(odcinek 101)

Nigdy nie zapomnę meczu z Widzewem. Tak jak sobie wymarzyłem, wchodziłem przy stanie 0:0, ale niestety - gola nie zdobyłem. Nie to jednak z perspektywy czasu jest dla mnie najważniejsze. Powitanie! To, co zrobili kibice Legii, piętnaście tysięcy kibiców Legii, było zdumiewające. Chciałoby się śmiać i płakać ze wzruszenia zarazem. Ponownie, po wielu latach wbiegając na boisku Legii dostałem największą owację w życiu. Nie byłem tym Kowalem z roku 1994. Nie byłem jeszcze przygotowany do gry. Brakowało mi szybkości, siły, pewności siebie. Sam nie czułem satysfakcji na myśl o własnej formie. Nie mogłem pójść na przebój, kiwnąć, jeszcze nie wtedy. Jednak publika była za mną - wróciłem. Za to dziękuję. Czułem się dumny.

Tak naprawdę wtedy zrozumiałem w stu procentach, że wróciłem do siebie. Nawet się później zastanawiałem, co by się działo, gdybym zahaczył o jakiś inny polski klub. Co ja bym czuł i co czuliby wobec mnie kibice. I zdałem sobie sprawę, słysząc tych wszystkich ludzi skandujących moje nazwisko, że w innym poważnym polskim klubie już zagrać nie mogę. Że jeśli bym miał nie grać w Legii, to muszę wyjechać z kraju. Że nie mogę stracić tego wszystkiego dla Łodzi, Poznania, Krakowa. Nie mogę zrobić z siebie tego, co zrobił Maciek Szczęsny, przechodząc do Widzewa. Co z tego, że gdzie nie poszedł, to zdobywał mistrzostwo Polski (a raczej koledzy zdobywali, a on tylko stał i czasami coś strzelał nie w tę stronę)? Urodziłem się w Warszawie, jestem legionistą. To tak jak z tym Betisem, gdzie mnie zapytali, czy po tych trzech latach w klubie jestem już Betiko. Nie, ja tu przyjechałem tylko kasę zarabiać, a jestem z Legii. Nie zmieniajcie mi religii.

Wkrótce później graliśmy w Zabrzu. Zaraz na początku meczu Wróbelek miał taką sytuację, że gdybym tam był, gdybym walnął ze łba, to by siatkę rozerwało. A on się tylko wywrócił. Siedziałem na ławce rezerwowych i oswajałem się z polską ligą. I to nie była liga piłkarska. Z przerażeniem patrzyłem, jak rzeźnik Wiśniewski kroi Miętowego. Tak, on go nie kopał, on go nie faulował, on go kroił. Kolego, co ty wyprawiasz? Niszczysz mi Marcina. Co piłka, to buch, po kościach - a sędziował Stevie Wonder...

Po tym meczu Okuka chciał zmienić coś w zespole. Wcześniej mówił mi: - Wiem kim jesteś, wiem, że grałeś w Hiszpanii, tam słabych nie biorą. Dojdziesz do siebie... Na mecz z Pogonią do pierwszego składu trafiłem ja, Paweł Wojtala i Mariusz Piekarski. Zagrałem nie tylko dlatego, że kibice chcieli, ale też dlatego, że na treningach zaczynałem dobrze wyglądać. Miałem cynk, że wejdę od początku.

- Będziesz grał Kowal, potrzebujemy bramek.

Strasznie się zmobilizowałem. Potrzebują bramek, trzeba coś zrobić. Odczuwawałem satysfakcję, że ktoś już na mnie stawia. I byłem pewny siebie. Wiedziałem, że będzie na tak.

Pogoń miała wtedy wyjątkowo ciekawy skład. Co pozycja, to znajomy. Mosórek, Kazio Węgrzyn, Bednarz, Skrzypek, Guma Podbrożny na ławce, Majdan. I Mielcar przecinak, co jeszcze nie wyszedł z szatni, a kibice już na niego gwizdali. A na ławce Edek z fabryki kredek.

