(odcinek 106)

Na koniec rundy jeszcze tylko daliśmy ciała w meczu z Wisłą i zawalony sezon można było śmiało dopisać do tych z rodzaju "niechlubne lata Legii". Krakusom nawet strzeliłem gola, ale i tak go nikt nie widział, bo wszyscy patrzyli na płonące krzesełka Żylety.

Kiedy zobaczyłem, jak ta drużyna funkcjonuje od wewnątrz, nie dziwiłem się, że nie może zdobyć mistrzostwa Polski. Nie chodzi mi o umiejętności, one by jeszcze wystarczyły. Chodziło mi o atmosferę. To był taki pseudoprofesjonalizm - niektórzy myśleli, że jeśli zamiast spotkać się w większym gronie, pójdą spać, to będzie to świadczyło o zawodowstwie. Nic z tego. Nie może być tak, że w zespole każdy chodzi swoimi ścieżkami. Kiedyś nawet, po którymś z fatalnym meczów, kierownik Zawadzki powiedział: - Idźcie się gdzieś upić razem, może to pomoże. No i oczywiście zero odzewu. Nie o to chodzi, że marzyłem, aby pobalować, ale po prostu na Łazienkowskiej nie było drużyny. Raz tylko urządziliśmy większe spotkanie. Jeszcze przed meczem z Pogonią ustaliliśmy, że dzień po nim razem zjemy obiad. Bodajże tylko Marek Citko nie przyszedł, bo był zbyt zmęczony.

Siedzieliśmy długo. Zaczęliśmy gdzieś koło godziny czternastej przy piwie, skończyliśmy w okolicach dziesiątej wieczorem przy mocnym alkoholu, choćby whisky. Można było się przekonać, że nie tylko Muraś ma język w gębie. Dla mnie jedną z najweselszych osób w Legii był i pewnie jest do dzisiaj Radek Wróblewski, jak głosi fama - najbardziej napakowany człowiek w Polsce. Mięśniak cały czas opowiadał jakieś wesołe historie i cały czas sam się z nich śmiał. On się zawsze śmieje, nawet jak coś nie jest śmieszne. Można mu powiedzieć: "Wróbelek, ale grasz padlinę!". Też się będzie śmiał. Może i dobrze, bo to w końcu młody chłopak.

Sam byłem zaskoczony, że taki młodzian (chociaż fakt, że nie od wczoraj w Legii), a strasznie wyluzowany. Ewidentnie z predyspozycjami do bycia jednym z liderów. Jeszcze żeby mu tylko trenerzy znaleźli pozycję na boisku, to może być z Wróbelka duży pożytek. Z młodych piłkarzy - jedyny, który nie bał się odezwać. W ogóle się niczego nie bał, tylko się śmiał. Wróblewski był zupełny przeciwieństwiem Bartka Karwana. Ten z kolei - niemowa. Byłem kilka dobrych miesięcy razem z nim w drużynie i nie pamiętam, żeby się odezwał, poza kilkoma zdawkowymi zdaniami. Przychodził, siadał, wychodził. Zupełnie wyciszony chłopak. Nie chodzi mi o to, że miał od razu organizować imprezy, ale zawsze w szatni trwają jakieś dyskusje, choćby po weekendzie. O, widziałeś, jaką ten bramkę walnął? A ten jak się obciął? Bartek nic, nigdy w tych dyskusjach nie uczestniczył. Uczesał się, wstał i wyszedł. Nie dziwię się, że ma problemy z aklimatyzacją w Hercie Berlin, skoro nawet w Legii mu nie szło...

