazetach jechano od 1992 roku i to ja tę nawałnicę wytrzymywałem. Ktoś inny by się spalił.

Zgoda, mogło się to wszystko potoczyć inaczej, ale kto wie - lepiej czy gorzej? Może gdyby Legia nie musiała mnie sprzedawać w 1994, gdy miałem tylko 22 lata, mógłbym zaczekać choćby rok, zagrać w Lidze Mistrzów i odejść do jeszcze lepszego klubu? Może gdyby Legia nie odrzuciła oferty z Nottingham Forest to trafiłbym do Manchesteru United? Może gdyby Betis przyjął ofertę PSV, to zrobiłbym furorę w Holandii? Może tak, ale nic na to za bardzo nie wskazuje. Robiłem wszystko, aby być gwiazdą ligi hiszpańskiej i nią nie zostałem.

Moja kariera mogła być lepsza, mogła być gorsza. Tylko, że na koniec życia nie będzie się liczyło, czy grałem w Milanie, Realu czy w innym pipidówku. Będzie się liczyło, czy mogłem godnie przeżyć swoje dni i czy na to godne życie zapracowałem. Tak, zapracowałem. Wykonałem kawał dobrej roboty. A jak ktoś chce mówić, że coś tam zmarnowałem przez alkohol, to niech mówi. To lepsze niż gdyby miał rozpowiadać, że widziano Kowalczyka, jak żebrał na Stadionie Dziesięciolecia, żeby dać mu na prochy.

Powiem wam, czym jest zmarnowana kariera. W Polonezie Warszawa był na jedenastu. Fakt, ja byłem najlepszy, ale reszta chłopaków mogła z powodzeniem trafić chociażby do pierwszej ligi. Trafił Piotrek Rocki. Gdzie pozostali? Widziałem ostatnio jednego, waży z pół tony. I to jest właśnie zmarnowana kariera. Ja mam sukcesy, mam mistrzostwa Polski, puchary, medal olimpijski, wiele lat gry w kadrze, dziesiątki meczów w lidze hiszpańskiej...

Było wielu świetnych piłkarzy, którzy grali w takich czasach, że się nie dorobili. Nie mogli wyjechać z kraju, dziś myślą, jak związać koniec z końcem. Zmarnowali kariery? Nie, robili co mogli. Jednak oni mogą powiedzieć - piłka nam nic nie dała. Ja nie mogę. Mnie dała niezależność finansową, szczęśliwą rodzinę. Pograłem, pobawiłem się, pozwiedzałem. Robiłem to, co od małego chciałem. I wiem jedno - byłem dobrym piłkarzem. Kibice za dwadzieścia lat wciąż będą wiedzieli, kim był Dziekanowski, kim był Kosecki. I kim był Kowalczyk też. Bo był super piłkarzem.

KONIEC

Strona główna

<-- Poprzednie