Mecz był super. Jeszcze nie kopnęliśmy piłki, a już przegrywaliśmy 0:1. Jednak po chwili poszła kontra. Piekarz zagrał do Adasia Majewskiego, ten podciągnął i podał do mnie. Byłem na linii pola karnego. Przyjąłem piłkę, kątem oka widziałem, że nadbiega Mosórek. Zrobiłem zamach i kolega przeleciał mi przed oczami. Ale ten zamach jakoś mi nie wyszedł, za krótki, nie miałem z czego uderzyć. Widziałem, że Mosórek właśnie się otrzepał i znowu nadbiega, więc poprawiłem zamachem na lewą nogę - kolega znowu przeleciał - i uderzyłem ile sił. 1:1! Piękniejszego początku nie mogłem sobie wymarzyć. Jak za dawnych czasów pobiegłem pod Żyletę. A żeby być uczciwym wobec Piotrka Mosóra, to muszę dodać, że tam fruwał jeszcze jeden obrońca, ale nie zdążyłem mu się przyjrzeć. Nie był to w każdym razie Krzysiek Ratajczyk. On by wrzeszczał: - Wiedziałeeeeeeem.

Z tymi zakosami to jest tak, że na nie nie ma lekarstwa. Jedzie napastnik z piłką i zaraz strzeli gola. Obrońca musi się szybko decydować, co robić, a wyboru nie ma żadnego - musi pójść na blok. Do piłki nie zdąży, tylko blok. W zasadzie w takiej sytuacji nie ma prawa myśleć, od razu trzeba robić wślizg. A jeśli napastnik ma pojęcie o piłce, to piłeczkę weźmie w tym momencie pod siebie. Natomiast drewniak huknie, zblokują mu i będzie rzut rożny.

Jak już jesteś w polu karnym i widzisz, że rywal nadbiega, to ty masz wszystkie karty w ręku. Na treningach co innego. Czasami robiło się zamach, a koleżka stał uśmiechnięty: - Ale cię przeczytałem! Jednak nie rzuci się w meczu, a ja oddam strzał, to co zrobi trener? Zada obrońcy krótkie, zwięzłe pytanie: - Co ty kurwa zrobiłeś?!

Jakże ja kochałem, kiedy mi tak jeździli przed oczami. Zresztą nie tylko ja. Przyjechał do nas Lee Sharpe z Manchesteru, zrobił dwie akcje, to nam Arek Gmur wpadł w reklamy i się skończył marketing na Legii.

Zawsze po zamachu strzela się w krótki róg. To jest morderstwo dla rywala. Kiedy tak przekładałem sobie piłkę w meczu z Pogonią, niektórzy się zastanawiali - co on wyprawia? Adam Majewski i Mariusz Piekarski mówili mi potem, że powinienem im podawać, bo zdążyli dobiec. Nie dziwne, że zdążyli, bo trwało to tyle czasu, że i Robak z bramki by zdążył. Jednak miałem przed oczami bramkę, wiedziałem, że oddam strzał. Tylko nie wiedziałem, kiedy. Macie Kowala - jestem.

Wygraliśmy 3:2. Dwa gole dołożył Tomek Jarzębowski. To wielka sprawa dla obrońcy! Przybiliśmy sobie piątki.

- Widzisz, mówiłeś, że chciałeś ze mną grać. To od razu dwie bramki strzeliłeś! No nieźle, jesteś lepszy niż ja. Nie dość, że punkty zostają w Warszawie, to jeszcze gole.

(odcinek 102)