Jedyne co łączyło Karwana z Wróbelkiem to chyba żel do włosów. Cóż to w Legii była za ekipa żelowców. Nawet przed meczem stali tak przed lustkiem i układali te włosy do znudzenia. Czasami tak układali, żeby wszyscy myśleli, że w ogóle ich nie układali - taka moda. Tłok przy lusterku był taki, że się można było zderzyć głowami. Ciekawa postać - Jacek Magiera. Ja bym mu płacił podwójnie, bo nikt nie spędza w klubie tyle czasu, co on. Przychodzi rano i do wieczora ogląda wszystkie możliwe mecze w telewizji. Jeśli ktoś z czytelników pójdzie teraz na Łazienkowską, to Jacek tam będzie, z pilotem w ręku. Z kolei Czarek Kucharski to chyba najbardziej zalatany piłkarz w polskiej lidze. Cały czas urywają mu się telefony. Jedno spotkanie, drugie, czwarte. "Już jestem, zaraz będę, wychodzę, oddzwonię". Marek Citko też ciągle coś załatwiał, głównie to, jak nie oddać kasy ZUS-owi. Czasami miałem wrażenie, że trening to jest bo jest, ale zaraz czekają wszystkich inne, ważniejsze sprawy. Każdy interesować się głównie tym, co poza klubem. Wyglądało jakby gra w Legii nie była zajęciem dochodowym. Trzeba przyjść, odbębnić, a później zająć się tym, co tak naprawdę zagwarantuje przyszłość. Nie wliczam Magica, bo on oglądał telewizję.

Względem tej starej Legii różnica była kolosalna. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to tak, iż kiedyś to był mniej poważny klub, a teraz jest tak, jak być powinno - zero zabawy. Po prostu wtedy mieliśmy świetnych piłkarzy, ale też ludzi skorych do wszystkiego. A teraz piłkarze są tacy przestraszeni, że gdy przegrali, a padało hasło, żeby napić się piwa - o Boże, co to będzie, zobaczą nas! Jak gdyby przegranie meczu było przestępstwem. O atmosferze tylko się mówiło. Zasłona dymna dla prasy, a w rzeczywiśtości trening, prysznic i do domu. W szatni jedyny temat - Big Brother. No, może Big Brother i beznadziejni dziennikarze. Bo wiedzieć trzeba, że w mniemaniu na przykład Macieja Murawskiego każdy dziennikarz to baran. Dał Murasiowi notę 7, Muraś grał na 8, dał notę 8, Muraś grał na 9. "Jakie osiem? Faulu nie miałem, strat nie miałem!". Wtedy mówiło się: - Muraś, ja bym tobie nawet piątki nie dał! Kiedyś Gmur opowiadał ciągle o wypadkach samochodowych, teraz ten o dziennikarzach, całym złu tego świata.

Napisałem o spotkaniu drużyny po meczu z Pogonią. Citko naprawdę bywał w weekendy zmęczony. Kto nie zagrał w spotkaniu ligowym, ten musiał iść na trening wyrównawczy z Okuką. To jest makabra. Pamiętam, że Marek wpadł kiedyś czerwony do szatni i kurwił na prawo i lewo, ile się dało. Święty Citko i na dwadzieścia słów, dwadzieścia przekleństw - głównie na Okukę. Za nim doczołgał się Piekarz: - Ja to kurwa nawet mówić nie mam siły. Markowi nie pomagało nawet to, że miał w szatni więcej witamin niż klubowy lekarz. Chyba połowa przydziału wody mineralnej szła dla Citkowego, żeby miał czym tabletki popijać.

(odcinek 107)

Jedynym młodym piłkarzem Legii, który zwracał uwagę, jak najbardziej pozytywnie - był Wróbelek. Teraz mówi się sporo o innym gościu, Zganiaczu. Jego nie znam, ale jak przeczytałem, że po powrocie z wakacji miał pięć kilo nadwagi, od razu uznałem, że z niego też będzie pożytek. Nie wiem, czy w Legii, ale będzie. Bo nie przyjechać z nadwagą z urlopu, to tak jakby w ogóle nie odpoczywać. Jak dostajesz wolne, to nie po to, żeby pruć. Nie jesteś na testach wytrzymałościowych, tylko na wakacjach.

Kiedyś było łatwiej, bo nie dostawało się żadnych rozpisek treningowych. Pierwszą dostałem w Hiszpanii. Odebrałem w klubie i wyrzuciłem w najbliższym koszu na śmieci, bo i tak nie będę nic robił. Tyle tylko, że po powrocie do treningów męczyłem się bardziej niż inni, ale czyż nie od tego jest okres przygotowawczy?