Jaka to ogórkowa liga. Można co pół roku robić sobie przerwę na pół roku i ciągle strzelać gole. Tak sobie mogłem pomyśleć. Z Pogonią gol, w następnej kolejce z Odrą - znowu gol. Co jest grane? Ta bramka w Wodzisławiu była dość imponująca. Dośrodkował Tomek Kiełbowicz, a ja uprzedziłem bramkarza i uderzyłem pod poprzeczkę. Dzień później było w gazecie zdjęcie, na którym widać, jak strzelam, a skaczący obok mnie obrońca sięga mi... co najwyżej do brody. Koledzy żartowali, że chyba po drabinie wszedłem. Wtedy po prostu zrobiłem bardzo dobry nabieg i poszedłem w górę niczym z trampoliny.
Z Odrą wygraliśmy 5:1. Mimo drugiej bramki byłem lekko wkurzony. Marcin Mięciel ustrzelił wtedy hat-tricka, ja mogłem to samo. Raz świetnie mi dograł Paweł Wojtala. Taka piła, że nic, tylko trafić do pustej. Minęła wszystkich, a ja na wślizgu nie wcelowałem do siatki. Innym razem trochę umarłem w biegu na bramkę i też nie weszło. Stary Kowal puknąłby trzy razy. Ale co tam, chociaż kolega z Bródna, Piotrek Rocki, znowu zobaczył, kto rządzi w dzielnicy.
W miarę zdołałem znaleźć wspólny, boiskowy język z innymi. Na przykład Adam Majewski mówił, że lubi ze mną grać, bo wie, że jak mi poda to mu w porę odegram. Świadomość tego jest bardzo ważna dla pomocnika. Są tacy napastnicy, którym się zagra, a oni pojadą z piłką, po chwili oczywiście stracą. Wtedy reszta drużyny niepotrzebnie się męczy wychodząc na pozycje. Ja zawsze wolałem grać prostą piłkę, bo boisko to nie uniwersytet, tylko proste klepanie. Zagrać, wyjść, zagrać, wyjść. Wozić się to może Luis Figo, ale polski wyrobnik - zagrać, wyjść. Zamiast się kiwać z trzema, można zagrać klepkę. Zanim obrońca zdąży się odwrócić, ja już jestem sam.
W następnym meczu z Polonią Warszawa, trochę tak właśnie poklepaliśmy. I znów bramkowa akcja zaczęła się ode mnie. Odebrałem piłkę przeciwnikowi, a potem było jak po sznurku. Ja do Majewskiego, Majewski do Piekarskiego, Piekarski do Giuliano i 1:0. W prasie znowu pisano, że Kowal bardziej pomaga niż przeszkadza. Znowu się cieszyłem, że z kolejnego meczu udało się wyciągnąć coś pozytywnego.
Z drugiej strony coś powoli czułem, że coś nie jest tak. Byłem jakby coraz cięższy, nogi powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Niby fajne treningi, dużo strzeleckich, ale przychodził kryzys. Trener Dragomir Okuka to widział. Miał w zwyczaju oceniania każdego po meczu w szatni. Po Pogoni - Kowal dobrze. Po Odrze - Kowal dobrze. Po Polonii - Kowal dobrze, ale już gorzej. Powiedział, że teraz może ze mnie trochę uchodzić powietrze i tak rzeczywiście było. W następnym meczu w Olsztynie, już w przerwie zastąpił mnie Czarek Kucharski. Kolejkę później, z Gieksą, dokładnie to samo.
Nie tylko ja złapałem doła. To co graliśmy było skandalem. Ze Stomilem w czapę, z GKS w czape. Ledwie co byliśmy niedotrenowani, a po chwili - przetrenowani. Popełniono błąd, bo nie może być tak, że drużyna gra w dobrym stylu kilka meczów, a potem dno. Pojechaliśmy do Wrocławia, czyli na teren, z którego każda niezbyt kulawa drużyna musiała przywieźć komplet punktów. Chociaż było tak dwóch znanych mi zawodników - Leszek Pisz i Grzesiek Szamotulski. Z Piszczykiem chwilkę pogadałem. Nie był zbyt szczęśliwy w tym klubie. Nic dziwnego - trudno się gra mając wokół siebie jakiś Naskrętów. No bo do czego może być dobry Naskręt? Chyba tylko do tego, że się go kręci na placu. Następny - Wasilewski. On teraz gra w kadrze, a to przecież nie jest piłkarz. I jak tam miał Leszek grać? Sam? W dodatku słyczałem, że niektórym nie pasowało, że Piszczyk czy Szamo nagle przyjechali do Wrocławia i już mają miejsce w składzie. Jeśli taki Szamo ma problemy z trenerem czy miejscowymi piłkarzykami, to coś jest nie tak. Bo jak jesteś zwykłym ligowym ogórkiem, a przyjeżdza pan Pisz lub pan Szamo z Grecji, to robisz im miejsce i idziesz do domu. Bo ty jesteś ogórkiem, a oni gwiazdami. Gwiazda - ogórek, niebo - ziemia, Pisz - Jezierski. Zamiast narzekać, siądź sobie chłopie przy linii bocznej, popatrz jak kopie Leszek. Może się czegoś nauczysz. Bo jak się nie nauczysz, to zawsze będziesz ogórkiem. A jak sie nazywasz Pyskaty, to sprawdż czy pan Szamo ma równo ułożony ręcznik, bo on przyszedł tu bronić, a nie odwalać ogórszczynę.
Przed meczem jeszcze jedno spotkanie.