W Polsce wtedy nie stosowano rozpisek. Po prostu zabierali cię na dwa tygodnie w góry i tak katowali, że żadna rozpiska by tego nie wytrzymała. Te wyjazdy w Legii to był koszmar. Trzeba było oszukiwać trenerów, bo chyba postawili sobie za cel nas doprowadzić do śmierci przez zabieganie. A my się nie dawaliśmy.

Po górach biegaliśmy zawsze z jakimś góralem, bo trener nie wytrzymywał, a ktoś nas musiał pilnować. Raz wynajęto do tego Józka Łuszczka - dla niewtajemniczonych, narciarz-biegacz, dwukrotny olimpijczyk, złoty i brązowy medalista mistrzostw świata. Tylko taki koń mógł znieść 2,5 godziny marszobiegu. Tak, Łuszczek to był kozak. Dziesiąta rano, mamy wyruszać, jego nie ma. Mija dziesięć minut, patrzymy - idzie, wraca z imprezy. Dzisiaj będzie piękny dzień! - pomyślałem sobie. Da nam luz. A on na to: - Cześć chłopaki, wracam właśnie z imprezy, więc muszę wszystko solidnie wypocić! Oczywiście w praktyce taki góral nie miał żadnych możliwości dopilnowania nas. Przez 2,5 godziny grupa rozciągała się na kilkaset metrów, nawet papieroski się ze sobą zabierało, bo jak tu wytrzymać dwie i pół godziny bez palenia? Mecz ligowy trwa tylko półtorej godziny, a tu prawie dwa razy dłużej! Jako młody piłkarz musiałem dbać o starszych kolegów, Piszczyka, Mandzieja i kilku innych, więc zawsze paczkę miałem przy sobie. Staraliśmy się też odpowiednio dawkować wysiłek w czasie takich marszobiegów i wpadać na przerwę do knajpy w schronisku. Wszakże na wysokościach można z łatwością odwodnić organizm!

Po prostu na szczycie zatrzymywało się Józka Łuszczka i pytało: - No dobra, a teraz jak?

- A teraz to pobiegniemy tam, jak te drzewa są. Potem skręcimy w prawo, na tamten szczyt i stamtąd już tą ścieżką, którą widać, w dół.

- Aha, no to biegnijmy.

I ruszał. Część piłkarzy w prawo za nim, a część w lewo na piwko. Później była gonitwa za czołówką, oczywiście skrótami, oczywiście tylko w dół. I tak byliśmy przed góralem, bo górale nie zbiegają z gór. Mogą wbiegać, ale zawsze schodzą już spacerkiem. Największym utrudnieniem były zegarki z możliwością mierzenia tętna. Lekarz brał odczyt tego zegarka i patrzył, jak to z naszą formą jest. Z tego powodu zawsze szukało się psa, żeby jemu to świństwo przyczepić i niech zasuwa. Biegaj, burku, panowie muszą chwilkę odpocząć. Darek Czykier miał kiedyś inny patent - pił piwo i cały czas podskakiwał albo robił przysiady, żeby tylko tętno się nie zmieniło. Inni kłamali w żywe oczy.

- O, tu tętno miałeś słabsze - niepokoił się trener.

- Trenerze, bo tu przeszliśmy z biegu w marsz!

A najprościej było to całe badziewie wyłączyć po minucie biegu i po przybiegnięciu na miejsce oświadczyć głosem pełnym zaskoczenia: - O kurwa, wyłączył się!

Podobno też od potrzymania w śniegu zegarek sam stawał. I jakoś do sezonu byliśmy przygotowani idealnie. Stara to zasada - nie ma trenera, którego nie da się oszukać i nie ma piłkarza, który by oszukać nie chciał. Słyszałem, że kilku legionistów kilka lat po moim odejściu tak się zasiedziało w jakimś schronisku, że ich noc zastała i musieli wracać taksówkami. Z drugiej strony, w tej Legii za czasów Smudy i Okuki kręcić nie było już tak łatwo, bo biegaliśmy głownie wokół boiska. Kto jednak się starał, ten oszukał. A i trenerzy nas oszukiwali. Czasami mówili - dobra, nabiegaliście się, odpuszczam wam jedną serię. I był zachwyt. Jednak już w Hiszpanii, w Betisie twierdziliśmy, że to tylko perfidia szkoleniowca. Tak naprawdę chciał od początku zrobić powiedzmy pięć serii, zarządził sześć, a potem jedną niby odwołał. I piłkarze zachwyceni - raz odwołał, drugi, trzeci, Jezu! Anioł, a nie trener! Jakoś tak mi się skojarzyły te wszystkie historie z przypadkiem Mariusza Zganiacza. Chłopaku, obyś zawsze pamiętał, że urlop jest od tego, żeby odpoczywać! Co będziesz miał do nadrobienia, to i tak nadrobisz. Albo i nie.

(odcinek 108)

Cześć misiu, żyjesz? - po raz kolejny w życiu, nie wiem już który, usłyszałem w słuchawce znajomy głos. Czego ten Wójt znowu chce? Po cichu wiedziałem czego - chce mnie. Nie ściągnął mnie do Śląska, to chciałby chociaż do Anorthosisu, na Cypr. Po chwili moje przypuszczenia tylko się potwierdziły.

- Słuchaj, misiu. Przyjeżdżaj na Cypr, potrzebujemy napastnika. Sprawdzali tu jakieś odpady, jakiegoś Sobczaka, jakiegoś Niemca. To im powiedziałem, że przywiozę prawdziwego grajcara. Pakuj się, bo powiedziałem, że na bank przylatujesz.

Hola, hola, chwila, moment. Musiałem się zastanowić. Nie byłem przecież bezrobotny, miałem klub i to klub nie byle jaki - Legię. Zacząłem wszystko układać sobie w głowie. Może podświadomie czekałem na podobny telefon, bo dość szybko uznałem, że tak naprawdę na Łazienkowskiej nie za bardzo jestem potrzebny i nie za bardzo ktokolwiek, poza kibicami, mnie chce. Wcześniej w ogóle nie myślałem o odejściu z Legii i raczej kompletnie nie wchodziło to w grę. Tylko, że nie zadzwonił pierwszy lepszy menago czy trener. Zadzwonił Janusz Wójcik. On ma do mnie słabość, a ja do niego. Po pierwsze wiedziałem, że u niego będę grał, po drugie - że on mnie odpowiednio przygotuje do gry i zacznę przypominać Kowala.

Z Okuką miałem problem. Odszedł Miętowy to sprowadzili Yahayę. Pierwszy sygnał, że na mnie nie liczą. . Już to mogło dać do myślenia, a potem się tylko wkurzałem. Tuż przed startem ligi graliśmy sparing w Radomiu. Moussa nie był jeszcze zatwierdzony do gry, Legia boksowała się z GKS-em w PZPN, i wogóle nie było wiadomo, kiedy gość będzie mógł zagrać. Pewne było jednynie, że nie w najbliższym czasie. Wydawałoby się oczywiste, że skoro zaraz startuje liga, to w sparingu zagram ja. Nic z tego - zagrał Yahaya. Siedziałem wkurzony na ławce i zastanawiałem się, co w tym wszystkim chodzi. I znów prosty wniosek - tu na mnie nie liczą. W Radomiu ledwo wszedłem na boisko, a lunął deszcz, mecz przerwano i tyle się nagrałem.

Okuka nie stawiał na mnie w sparingach, więc wiadomo było, że nie będzie na mnie stawiał też w lidze, chyba, że z konieczności. Jego pech, że konieczność nastąpiła. W pierwszej kolejce, z Amiką, miałem sytuację z głowy z serii takich, których nie marnuję. Zmarnowałem, strzeliłem obok. Spudłowałem, ale byłem niebezpieczny, a przecież przegrywaliśmy - Okuka zdjął mnie w przerwie. Nawet Darek Kubicki przyznał, że to bezsensowna zmiana. Że ja tam byłem jeszcze potrzebny. Nie dało się pokonać Samotulskiego, nie dało się też Robakiewicza w trzeciej kolejce - z Groclinem z głowy trafiłem w poprzeczkę. Może gdybym zdobył te dwa gole wszystko potoczyłoby się inaczej. Jednak nie zdobyłem i zadzwonił Wójcik.