- Cześć misiu, ławeczka? Widzisz, u mnie byś grał - przywitał mnie Janusz Wójcik.

Widząc ten uśmieszek, błyszczące oczka, już wiedziałem - to będzie cud, jeśli nie zostaniemy tu skręceni. Cuda jak powszechnie wiadomo nie zdarzają się. Sędzia kręcił takie lody, że żal było patrzeć. Jeden nie widział spalonych, drugi je sobie wymyślał. Gdy mnie dziennikarze spytali co o tym sądzę, to im powiedziałem - można pomagać za kobiety, za pieniądze, ale to już była przesada.
Dostałem wezwanie do PZPN. Najpierw nie poszedłem, bo wymysliłem sobie gorączkę. Później już ich zaszczyciłem. Na stołach sterta gazet.

- Powiedział pan to?
- Tak.
- A to?
- Tak.
- To też?
- Oczywiście.
- No to pan poczeka na zewnątrz.

Wyszedłem na zwenątrz, tam tłok, bo jakaś wycieczka z osiemnastej ligi przyszła. Kierownik Zawadzki zapytał się mnie jak mi poszło. - Dobrze, do wszystkiego się przyznałem - wypaliłem, a on wybałuszył oczy. W końcu znów mnie wezwano.

- Zapłaci pan trzy tysiące złotych kary.
- A sędzia ile ?
- Sędzia to nie nasza sprawa.
- Aha, nie wasza... To się pierdolcie.

Nie mówiąc nic więcej odwróciłem się i trzasnąłem drzwiami tak, że prawie wyleciały z zawiasów. Kiero już wiedział co jest grane, lekko się uśmiechnął. Do dziś mam debet w PZPN - tych trzech tysięcy nie zapłaciłem i nie zapłacę. Wystarczy, że mnie sędzia okradł z meczowej premii.

(odcinek 103)

Może trudno niektórym w to uwierzyć, ale jest polski piłkarz, który się nie myli. Podaje celnie, strzela mocno, biega szybko, skacze wysoko, drybluje bajecznie. Mało tego - nawet gada mądrze. I najwięcej filmów widział, każdą książkę przeczytał, chyba nawet ugotować wszystko potrafi. Ideał. Przedstawiam państwu Macieja Murawskiego, zwanego Murasiem. Mówisz "Muraś", myślisz "mistrz" - mówisz "mistrz", myślisz "Muraś".

Wspomniałem wcześniej o meczu z GKS, przegranym haniebnie 0:2, a także o pomeczowym ocenach trenera Okuki. Jak zapewne wiele osób pamięta, Murawski Maciej w owym spotkaniu odstawił taką żenadę, że żal było patrzeć. W szatni Okuka kolejno mówił, z kogo jest zadowolony, a z kogo nie. Muraś się nigdy nie zgadzał. Nigdy! Z Gieksą straciliśmy śmiesznego gola. Maciek zderzył się bodajże z Jackiem Magierą, gdzieś tam jeszcze zaplątany był Tomek Jarzębowski - na ławce rezerwowych ryk śmiechu połączony z jękiem zawodu. Gdy Muraś zaczął opisywać tę sytuację, to wyszło na to, iż najbardziej zawalił Moussa Yahaya, wówczas napastnik GKS, że tam stał i śmiał strzelić gola. - Po co on tam stał? - pytał MM.

On już tak miał, że niby występował w Legii, a grał w innych meczach niż my. Przynajmniej mówił coś zupełnie odmiennego niż reszta ogółu. Była taka sytuacja po meczu z Zagłębiem Lubin, gdy prowadził nas Krzysztof Gawara. Muraś się z trenerem pokłócił! Że zrobił dobrze, tylko wszyscy się na niego uwzięli i chcą mu wmówić błędy, których nigdy nie popełnia. - Maciek, jest kaseta, obejrzymy to na wideo - padło hasło. Sprawdzimy cię, cwaniaczku. Muraś popatrzył chwilę w ekran, gdzie właśnie leciał film pod tytułem "Jak zawalić bramkę w meczu Legii, na przykładzie Macieja Murawskiego" i stwierdził: - Bo ja zapieprzałem za innym, którego ktoś tam nie pokrył. Nie mogłem go zostawić samego.