Nie chodziło mi o pieniądze. Chciałem znowu grać w piłkę, bo przecież nie wracałem po takiej przerwie do futbolu, żeby siedzieć na ławce. Lepiej siedzieć w domu niż na ławce. Chciałem grać. Jeśli chodzi o kasę, dostałem prawie dwa razy więcej niż chciałem. Powiedziałem tylko, że muszą dać minimum 250 tysięcy marek netto, a Wujo odpowiedział, że to się da chyba załatwić. Od razu przyleciał do Warszawy jakiś miś, dyrektor klubu z gotowym kontraktem i stwierdził: Pieniądze będziesz miał takie same jak dwóch pozostałych Polaków, Michalski i Majak. Nie będziemy robić dla ciebie wyjątków.

Coż, jak nie chcą robić wyjątków, to niech nie robią. Ja tam moge zamiast 250 tysięcy, zarabiać 375 tysięcy marek netto. W ogóle to były dokładnie te same umowy, co w przypadku Radka i Sławka, tylko zmieniono imię i nazwisko. Dzień później siedziałem już w samolocie do Austrii, gdzie Anorthosis miał zgrupowanie. Z Legią nawet nie zdążyłem się pożegnać...

Niektórzy kibice mieli do mnie pretensje. Moim zdaniem niesłuszne. Owszem, fajnie, gdy trybuny skandują moje nazwisko, gdy na każdym kroku okazywano mi życzliwość i sympatię. Traktowano mnie trochę jak taką statuetkę klubu. Taką, którą posadzi się gdzieś na stadionie, albo nawet wypuści się na plac, jeśli ktoś umrze, i będzie się biło brawo. Tylko, że ja wciąż miałem ambicje grać i to grać dobrze. A tu nie było na to szansy. Musiałem jej szukać gdzie indziej. Nie chciałem być na Legii wspominany jako gość, który doczekał w klubie czterdziestki i w sezonie grał po dwie minuty. Skoro nie dało się inaczej, to wolałem być wspominany jako ten żwawy, szybki młodzian, który pakował bramki Sampdorii, zdobywał mistrzostwa Polski i wyjechał do Hiszpanii.

Nie odszedłem z Legii dla kasy. Stwierdziłem, że pokażę, na co mnie stać i może później wrócę jeszcze na Łazienkowską, w odpowiedniej formie przy odpowiednim trenerze. A na razie zacznie się nowy, choć po raz kolejny wójcikowy etap życia...

(odcinek 109)

Celnik wziął mój paszport, obejrzał kilka razy i pozwolił przejść. Rozsunęły się drzwi, a za nimi... kibice. Jeszcze nie zdążyłem na dobre pooddychać cypryjskim powietrzem, a już poklepywano mnie po plecach i mówiono - podobno - że będę królem strzelców, że Anorthosis ze mną na pewno zdobędzie mistrzostwo. Ładną mi ktoś reklamę zrobił, nie przeczę. Cała ta nadzieja fanów wynikała z mojej skuteczności w sparingach.
Ledwie dołączyłem do zespołu, a w trzech sparingach strzeliłem sześć goli - po dwa w każdym. I to nawet nie z jakimiś całkowitymi ogórkami, że wygrywało się po 10:0, ale na przykład w meczu z czołową słoweńską drużyną, którą pokonaliśmy 2:1. Co tu kryć - sam byłem w szoku. W Legii nic nie wpadało, a tu wszystko, jak nie kopnąłem, zawsze dobrze.

Wiadomo było, że z Radkiem Michalskim i Sławkiem Majakiem lekko w tej lidze zamieszamy. Nawet jeden z dziennikarzy napisał: "Polacy będą decydować o obliczu zespołu. Kowalczyk strzeli 22 gole, Majak 12, a Michalski 5". Jak się okazało, niewiele się pomylił - ja zdobyłem 24 bramki, Majakis bodajże 9, a Radek 6. Już na początku cieszyłem się, że dobrze trafiłem i wreszcie będę naprawdę grał w piłkę. Pierwszy zimny prysznic przyszedł z... pierwszym meczem. Była tam taka jedna drużyna, którą każdy lał bezlitośnie. My popchnęliśmy ich ósemką, a tymczasem ja... nie strzeliłem gola. Na pomeczowym grillu Majakis i Radek widzieli, że jestem wkurzony. Bo byłem! Zaliczyłem chyba z pięć asyst, a nic nie wpadło. Jak już miałem pustą bramkę i mówię sobie "Jest, wreszcie was napocznę". Dostawiam nogę, a tu trach - jakiś ogórek mnie skosił i był z tego rzut karny.

(odcinek 110)

Panowie, mam taką kasetę z Holandii. Zobaczcie, jaki ciekawy system gry. Tak właśnie będziemy grać - stwierdził po pierwszym sezonie, w trakcie przygotowań do następnego, bułgarski trener Anorthosisu, który zastąpił Wójcika. Zrobiłem wielkie oczy. Bułgar wydawał się człowiekiem, który wie, o co w piłce chodzi. I wie, że system gry dobiera się do piłkarzy, jakimi dysponuje klub, a nie odwrotnie. A tu łebski facet zwariował - miał w klubie prawie samych amatorów, w obronie istne ogórkowo i chce wprowadzać jakieś dziwne innowacje.

To nie miało prawa wypalić. W Anorthosisie tylko Polacy mieli zawodowe kontrakty. Reszta rano pracowała, a wieczorem przychodziła na trening, żeby trochę rozprostować kości. Gdzie nie poszedłem - kolega. Jeden w banku, drugi w sklepie, trzeci w straży pożarnej. W piłce nożnej najbardziej rajcowały ich przedmeczowe zgrupowania, bo mogli sobie odespać cały tydzień harówki. My jeszcze nie zdjęliśmy butów, oni już spali. Najchętniej mecze też by przespali, ale tak się nie dało. Owszem, kilku z nich potrafiło grać w piłkę. Niezły był na przykład Marios Neophytou, tylko że straszny leń. Wołaliśmy na niego "pedał", bo ciągle się depilował. I to nie tylko pod pachami, ale nawet na palcach u nóg. Na całym ciele nie miał jednego włoska! No a potem wyskakiwały mu setki krost, że niedobrze robiło się na sam widok. Ogólnie rzecz biorąc pedałem chyba nie był, bo miał żonę, ale ksywka w naszym mniemaniu idealnie oddawała jego charakter.

I na takim gruncie właśnie bułgarski trener chciał wprowadzić taktyke rodem z czołowych klubów holenderskich. Cypryjczycy go zwolnili, podłożyli się w meczu o Superpuchar. Tuż przed końcem dostałem czerwoną kartkę, zszedłem przy stanie 3:1 dla nas, a jak wyszedłem spod prysznica, to już przegrywaliśmy 3:6. I to by było na tyle holenderskiej myśli szkoleniowej...

Wcześniej poproszono nas: - Dobrze gracie, znajdźcie nam czwartego Polaka, żebyśmy odsadzili konkurencję. Razem ze Sławkiem Majakiem i Radkiem Michalskim przedyskutowaliśmy wszystkie kandydatury i wskazaliśmy na Mariusza Piekarskiego. Dobry grajcar, a do tego wesołek, to się łatwo przyjmie. Gdy zwolnili Bułgara, znów padło hasło - polscy piłkarze, to niech znajdą nam polskiego trenera. I znów zaczęliśmy analizować. Na pierwszy ogień poszedł Smuda, ale nie chciał. Później Lorens. Ku naszemu zdziwieniu, z Polski zaczęli dzwonić do nas znajomi piłkarze: - Co wy robicie? Edek to już inny człowiek. Jeszcze będziecie żałować!