- Ale przecież miałeś kryć tego co strzelił gola - odpowiedział Gawara.
- Nie mogłem, bo musiałem pobiec za tym. Bo gdyby tamten zamiast strzelić podał do tamtego, to by było na mnie.
- Przecież ja ci kazałem kryć numer osiem, to kryj numer osiem!

Blisko pół godziny Muraś udowadniał wszystkim, że czarne jest białe. Na innym meczu był. Nawet Zielek mu tłumaczył: - Maciuś, zawaliłeś.

Nic z tego! On się nie myli! Do Okuki też mówił, że nie zgadza się z oceną. Panie, ja i błąd! Ja błędów nie robię. Mam w meczu 70 odbiorów i 69 strat, więc jestem na plusie. To był naprawdę jedyny bezbłędny piłkarz jakiego znałem. Gdy dostawał żółtą kartkę, to sędzia się pomylił. Gdy zmarnował dobrą sytuację, to bramkarz rzucił się tam gdzie nie potrzeba. Gdy komuś urwał nogę, to ta paskudna noga sama się urwała. Mało tego. Jakkolwiek irracjonalnie to zabrzmiało. Muraś uważał, że umie rozgrywać. On w to szczerze wierzył!

Na treningach umieraliśmy ze śmiechu, gdy demonstrował swoje zagranie w stylu Laudrupa. Patrzył w prawo, a kopał w lewo. Skutek zawsze był taki sam - zanim Muraś zorientował się gdzie jest piłka, już był przechwyt i jazda z kontrą. - Muraś, ty weź zagraj na dwa metry, a nie kombinuj - powtarzaliśmy. A on swoje. Kiedy w czasie meczu wyprowadzał akcję ofensywną, każdy podchodził do tego sceptycznie. Oho. Muraś będzie rozgrywał! Niby robiło się wtedy krok w przód aby się pokazać, ale w myślach dwa kroki w tył. Już każdy tylko czekał na sygnał do powrotu, już prawie krył rywali. Bo skoro Muraś zaraz poda, to znaczy, że zaraz będzie strata i pojadą z kontrą. Założenie było proste - z takiej akcji nic poza kontratakiem wyjść nie może. Po chwili występował oczywiście pas do przeciwnika, przechwyt, krzyk i dawno planowany powrót.

Tak, Muraś miał w meczu więcej strat niż wszyscy pozostali zawodnicy razem wzięci. To był w zasadzie najlepszy rozgrywający naszych przeciwników. Słał piłki-marzenie.

Wydawało mi się, że zawodnicy ligowi tak drewniani nie bywają. Murawski jest bardziej drewniany niż mój parkiet w domu. Gdyby urodził się w Grecji, pewnie nazywałby się Drewnopoulos, a w Turcji Drewnologlu. Za moch czasów w Legii w życiu by nie zagrał. Mało tego, nie załapał by się do dwudziestki piątki. Taka postać za Wójcika czy Janasa po prostu nie miała prawa bytu. Oczywiście sam Muraś uważał się za lepszego od Zbyszka Mandziejewicza, i od Radka Michalskiego, ale bądźmy poważni - wtedy nawet Mirek Trzeciak się nie załapał, a co dopiero Murawski?

No bo dla przykładu rozbierzmy go na czynniki pierwsze. Strzał? Podobno ma dwójkę dzieci i to by było na tyle. Wprawdzie ktoś mi mówił, że kiedyś strzelił gola w Wodzisławiu, ale to musi być pomyłka. Gra głową? Wyskok dobry, ale głowa tragiczna. przy takim wyskoku powinien pakować bramę za bramą, a on zazwyczaj uderzał wyżej niż dalej. O dryblingu wolę nie pisać. Nie wiem, może się na tym nie znam.

Ta opowieść zaczęła się od bramki z GKS Katowice, którą Maciek zawalił, a do której się nie przyznawał. Moja opinia jest taka - gdyby tam w polu karnym nie było Murasia, ten gol by nie padł. A przez to, że Muraś tam był, każdy się przestraszył, że zaraz przyjedzie piła i urżnie nogę. Na widok długowłosego kolegi wkradła się nerwowość, a może i panika. Gdy zobaczyłem tę akcję, pomyślałem: - No ładnie, to moi koledzy na Bródnie jak grają po pijaku, lepiej na nogach się trzymają...