Edek to, Edek tamto, Edek się zmienił. Mówiono też, że ma ksywę "działkowiec". Działkę uprawia, czy co? Warzywa sadzi? Niech sobie sadzi. W końcu przyjechał.

- Hello - przywitał nas.

Hmm, Edek się zmienił, fakt. Wcześniej mówił raczej po polsku. Odprawa zespołu w szatni, a ten znowu swoje.

- Kowal, heda, ajra.

Chyba chodziło mu o to, że mam walczyć w powietrzu i strzelać głową. Taki to już jest ten jego angielski, a może australijski i to z kręgów zbliżonych do Aborygenów.

- Mario, du ju anderstend? - spytał Mariusza, czy rozumie co do niego mówi.

- Jes, of kors! - potwierdził Mario, uśmiechając się pod nosem, gdy wypowiadał ten jedyny zwrot po angielsku jaki znał. Prawda jest taka, że Piekarz zna portugalski, ja hiszpański, Majakis niemiecki, jedyny Radek jako tako się w tym angielskim orientuje.

- Gut - podsumował Edward.

Wkrótce okazało się, że Lorens wcale nie robił sobie z nas żartów. Rozdał wszystkim regulamin drużyny. Cypryjczycy dostali po grecku, a polacy po ... angielsku. Tam pięć punktów. Co punkt - tysiąc funtów cypryjskich kary, czyli około dziewięć tysięcy złotych. Na przykład, trzeba było na posiłki przychodzić w klubowej koszulce, choć na cały sezon dostaliśmy po dwie. Inaczej się ubrałeś - tysiąc funtów. Spóźniłeś się - tysiąc funtów. Cypryjczycy w szoku. Zarabiali po 200-300 funtów miesięcznie, to jak mięli płacić? W ratach?. Temur Kecbaja, który na profesjonalną piłkę zdążył się już napatrzyć, przeczytał trzy razy po grecku i myślał, że to pomyłka, to poprosił o egzemplaż po angielsku. A tam stało jak byk - Temurek płacisz!!!

Oczywiście wprowadzenie rzekomego profesjonalizmu skończyło się po miesiącu. Już nawet na śniadania nie trzeba było schodzić. Wcześniej cypryjskie śpiochy schodziły, pokazywali "jestem trenerze" i wracali spać. Edek zadowolony mówił: - Gut.

Najgorzej miał Piekarz, bo Lorens zamieszkał tuż obok niego, na tej samej ulicy. I oto objawiła się druga natura naszego szkoleniowca. - Ja mam przewalone! - mówił Mario. - Moja kobieta nawet po domu w majtkach nie może pochodzić bo ten stoi i patrzy!

Edek chodził na spacery, przystawał przy oknach sąsiadów i tak patrzył, co tam u Piekarskich słychać. Ja rozumiem, że żona Mariusza ma co pokazywaćm ale bez przesady, żeby sobie kino urządzać. A już całkiem współczuliśmy Piekarzowi, gdy grała polska liga. Mariusz miał w domu Cyfrę+, więc trener ciągle przesiadywał u niego i oglądał.

- I co, jak było? - pytaliśmy dzień później.
- Daj mi święty spokój, chociaż Ty!

Wspomniane sąsiedztwo dało o sobie znać, gdy graliśmy z Iraklisem. W regulaminie drużyny napisano, że każdy z nas ma być w łóżkach o godzinie 23.00. Mecz skończył się o 22.45, więc wiadomo, że nikt nie gnał pod kołderkę, żeby zdążyć przed godziną policyjną, A dzień później - opierdol! Piekarz, nie było cie w łóżku, a ja patrzyłem!

Jakby tego było mało, gdy udzieliłem wesołego wywiadu Przeglądowi, to Edek kazał go przetłumaczyć na angielski i zaniósł do klubu prezesom - o, Kowalczyk sobie z nas szydzi! Obraża dobre imię klubu! A ja tylko powiedziałem, że mamy strażaka w składzie, ale gra bez hełmu. Szczera prawda, bo naprawdę - jak Boga kocham - w hełmie nigdy nie grał.

<-- Poprzednie                                                                                                                                                 Następne-->