(odcinek 104)

W tamtym sezonie Okuka bił jakiś rekord porażek. Nieprzyjemny, ale zawsze rekord. Całe szczęście, że drużyna na jesieni zdobyła kilka punktów, bo jeszcze byśmy z tej ligi spadli. Mieliśmy walczyć o mistrzostwo Polski, a tu proszę jaka seria - 2:1 w czapę w Olsztynie, 0:2 u siebie z GKS, 1:1 ze Śląskiem, wymęczone 1:0 dla nas z Ruchem, gdy najlepszy piłkarz ligi, Marcin Mięciel, został okrzykami zrównany z ziemią, wreszcie 1:0 dla Orlenu w Płocku.

W efekcie to bardziej my przegraliśmy mistrzostwo Polski niż Wisła je zdobyła. Przed meczem z nią mieliśmy sześć punktów straty, a przecież natraciliśmy wcześniej ich jak głupki. Tylko w tych wymienionych przeze mnie spotkaniach zgubiliśmy jedenaście! Nawet w jednym wywiadzie powiedziałem: - Przez poprzednie kilka lat w tym klubie nie przegrałem tyle razy, co teraz w kilka tygodni.

Największym szokiem były baty w Płocku. To po tym meczu powiedziałem kilka ostrych słów, po tym meczu cytowano mnie chyba we wszystkich gazetach i zapraszano do programu "Pod napięciem". Zasugerowałem, że Legia ten mecz mogła... sprzedać. Dziś żałuję, że to wszystko palnąłem przed kamerą, bo nie powinno się nikogo oskarżać bez dowodów. Faktem jednak jest, że nie wyglądało mi to na normalne spotkanie. I nie widziałem w szatni, aby ktoś się specjalnie smucił tą porażką. A już największy wpływ na moje słowa miała pewna przedmeczowa sytuacja...

Pierwsza jedenastka była w szatni. Rezerwowi, w tym ja, poszli na kawkę do klubowej kawiarenki. Siedzimy, rozmawiamy, aż w końcu przyszedł pan Krzysio Dmoszyński. Zamienił ze dwa, trzy słowa i stwierdził: - Kowal, wzywają cie do szatni.

W Płocku to jest kawał drogi. Szedłem kilka minut i zastanawiałem się, czy ktoś doznał kontuzji i mam grać, czy też jeszcze coś innego. Gdy już byłem na miejscu, usłyszałem pełne zaskoczenia: "A co ty tu robisz?".

- Przecież mnie wzywaliście.
- Wcale nie. Możesz iść.

Poczułem się nieswojo, tak, jakby chciano mnie odsunąć od czegoś. Jakby moja obecność w kawiarence nie była wskazana. Owszem, Dmo mógł sobie pozwolić na dowcip, ale po co? Tyle czasu się nie widzieliśmy, nie lepiej było porozmawiać? Oczywisście ta spiskowa teoria, pełna nieścisłości, bo co takiego można było załatwiać z rezerwowymi, dopiero kiełkowała w mojej głowie. Nabierała kształtów, kiedy już usiadłem na ławce rezerwowych i obserwowałem, jak najlepszy na placu jest gruby Maciuś Terlecki. A u nas? Wszedł Bojar i od razu się okazało, że najwięcej z tego towarzystwa potrafi, a on jedynie się starał. I to wystarczyło.

Dziś obstawiam, że Dmo mnie zwyczajnie wypuścił. Z drugiej strony - nie jestem tego pewny. Dobre wypuszczenie czy dobre odsunięcie Kowala od tematu? Czegoś mi w tym meczu zwyczajnie brakowało. My nie zagraliśmy tam źle. Zagraliśmy katastrofalnie i to przeciwko drużynie, która spadła z ligi. Powiedziałem wprost - nie każdy przykładał się do gry. Dlaczego tak było, nie wiem. W każdym razie, gdy dziś się zastanawiam, czy ten mecz był ustawiony... Nie twierdzę, że nie był, ale nie chciałbym myśleć, że był. Po prostu nie wiem. Ten przedmeczowy żart nie dawał mi spokoju. Poza tym... Przegrałem w życiu kilka meczów, widziałem jak wygląda szatnia po porażce. To, co było w Płocku, nie było szatnią Legii po przegranym meczu. Takie pomieszczenie powinno charakteryzować się jednym - ciszą. Grobową ciszą. Po Orlenie tej ciszy nie było. Odczuwało się podejście w stylu: - O, dobra, przegraliśmy, zdarza się. Jeszcze nie raz przegramy!

Nie podobał mi się ten widok. Nie wykluczam, a nawet jest to prawdopodobne, że zachowanie w szatni, traktowanie kompromitacji jako czegoś normalnego, było po prostu częścią mentalności niektórych. Ta drużyna zachowywała się w końcówce ligi trochę jak Harlem Globetrotters. Pojechali w Polskę na piknik pokazać, jak się gra w piłkę, zaprezentować kilka sztuczek, zamiast zapieprzać. Banda showmanów. A że nie wyszło? Że mieli pokazać śmieszne rzeczy, a tylko się ośmieszyli? Nic to. Tylko, że Harlem nie gra w żadnej lidze i nie jeżdżą za nim kibice. Za nami jeździli. Nie lubię o sobie słuchąć, że jestem sprzedawczykiem. Nie akceptuję tego. Żałowałem wtedy, że z powodu kontuzji z dala od zespołu jest Jacek Zieliński. On by to poukładał. A tak zespół rozłaził się w rękach. Nie było lidera. Nikt nikogo nie szanował. Trener z zagranicy w ogóle nie łapał, o co chodzi, drugi kopał pod nim dołki, a Muraś tylko gadał. Pełny burdel, rozpierducha pierwszej klasy!

Trzeba było tym wstrząsnąć. Dlatego powiedziałem dziennikarzom, że niektórzy myślą tylko o swoich kontraktach, mają w dupie wyniki i cały ten klub. Zawsze chciałem być częścią Legii, ale częściej takiej Legii - nie, dziękuję. Wiedziałem, że następnego dnia będę miał w klubie przesrane. Przyszedłem jednak punktualnie. Witam panowie, chcecie o czymś porozmawiać?

(odcinek 105)

Na pierwszym treningu po feralnym meczu z Orlenem w szatni doszło do burzliwej dyskusji. Było naprawdę gorąco. Najpierw naskoczyli na mnie Miętowy z Piekarzem. Na stacji CPN chcieli ich bić kibole, bo usłyszeli piąte przez dziesiąte, że Kowal powiedział, iż Legia sprzedaje mecz za meczem. Jednak najbardziej gardłował Muraś. Jak zawsze pierwszy do gadania. Szybko został sprowadzony na ziemię, przeze mnie i przez Czarka Kucharskiego - usłyszał, że ma się zamknąć, bo już za długo tu gada, nic nie gra i w dodatku pieprzy głupoty.

Kucharz rozumiał, że nadszedł czas na poważną dyskusję. Wiedział, że my nie tylko przegraliśmy jakiś tam ligowy mecz. Przegraliśmy sezon w sposób obrzydliwy, bo na własne życzenie. Powiedziałem wszystkim, że żałuję niektórych swoich słów, tego, że zasugerowałem, iż sprzedali mecz, nie mając dowodów, jednak ogólnie nie wyparłem się tego, co przeczytali o sobie w gazetach - że zespół jest wypalony, że jednym brakuje ambicji, drugim umiejętności. Czarek mnie poparł i stwierdził, że Kowal ma trochę racji, bo tak dalej być nie może. Trzeba spojrzeć nie na co, co ja powiedziałem, ale na siebie. Skandalem było, że nie każdy przykładał się do gry. Skandalem było, że zamiast o bajecznej grze, pisano tylko o bajecznych kontraktach. Nie każdy rozumiał prostą zasadę - jesteś tyle lat w Legii, niczego nie wygrałeś, to zmień klub. Tu nikt cię nie potrzebuje. Jednak patrzę po szatni - znów rozgadany kolega zaczyna swoje. Bezbłędny. Ci, którzy wiedzieli, o co chodzi, woleli w ogóle się nie odzywać. Na przykład Robak zdawał sobie sprawę, że to nie było to, co kiedyś. Wiedział, że jeśli się czegoś szybko nie zmieni, to będzie dramat. W całym zespole niby nie było żadnych grup, a tak naprawdę było ich chyba z jedenaście - po dwóch piłkarzy w każdej. Żadnej atmosfery, żadnej drużyny. Trzeba było jak najszybciej skończyć tę parodię sezonu.

Jedni - większość - byli na mnie obrażeni, inni nie. Najlepiej powiedział wtedy Paweł Wojtala: - Gdybym grał w tym meczu, to bym ci dał w mordę. A że nie gram, to się nie przejmuję.

Miałem telefon z TVN. Nagrali ze mną trzydzieści minut, a nie wyemitowali nawet sekudny, bo podobno niczego ciekawego nie powiedziałem. Gość poprosił, żebym mu powiedział, kto i kiedy sprzedał mecz. Chłopie, z choinki się urwałeś? Za takie słowa idzie się siedzieć. Mam pójść do kicia tylko po to, żebyś ty dostał premię od szefa?

Na Łazienkowskiej wrzało. Piłkarze bali się wychodzić na miasto, żeby tylko nie spotkać kibica. Wydawało się, że jedynym wyjściem będzie zorganizowanie spotkania z kibolami. Trwało krótko, bo musiałem je przerwać. Było kilka niemiłych scen, kilka cierpkich tekstów, choć wyzywano wszystkich poza mną i Robakiem. Miarka się jednak przebrała, gdy dostałem kamieniem. Wiem, że nie we mnie celowano i wiem, że ów kamyczek nie mógł mi zrobić żadnej krzywdy. Jednak teraz kamyczek, a za chwilę cegłówka. Gdyby trafiono kogoś innego, też bym wyszedł. Trzeba mieć dla siebie elementarny szacunek. Szacunek dla życia. Wiadomo, że kibic stoi w hierarchii wyżej niż piłkarz. A kibic Legii - najwyżej. Bo tu, w Warszawie, jest ekipa. W Szczecinie przegra się trzy mecze i z dwudziestu tysięcy zostają trzy osoby. Gdzie indziej - to samo. A na Łazienkowskiej zawsze dyszka przyjdzie. Choćby po to, aby zaśpiewać "Legia to my!" i obrzucić piłkarzy monetami. Przyjdzie i już. To dla kibica się gra, to on jest szefem. Dlatego możesz powiedzieć - ty jesteś kulawy, ty zezowaty, ty gruby, a ty z Łodzi. Życie nie ty mi jednak dałeś i nie ty będziesz odbierał. Taki z ciebie cwaniak, że rzuciłeś zza pleców w stylu "gdzie spadnie, to będzie"? Podziękowałem, inni piłkarze poszli za mną.

Najbardziej oberwało się chyba Marcinowi Mięcielowi. Jego było mi naprawdę żal. Doprowadził się do znakomitej dyspozycji - kiedy już wygrywaliśmy, to z reguły dzięki niemu. W lidze nie było lepszego. A jedyną nagrodę stanowiło "Manuela za Mięciela". Myślę, że to spotkanie z kibicami pomogło mu w decyzji o wyjeździe. Sam mu wtedy powiedziałem: - Pamiętaj, że nawet jeśli kochasz te barwy, to w pewnym momencie ludzie mają ciebie dosyć. Kibice, działacze, trenerzy. Nudzisz im się. Tak jak nie można patrzeć ciągle na tego samego aktora w telewizji.

Mówiłem mu, żeby wyjeżdżał z kraju, bo to jedyna szansa, żeby normalnie grał w piłkę, odpoczął psychicznie. Miętowemu poorlenowa afera pomogła - wiedział, że czas na zmianę. W jego przypadku kibice nie mieli racji, ale w kilku innych jak najbardziej. Nie rozumiałem, jak w Legii mogli grać piłkarze pokroju Tomka Łapińskiego. To fajny chłopak, niezły zawodnik, ale widzewiak. Zielona koszulka nigdy nie będzie mu pasowała. Tego typu sprawy nawarstwiały się w klubie i panował niezdrowy układ.

Między innymi nasz mecz w Płocku doprowadził do tego, że zmieniono system rozgrywek ligowych. Mnie zastanawiała jedna sprawa - czemu piłkarze mają założony przez PZPN knebel na usta i nie mogą nawet powiedzieć, że sędzia ich skręcił, bo zaraz płacą karę, a w tym samym czasie prezes Listkiewicz udziela wywiadu o tym, jak sprzedaje się mecze w Polsce. Dlaczego niektórzy są na innych prawach? Mają swój regulamin, który im na wszystko zezwala, a nam, piłkarzom, wszystkiego zabrania. Znam odpowiedź - bo oni urodzili się w PZPN i w PZPN umrą.

 

 

 

<-- Poprzednie                                                                                                                                                     Następne-->